Mąż: - On kazał nam po prostu sobie stąd iść. Lekarz: - W tym momencie, kiedy u mnie była, nie widziałem wskazań, żeby udzielać pomocy na szpitalnym oddziale ratunkowym. Po dobie pogotowie zawiozło ją na stół operacyjny
w stanie krytycznym.
Ireneusz Gwit - na zdjęciu w ogrodzie, jednym z miejsc, w których lubi spędzać czas z małżonką - cały czas nie może uwierzyć, w jaki sposób jego żona została potraktowana na oddziale ratunkowym żnińskiego szpitala fot. Arkadiusz Majszak 2 marca żona Ireneusza Gwita ze Żnina bardzo źle się czuła. Miała 40oC gorączki i bardzo niskie ciśnienie tętnicze. Poza tym dopadł ją bardzo silny ból brzucha. Z relacji Ireneusza Gwita wynika, że żona zwijała się z bólu. W tej sytuacji mąż uznał, że zawiezie żonę bezpośrednio na oddział ratunkowy w żnińskim szpitalu, w którym notabene od 20 lat pracuje jako położna. - Żona była tak słaba, że praktycznie niosłem ją z córką na oddział - zaznacza nasz rozmówca.
ODESŁANI DO EPOKI
Tego dnia wieczorem dyżur na oddziale ratunkowym w Pałuckim Centrum Zdrowia pełnił lekarz Michał Szymczak. Według Ireneusza Gwita, lekarz spojrzał na zegarek i powiedział, żeby poszukać sobie lekarza w Epoce.
- On kazał nam po prostu sobie stąd iść. Dodał, że z grypą czy przeziębieniem to można iść do lekarza w „Epoce“. Nie raczył nawet sprawdzić, jak żona się czuje. Nie uzyskaliśmy żadnej porady. Zostaliśmy potraktowani, jak byśmy weszli do rzeźnika. Przeżyliśmy naprawdę wszyscy szok. Żona jęczała z bólu brzucha na oddziale. Nawet nie zerknął - relacjonuje pan Ireneusz.
Nasz rozmówca zwraca uwagę, że żona jest pod stałą opieką lekarza rodzinnego, gastroenterologa i chirurga onkologa z Bydgoszczy. W chwili, kiedy kobieta poczuła się źle, nie było możliwości, z uwagi na późną porę, skontaktować się czy pójść na wizytę do któregokolwiek ze wspomnianych lekarzy. Jednakże, co podkreśla pan Ireneusz, kiedy był z żoną na oddziale ratunkowym, powiadomił Michała Szymczaka, że żona jest pod stałą opieką wspomnianych lekarzy. Miał poza tym jej dokumentację medyczną z historią chorób.
- Mieliśmy z sobą cały plik dokumentów. Nawet nie spojrzał na te papiery. Nie interesowało go, jakie żona schorzenia miała i na co się leczy. Każdy z lekarzy, pod których opieką jest żona mówił, że gdyby się coś działo, to należy natychmiast jechać na pogotowie - mówi Ireneusz Gwit.
Po zignorowaniu żony na oddziale ratunkowym, Ireneusz Gwit wraz z córką zabrał ją do Epoki. Dyżurująca wówczas lekarka zbadała kobietę i zapisała jej leki. Czemu lekarka widząc, w jakim pacjentka jest stanie, nie wypisała skierowania do szpitala?
- Nie wiem. Żona nie chciała, żebym wchodził z nią do gabinetu. Wiem, że żona bardzo bała się wrócić do lekarza, który tak ją potraktował.
Podejrzewam, że nawet gdyby ta lekarka chciała dać żonie skierowanie do szpitala, to pewnie drugi raz by tam nie poszła. Lekarka z „Epoki“ zrobiła wszystko, co było w jej mocy. Zmierzyła ciśnienie, które cały czas było tragiczne i zapisała leki, które kupiliśmy w aptece - odpowiada pan Ireneusz.
Dyrektor Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej Epoka w Żninie Piotr Chodkiewicz potwierdził nam, że dyżurująca 2 marca pani doktor Emilia Sarnowska, do której zgłosiła się na wizytę żona Ireneusza Gwita, nie wystawiła pacjentce skierowania do szpitala: - Uznała, że nie było w tym momencie potrzeby wypisywania skierowania do szpitala - wyjaśnia Piotr Chodkiewicz.
CIĘŻKI STAN
Żona pana Ireneusza po wzięciu przepisanych przez lekarkę z Epoki leków poczuła się nieco lepiej. W domu przeleżała dobę. W nocy z 3 na 4 marca dostała bardzo wysokiej temperatury. Termometr wskazywał 40,6oC gorączki. W opinii naszego rozmówcy jego żona była w stanie agonalnym. Zadzwonił po pogotowie.
- Przyjechali natychmiast i trafiła w stanie krytycznym na oddział chirurgii ogólnej. Miała znikome parametry życiowe. Okazało się, że jej stan był bardzo ciężki, miała niedrożność jelit i zapalenie otrzewnej, czyli doszło do zakażenia całego organizmu. Żonę operowali panowie Jerzy Rozmus i Jacek Porada. Muszę przyznać, że panowie zrobili kawał dobrej roboty - opowiada Ireneusz Gwit.
Żona pana Ireneusza wraca powoli do zdrowia. Cała rodzina przeżyła jednak ogromną traumę. Ireneusz Gwit przyznaje, że ostatnie zdarzenie to nie był pierwszy jego kontakt z tym lekarzem. Wspomina, że około dwóch lat temu, kiedy żona borykała się z bezzłogowym zapaleniem woreczka żółciowego, również dyżur na oddziale ratunkowym pełnił Michał Szymczak. - Był wtedy jeszcze z nami mój dobry kolega, który jest weterynarzem. Też zostaliśmy potraktowani źle - wspomina pan Ireneusz.
6 marca Ireneusz Gwit wybrał się na oddział ratunkowy, by porozmawiać z doktorem Michałem Szymczakiem. Przedstawił mu, w jakiej sytuacji znalazła się żona. Z relacji naszego rozmówcy wynika, że lekarzowi było przykro i nic nie powiedział. Przedwczoraj natomiast pan Ireneusz poinformował o sprawie dyrektora Pałuckiego Centrum Zdrowia Romana Pawłowskiego. Dyrektor wysłuchał pana Ireneusza i poprosił, by złożył oficjalne pismo.
ODETCHNĄŁ Z ULGĄ
Ireneusz Gwit mówi Pałukom, że złoży oficjalną pisemną skargę na postępowanie Michała Szymczaka. Zapowiada również powiadomienie o sprawie prokuratury. - No chyba, że zostanie odsunięty ze stanowiska, to wtedy odpuszczę z prokuraturą - stawia sprawę jasno pan Ireneusz.
Nasz rozmówca przyznaje, że po kilku dniach ogromnego stresu odetchnął z ulgą, że wszystko dobrze się skończyło, chociaż zdaje sobie sprawę, że niewiele brakowało, a nie miałby już żony. - Dla mnie nie do pomyślenia jest, żeby lekarz wyganiał chorego pacjenta z oddziału ratunkowego. Przecież - jak sama nazwa mówi - to oddział ratunkowy, na którym powinno się przede wszystkim pomagać, a nie szkodzić.
Według naszego rozmówcy, nie sposób nie zwrócić też uwagi, że wszystko znalazło szczęśliwy finał dzięki fachowcom pracującym w Pałuckim Centrum Zdrowia. - Bardzo wielki ukłon dla nich. Mamy w szpitalu bardzo dobry oddział chirurgii ogólnej - podkreśla pan Ireneusz.
Dyrektor Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie Roman Pawłowski wie o zaistniałej sytuacji. Dyrektor zwraca uwagę, że bez względu na fakt, że sprawa dotyczy pracownicy żnińskiego szpitala, nie powinno to nikogo spotkać. Kiedy przedwczoraj rozmawialiśmy z dyrektorem, nie znał on jeszcze stanowiska Michała Szymczaka, dlatego trudno było mu się do tej sprawy ustosunkować, ale przyznał, że ma do czynienia z problemem, który należy szybko rozwiązać - dodał dyrektor.
OCENIA STAN PACJENTA TU I TERAZ
Michał Szymczak w rozmowie z Pałukami przyznaje, iż rozumie rozżalenie Ireneusza Gwita. Zwraca jednak uwagę, że w chwili, kiedy jego żona zgłosiła się na oddział ratunkowy w szpitalu, stanu zagrożenia dla jej życia nie było. Lekarz podkreśla, iż żaden pacjent ze stanem zagrażającym życiu i zdrowiu nigdy nie został przez niego odesłany do lekarza POZ. Jego zdaniem pacjentka od trzech miesięcy nie zgłaszała żadnego pogorszenia stanu zdrowia i nie kwalifikowała się, żeby w pierwszej kolejności miała udzieloną pomoc na oddziale ratunkowym.
- Pacjent, który ma dolegliwości przewlekłe bez zaostrzenia powinien trafić do lekarza rodzinnego - wyjaśnia Michał Szymczak I dodaje, że po wywiadzie poradził pacjentce, by zgłosiła się do Epoki. Zwraca uwagę, że w przypadku, gdyby lekarz z Epoki uznał, że stan pacjentki kwalifikuje się do oceny w szpitalu, wówczas na pewno wystawiłby do szpitala skierowanie.
Michał Szymczak mówi, iż nie może podawać zbyt wielu szczegółów tej sprawy, ponieważ to, co dotyczy pacjenta, objęte jest tajemnicą lekarską. Dziwi się natomiast, skąd Ireneusz Gwit posiada takie informacje, skoro w gabinecie lekarskim podczas przeprowadzania wywiadu był tylko on, pacjentka i ratowniczka medyczna. Mąż pacjentki czekał w tym czasie w poczekalni, a drzwi gabinetu były zamknięte.
Michał Szymczak uważa, że w przypadku żony Ireneusza Gwita postąpił prawidłowo. - Ja oceniam stan pacjenta tu i teraz, a czy ktoś następnego dnia jest w stanie zagrożenia życia, to ja nie wiem. W tym momencie, kiedy u mnie była, nie widziałem wskazań, żeby udzielać pomocy na szpitalnym oddziale ratunkowym - wyjaśnia lekarz.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1308 (10/2017)
Inne teksty na ten temat:
Dyrekcja szpitala: lekarz nie popełnił błędu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze