Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku jednym z wymarzonych kierunków wakacyjnych podróży żninian było Władysławowo nad Bałtykiem. Spomasz Żnin nabył tam, a następnie rozbudował ośrodek wypoczynkowy. Od ponad dwudziestu lat ośrodek jest już w prywatnych rękach, ale wiele osób w Żninie zachowało o wakacjach tam spędzanych dużo pięknych wspomnień.
Poniżej przypominamy artykuł publikowany w lipcu 2021 roku w tygodniku Pałuki.
Mój kolega Remigiusz Konieczka jest człowiekiem sentymentalnym. Lubi wspominać Żnin z czasów dzieciństwa. Kilka miesięcy temu myślałem o przygotowaniu artykułu na temat historii wypoczynku letniego na jeziorach gminy Żnin, ale poza samym miastem, bo akurat o łazienkach nad Jeziorem Czaplem i tzw. kąpielkach nad Jeziorem Dużym w Żninie pisałem w zeszłym roku.
Remigiusz zaczął jednak wspominać swoje pierwsze wakacje z dala od Żnina, które zaraz po ukończeniu przedszkola spędził we Władysławowie nad Bałtykiem. Oczywiście, gdyby to był wypoczynek indywidualny z rodziną, to nie byłoby dla mnie tematu. Jednak sprawa wspomnień z wakacji we Władysławowie jest ogólnożnińska, więc może temat wakacji w ośrodku żnińskiego Spomaszu nad Bałtykiem warto też podjąć w gazecie? Przez kilkadziesiąt lat wakacje spędzało tam przecież regularnie kilka pokoleń żninian pracujących w Spomaszu.
- Moja babcia Marta Semrok, jako była pracowniczka żnińskiego Spomaszu, mogła korzystać z dobrodziejstw zakładowego ośrodka wypoczynkowego we Władysławowie za niższą kwotę, niż było to w przypadku pracowników zakładu. Trzeba dodać, że emeryci chętnie korzystali z tego przywileju, bo ostatni turnus wakacji jaki wyruszał ze Żnina nad wybrzeże składał się w całości z emerytów. Jednak w miarę upływu lat i schyłku tzw. komuny, emeryci coraz mniej interesowali się Władysławowem. Babcia ze mną lub moją siostrą do Władysławowa jeździła aż do 1989 roku. Ja jako wnuczek emerytki Spomaszu nad morze jeździłem cztery razy. Byłem tam w latach 1984, 1985, 1986 i 1988. Każdy z tych wyjazdów był inny i każdy odbierałem inaczej ze względu na to, że byłem coraz starszy. Zaczynałem jako przyszły uczeń żnińskiej „jedynki“, a kończyłem przed piątą klasą. Po powrocie z Władysławowa ostatniego dnia sierpnia, nazajutrz przywdziewało się białą koszulę i szło do szkoły na rozpoczęcie roku szkolnego. Zanim zaczęła się szkoła, przez dwa tygodnie, bo tyle trwał turnus, można było korzystać z uroków polskiego morza - opowiada Remigiusz Konieczka.
ZACZĘŁO SIĘ OD PIŁKI NOŻNEJ
Historia władysławowskiego ośrodka wypoczynkowego pracowników fabryki maszyn i urządzeń spożywczych w Żninie zaczyna się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Był to czas, gdy zorganizowane wakacje ludu pracującego stawały się coraz popularniejsze. Tworzone były specjalne fundusze wczasowe, a duże zakłady kupowały ziemię w atrakcyjnych miejscach, by organizować tam ośrodki wypoczynkowe. Spomasz miał takowy w Chomiąży Szlacheckiej (obecnie znajduje się tam Gród Piasta).
Lokalizacja we Władysławowie odkryta została później, a wszystko zaczęło się od obozu sportowego. Tę historię opowiedział mi Kazimierz Kolasiński, zasłużony działacz sportowy ze Żnina, przez wiele lat związany z Pałuczanką. W Spomaszu pan Kazimierz pracował od 1 lipca 1960 r. do 15 sierpnia 1993 roku. Był starszym mechanikiem. Od dzieciństwa lubił piłkę nożną i był czynnym zawodnikiem. Obok talentu sportowego przejawiał również ten organizacyjny. Założył więc w latach sześćdziesiątych Klub Sportowy Spomasz Żnin.
- W zakładzie jako starszy mechanik pracowałem obok Stasia Tomajczyka, który był głównym mechanikiem. A on też bardzo był za sportem. Tymczasem w drugim, dużym zakładzie w Żninie, jakim była cukrownia, zaczął się sypać ich klub zakładowy, „Cukrownik“ Żnin. Władze partyjne w mieście zdecydowały, żeby stworzyć jeden wspólny, silny klub. Został on stworzony na bazie „Pałuczanki“. Jej prezesem został Jerzy Zawadzki, nasz główny inżynier. Ja byłem sekretarzem. Tak się składa, że Jerzy Zawadzki wcześniej zainicjował budowę ośrodka w Chomiąży Szlacheckiej w postaci czterech domków na palach. Mieliśmy tam również łodzie i sprzęt wędkarski. Pracownicy mogli z tego korzystać - wspomina Kazimierz Kolasiński.
Jerzy Zawadzki wykorzystywał swoje kontakty i między 3 a 10 czerwca 1968 r. zorganizował obóz szkoleniowy dla zawodników Pałuczanki Żnin. Piłkarze przebywali wówczas gościnnie na terenie ośrodka wypoczynkowego, który we Władysławowie posiadała Cukrownia Chełmża.

REKONESANS WE WŁADYSŁAWOWIE
Obóz futbolistów ze Żnina był owocny nie tylko ze względów sportowych. Jerzy Zawadzki doszedł do wniosku, że Spomasz też powinien mieć ośrodek wypoczynkowy nad Bałtykiem. Kazimierz Kolasiński i Stanisław Tomajczyk otrzymali misję przewędrowania Władysławowa pod kątem znalezienia nieruchomości możliwej do nabycia przez żniński zakład. Takiej, która nadałaby się na stworzenie ośrodka wypoczynkowego.
Zainteresowanie emisariuszy ze Spomaszu wzbudził obiekt przy ul. Wyzwolenia, położony około kilometra od bałtyckiej plaży. Był to obiekt jednopiętrowy z poddaszem. Na parterze cztery pokoje po lewej stronie korytarza, zaś po prawej trzy, a pomiędzy nimi schody na górę, gdzie układ pokoi był podobny. Jak wspomina Kazimierz Kolasiński, dowiedzieli się z kolegą Tomajczykiem, że właścicielką była starsza wiekiem poznanianka, Jadwiga Baranowska, która wynajmowała pokoje letnikom.
- W tej nieruchomości mieszkały także dwie pary na stałe. Był to Lechu Woronko z żoną oraz Wiktor Siemaszko, na którego wszyscy mówili Witek. Też mieszkał z żoną. Jedni i drudzy nie mieli dzieci. Ustaliliśmy, że Jadwiga Baranowska nie wiąże przyszłości z tym budynkiem. Zdaliśmy relację Jerzemu Zawadzkiemu i on zaczął działać. Wkrótce Spomasz w Żninie zakupił od Jadwigi Baranowskiej tę nieruchomość. Nie całą, bo jedną z działek zostawili sobie synowie pani Baranowskiej. Pamiętam, że Spomasz kupił ten ośrodek za 350.000 zł. To już oczywiście nie my pilotowaliśmy, tylko Jerzy Zawadzki, który został dyrektorem „Spomaszu“ - wspomina Kazimierz Kolasiński.
BUDOWA OŚRODKA
Rozpoczęła się budowa ośrodka, a Kazimierz Kolasiński był jej koordynatorem. W istniejącym obiekcie nie było sanitariatów. Poza tym potrzebna była stołówka, by wypoczynek pracowników Spomaszu i ich rodzin mógł mieć charakter zorganizowany. Sanitariaty (na parterze) zostały dobudowane do istniejącego budynku wraz z dwoma dodatkowymi pokojami (na piętrze). Na potrzeby stołówki został postawiony zupełnie nowy budynek. Powstał on na działce, którą początkowo pozostawili sobie synowie Jadwigi Baranowskiej. Korzystając z pomocy miasta Władysławowo, Spomasz zdołał doprowadzić do wymiany tej nieruchomości na inną. Dzięki temu budowa stołówki mogła zostać zrealizowana.
Kazimierz Kolasiński pamięta murarzy ze Żnina: Jana Dutkiewicza, Aleksandra Wawrzyniaka. Dyrektor Zawadzki zagwarantował też pomoc żołnierzy z Grudziądza. Dowodził tą ekipą porucznik Józef Ptak. Jeden z wojskowych, według pamięci Kazimierza Kolasińskiego, był z Szubina. Pamiętać należy, że w tamtych czasach byli to żołnierze służby zasadniczej, niezawodowi. Przy okazji zaadaptowane zostały mieszkania dla Woronków i Siemaszków. Kazimierz Kolasiński musiał organizować zaopatrzenie dla budowlańców. Na posiłki chodzili do różnych stołówek, początkowo nawet do baru na dworcu PKP. Budowlańcy ze Żnina dysponowali też zakładowym samochodem ze Spomaszu i czasami wracali na weekendy do domów.
Budowa trwała w latach 1969-71, ale już w tym czasie przebywali tam latem pierwsi wczasowicze, tyle że jeszcze nie byli to pracownicy Spomaszu, ale osoby, którym ten pobyt załatwiała nieoficjalnie dyrekcja fabryki po tzw. znajomości. Wraz z nowym budynkiem i adaptacją pokoi, budową wspólnych sanitariatów, powstał również plac zabaw.
PODRÓŻ 7 GODZIN
Przenieśmy się z początku lat siedemdziesiątych półtorej dekady później.
- Za każdym razem przed podróżą do Władysławowa czułem taką wewnętrzną dziecięcą radość, bo przede mną była bardzo długa podróż autobusem i w dalekie miejsce. A że bardzo lubiłem jeździć - co zresztą zostało mi do dziś - to radocha była potrójna. Wyjazdy do Władysławowa zaplanowane były na godzinę 6.00 rano. Autobus był podstawiony przy bramie wjazdowej do starego Spomaszu przy ul. Szpitalnej w okolicy dzisiejszej „Hurtowni X“. Można było wcześniej wsiąść i zająć miejsce. Ja siadałem zawsze przy oknie, żeby dokładnie widzieć jakie miejscowości mijamy po drodze. Później, w wieku 10 lat, miałem na kolanach mapę drogową ówczesnej Polski i wiedziałem dokładnie gdzie jesteśmy, bo napisy na znakach drogowych konfrontowałem z mapą. Podróż trwała około siedmiu godzin. Na miejsce przyjeżdżaliśmy około 13.00. Nie pamiętam już czy jechało z nami dwóch kierowców czy jeden. To, co zostało mi w pamięci, to podróż przez Świecie i nieziemski smród z zakładów celulozowych. Za każdym razem kierowca zarządzał przystanek w miejscowości Nowe. Można tam było rozprostować kości, skorzystać z toalety i coś zjeść. Jeśli chodzi o jedzenie, to przypomina mi się mała anegdota. Podróż do Władysławowa lubiłem również z racji prowiantu na drogę. Babcia zawsze na podróż gotowała kilka jaj na twardo i jadąc nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie będę mógł te jajka zjeść, bo bardzo je lubię. Czasem próbowałem nakłonić babcię, żeby dała mi wcześniej, przed przystankiem w Nowem, ale zazwyczaj mi się nie udawało, bo babcia w czasie jazdy po prostu spała. Ja wtedy z otwartymi ustami chłonąłem mijane krajobrazy, a śniadanie i gotowane jajo jadłem na postoju w Nowem - wspomina dalej Remigiusz Konieczka.
Z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że kierowcą autobusu, którym mały Remi podróżował z babcią i innymi wczasowiczami ze Żnina do Władysławowa, był obecnie już nieżyjący Marian Wewióra.
ŻNIŃSKA OBSŁUGA
Obsługa ośrodka wczasowego też była w większości ze Żnina. Stanowili ją pracownicy Spomaszu, na okres wakacji oddelegowani do Władysławowa. Pamięta to Krystyna Rajsner, która pracowała tam w sezonach 1972 i 1973. Była kelnerką. Poza roznoszeniem posiłków na stoliki w stołówce, zajmowała się też innymi pracami. Do obowiązków kelnerek należało także sprzątanie sali po posiłkach. Wspomina, że pracy było dużo. Szczególnie w pierwszym ze wspomnianych sezonów. Według jej pamięci, to rzeczywiście mógł być pierwszy w ogóle pełny sezon w historii tego ośrodka.
Kelnerki i pracownice kuchni miały kwatery na mieście. Na terenie ośrodka wczasowego powstało też pole namiotowe. Również z myślą o wczasowiczach ze Żnina, gdyż chętnych było wielu, a miejsc w pokojach nie zawsze starczało. Krystyna Rajsner (wówczas Marquardt) pamięta część koleżanek, z którymi na początku lat 70. pracowała w ośrodku we Władysławowie. Były wśród nich Ewa Pierzyńska, Ewa Mielcarzewicz, Barbara Chojnacka, Henryka Kluczyńska, Regina Wolak.
Pracowały tam również panie z Inowrocławia. Według pamięci Krystyny Rajsner, jedna z nich, która miała na imię Jadwiga Kaszyńska, podczas pobytu we Władysławowie zapoznała się z jednym z tamtejszych chłopców, wyszła za mąż i już została na Kaszubach.

ALKOHOL ZA RYBY
Życie towarzyskie w ośrodku kwitło zwłaszcza w sobotnie wieczory, gdy organizowano potańcówkę przy muzyce z szafy grającej. W tamtym czasie kierownikiem ośrodka był już Edward Wosik. Bywała tam z nim także jego żona Maria, która również pomagała pracownikom w organizowaniu aprowizacji. Pracowała w magazynie.
Natomiast Krystyna Rajsner w późniejszych latach też jeździła do Władysławowa, ale już z rodziną na wypoczynek, a nie do pracy. Z kolei Maria Wosik przypomina sobie m.in., że na koniec pobytu we Władysławowie szło się do pobliskiej wędzarni i można było dzięki wymianie towarowej alkoholu na ryby, zabrać do domu w Żninie znakomicie uwędzone śledzie, szproty, dorsze, czy inne, bałtyckie gatunki. Bywało, że na Pałuki wieziono całe skrzynki z rybami, bo przecież po powrocie z wywczasów wypadało jeszcze poczęstować tymi smakołykami rodziny i przyjaciół.
PIERWSZY SEZON
Jeśli chodzi o pierwszy, pełny sezon w ośrodku, czyli 1972 r., to udało nam się skontaktować z Michaliną Pawlicką - wtedy nosiła nazwisko Parzygnat - która obecnie mieszka w Pile. Wtedy zaś mieszkała pod Inowrocławiem i właśnie w tym mieście ukończyła kilka tygodni wcześniej Technikum Gastronomiczne i zdała maturę.
Pewnego dnia, jeszcze przed końcem roku szkolnego 1971/72, przyjechało do tego technikum dwóch panów. Dyrektorka szkoły przedstawiła ich uczennicom ostatniej klasy, mówiąc, że są to panowie ze żnińskiego Spomaszu. Michalina Pawlicka przypomina sobie, że jednym z nich był Henryk Malak. Mężczyźni poinformowali, że Spomasz właśnie wybudował ośrodek wypoczynkowy we Władysławowie z kuchnią i stołówką i potrzebuje zatrudnić na okres wakacji pracowite i zdolne dziewczęta do kuchni. Zgłosiły się początkowo 4 dziewiętnastolatki kończące technikum, a wśród nich była Michalina Pawlicka. Ostatecznie z propozycji przedstawionej przez kierownictwo żnińskiego Spomaszu skorzystały trzy młode kucharki z Inowrocławia.
- Pamiętam, że 10 czerwca 1972 roku ja, Jadwiga Kaszyńska oraz Róża Gac - stawiłyśmy się na dworcu autobusowym w Inowrocławiu. Nasz autobus, co zapamiętałam do dzisiaj, odjeżdżał o 16.20. Tym kursem pojechałyśmy do Żnina. Byłam tam dopiero po raz drugi w życiu, ale pierwszym razem to była wycieczka w dzieciństwie do Biskupina z obiadem w restauracji „Basztowej“ w międzyczasie, więc nie znałam tego miasta, podobnie jak moje koleżanki. Przystanek autobusowy był blisko rynku, więc poszłyśmy na ten rynek i pytałyśmy starsze osoby, jak dojść do Spomaszu. Ludzie nie bardzo wiedzieli, wreszcie ktoś powiedział: „Aaa...to tam, gdzie robili patefony“. I wskazał nam drogę. Gdy doszłyśmy do fabryki Spomaszu dowiedziałyśmy się, że autobus do Władysławowa wyjeżdża dopiero następnego dnia rano. Miałyśmy sobie znaleźć nocleg. Skierowano nas nad jezioro, bo tam były domki PTTK. Oczywiście dużo się nachodziłyśmy z naszymi bagażami na lato. Było też dużo emocji, bo to przecież miała być pierwsza w życiu, zawodowa praca. Po przyjeździe okazało się, że pracy jest dla każdej z nas nie na jeden, ale na dwa etaty. Byłyśmy tylko trzy na kuchni. Była to zaś kuchnia węglowa. Należało więc wstawać o 3.00-4.00 rano, by rozpalić w piecu, aby następnie można było na nim gotować. Dla mnie to była nowość, wcześniej nigdy nie paliłam w takim piecu. Pierwsze dwa tygodnie były bardzo pracowite. Byłam pierwszy raz w życiu nad morzem, a nawet nie miałam czasu, by pójść na plażę. Później trochę odetchnęłyśmy, bo przyjechały dziewczyny ze Spomaszu, z produkcji termosów i było już więcej rąk do pracy. Był nawet czas na wieczorki taneczne w soboty - zapoznawcze i pożegnalne na zmianę, bo zmieniały się przecież turnusy. Pracowałam tam do początków września. Pamiętam, że na zamknięcie sezonu przyjechał ze Spomaszu pan Zbigniew Ulatowski. Dyrektor Zawadzki z kolei obiecywał nam po zakończeniu sezonu w ośrodku wczasowym, pracę na stałe w nowej stołówce w Żninie, którą otwierał u siebie Spomasz. Dostałyśmy propozycję, by w niej pracować, ale w pierwszych miesiącach po wakacjach ta stołówka nie została jeszcze otwarta, więc pracę podjęłyśmy na innych etatach. Dopiero później przeszłyśmy na wspomnianą stołówkę, ale wcale nie było to zatrudnienie na etacie w Spomaszu, tylko w żnińskim „Społem“, czego żałowałyśmy, bo w Spomaszu zarabiało się lepiej, niż w Społem. Mieszkałyśmy wtedy na pokojach w Żninie. W 1973 roku nie byłam już w pracy w ośrodku we Władysławowie, ale wspomniane Róża Gac i Jadwiga Kaszyńska i wtedy tam pojechały - wspomina Michalina Pawlicka.
KWATERUNEK I PLAŻA
Oczywiście po dotarciu każdego turnusu do ośrodka we Władysławowie następowało zakwaterowanie wczasowiczów w pokojach. Remigiusz Konieczka pamięta, że podczas pierwszego pobytu zakwaterowany został z babcią w pokoju nr 1 - na parterze zaraz po wejściu po lewej stronie. W następnym roku był to bodaj nr 8, na piętrze nad nr 1, później chyba nr 4 - na parterze w końcu korytarza po lewej stronie i na końcu znowu nr 1.
Pokoje był skromne. Nie miały jakiegoś ekstra wyposażenia. Były tylko łóżka, stoliki, krzesła, szafy zabudowane i radio. Odbiorniki były zwyczajne, lampowe. Od samego rana wczasowicze chętnie słuchali słynnej audycji Lato z radiem.
Według pamięci Remigiusza, w pokojach były też parawany, które można było zabrać na plażę. Pokoje nie miały łazienek. Sanitariaty i prysznice były dwa na parterze, na końcu korytarza. Oddzielne dla pań i panów.
- Stołówka serwowała trzy posiłki w ciągu dnia. Śniadanie, obiad i podwieczorek z kolacją. Nie pamiętam dokładnie godzin posiłków, ale najprawdopodobniej śniadania były o 8.00 lub 8.30, obiady o 13.00, a kolacje o 17.00 lub 18.00. Nie było tak, jak dziś, szwedzkich stołów. Stoliki były czteroosobowe. Na śniadanie podawano zupy mleczne w wazach, chleb z okładem, masło. Na obiad były dwa dania. Zupy w wazach, a drugie danie już z odmierzoną porcją na talerzu. Zazwyczaj zjadałem drugie danie, bo na zupy od zawsze miałem długie zęby. Co innego na śniadanie. Zupy mleczne zawsze mi smakowały. Na kolację również było pieczywo z okładem, a także rarytas - placek drożdżowy, który babcia zabierała do pokoju i mogłem zjeść sobie później - koniecznie z masłem. Dzień upływał na chodzeniu na spacery i na plażę. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem błękit polskiego morza, to nie mogłem wyjść z zachwytu. Znając tylko nasze jeziora, nie mogłem pojąć, że po horyzont ciągnie się woda. Rzecz jasna musiałem tej wody posmakować. „Rzeczywiście, słona” - wykrzyknąłem. Jako grzeczne dziecko nie dawałem nura do fal, tylko budowałem zamki z piasku - opowiada mój redakcyjny kolega.

MURZYN, KOŚCIÓŁ, BANAN, OPALENIZNA
Szczególnie zapamiętał drogę na plażę, bo wiodła przez ośrodek przygotowań olimpijskich w Cetniewie. Było tam zawsze dużo zieleni i kwiatów, a alejki były czyste i zadbane. Remigiusz Konieczka zapamiętał też flagi państw, z których zawodnicy tam trenowali.
- Pewnego dnia podczas pierwszego pobytu, idąc z babcią alejką, zobaczyłem w oddali sportowca w czerwonym dresie, ale ku mojemu zaskoczeniu był czarnoskóry. Odwróciłem się i mówię rozpromieniony: „Babcia, Murzyn!” A kiedy nas ten „Murzyn” mijał, to pogłaskał mnie po głowie i się uśmiechnął. Potem tę historię opowiadałem w szkole. Gdzie i w jakich okolicznościach pierwszy raz w życiu spotkałem osobę o czarnym kolorze skóry. Z miejsc odwiedzanych we Władysławowie zapamiętałem port rybacki z kutrami kołyszącymi się na falach, Dom Rybaka i charakterystyczny kościół z postawioną obok figurą Matki Bożej, przy której klękałem. Duże wrażenie wywarła na mnie nowoczesna bryła świątyni, bo jako siedmiolatek miałem styczność tylko z kościołami żnińskimi i drewnianym w Świątkowie. Ten we Władysławowie miał wyskoki i opadający dach oraz kolorowe witraże, które w wewnątrz dawały niesamowite efekty. Można się śmiać lub nie, ale to właśnie we Władysławowie pierwszy raz zjadłem banana. W połowie lat 80. i czasach kryzysu jakoś chyba do Żnina banany nie docierały. Może zbyt daleko od morza? W każdym razie utkwiło mi w pamięci to, że tam, na wczasach, można było kupić i zjeść banany oraz arbuzy. Potem te banany wiozło się do Żnina. Po drodze na plażę była też kawiarnia i lubiłem stamtąd deser w postaci kolorowej galaretki w plastikowym kubeczku. W dzisiejszych czasach, to nic wielkiego, ale wtedy był to rarytas - wspomina dalej swoje wakacje Remigiusz Konieczka.
Wieczorami wczasowicze najczęściej oglądali telewizję. Odbiornik telewizyjny był jeden na cały ośrodek. Żeby obejrzeć Dobranockę i Dziennik Telewizyjny trzeba było pójść na świetlicę. Tam w rogu na półce stał telewizor. Najprawdopodobniej czarno-biały, choć tego akurat Remigiusz dokładnie nie pamięta. Potem, podczas ostatniego pobytu, najchętniej uganiał się za piłką albo grał w karty z kolegami.
- Powrót do Żnina zaczynał się około 14.00. Wracaliśmy też 6-7 godzin. W Żninie byliśmy około 21.00. Powitaniu zawsze towarzyszyło zdanie: Ale się opaliłeś! Takie są moje wspomnienia z Władysławowa. Kiedy po 30 latach od ostatniego pobytu odwiedziłem ośrodek, który już spomaszowski nie był, to na wspomnienia dawnych czasów, się wzruszyłem. Tak samo jak teraz, kiedy przywołuję w pamięci dawno zatarte obrazy z wczasów z babcią, której od 12 lat nie ma już wśród nas - kończy Remigiusz Konieczka.
WAKACYJNE KOLONIE
W ośrodku odbywał się nie tylko wypoczynek rodzinny, ale też kolonie wakacyjne dla dzieci osób zatrudnionych w Spomaszu. Uczestnikiem pobytów w takiej formule był m.in. Marek Gałązka. Kolonie we Władysławowie spędzał w 1990 i 1991 r. Opiekunem grupy był Jerzy Krynicki, znany w Żninie animator sportu, więc właśnie tego typu rozrywki stanowiły największe atrakcje na koloniach. Na terenie ośrodka było małe boisko trawiaste.
Po sąsiedzku wakacje spędzała we Władysławowie także grupa z Niemiec. Ponieważ pobyt miał miejsce niedługo po Mundialu Italia 90, młodzi żninianie pełni ambicji ostro rywalizowali z rówieśnikami z Niemiec, chcąc im pokazać, że może reprezentacja zachodnich sąsiadów i zdobyła właśnie tytuł mistrzów świata, ale z ekipą żninian młodym Niemcom już tak łatwo wygrać nie będzie. Akurat po tamtych koloniach Marek Gałązka, ale i Leszek Piekarski, jeden z czołowych później piłkarzy w Żninie, postanowili się zapisać do młodzików Pałuczanki. Wracając zaś do Władysławowa, to Marek Gałązka pamięta, że oprócz gier sportowych dużą atrakcję stanowiły na koloniach konkursy taneczne.
Szczególną osobą wśród personelu ośrodka była przez ćwierć wieku, od 1975 r. aż do sprzedaży obiektu Bernarda Nowak. Pani ta mieszka w sąsiedztwie dawnego ośrodka Spomaszu. Niemal od początku doglądała tego obiektu w miesiącach poza sezonem letnim. Właśnie w 1975 r. podjęła już pracę na etacie w żnińskiej fabryce maszyn, ale jej obowiązki sprowadzały się do pilnowania ośrodka we Władysławowie i doglądania go od jesieni do lata. W sezonie wakacyjnym zaś pracowała wraz ze żninianami oraz czasami miejscowymi osobami przy obsłudze turystów w ośrodku. Kontakty ze znajomymi ze Żnina Bernarda Nowak utrzymuje do dzisiaj, odwiedzając co jakiś czas stolicę Pałuk. Z dawnym ośrodkiem Spomaszu we Władysławowie nadal mieszka po sąsiedzku.
Obecnie ośrodek we Władysławowie nazywa się Paleo. Wiele się w nim zmieniło, co pokazują zdjęcia zamieszczone w internecie. Niemniej jednak dawni wczasowicze ze żnińskiego Spomaszu nadal rozpoznają na tych zdjęciach stare miejsca.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze