17 marca w Klubie Podróżnika działającym w żnińskiej Bibliotece Publicznej z wykładem pt. Etiopia – wśród plemion doliny Omo wystąpił regionalista i pałucki globtroter Michał Woźniak.
Podróżników powitała dyrektorka biblioteki Beata Czaczyk, która powiedziała, że spotkanie odbywa się w szczególnej scenerii obrazów doktora Ignacego Goca. - Pewnie niektóre z tych klimatów ujętych na obrazach będą zbieżne z tymi, które dzisiaj pokażemy, może chociaż kolorystycznie – usłyszano.
Wrażeniami ze swojej ostatniej wyprawy podzielił się Michał Woźniak, który stwierdził, że obecnie bilety na wyprawę do Etopii są tanie i jeśli ktoś miałby trochę wolnych pieniędzy to poleca wyprawę do tej części Afryki, gdzie za naprawdę małe pieniądze (18-dniowy pobyt to około 2500 zł) można zobaczyć kawałek ciekawego świata.
Prelegent uwagę zwrócił na kolorystykę etiopskiej flagi narodowej, która jest zielono-żółto-czerwona. - Zieleń oznacza Afrykę, żółć to jest złoto, natomiast czerwień to jest krew przelana za niepodległość, tak jak w większości krajów – powiedział podróżnik i dodał, że Etiopia to jedyny kraj Afryki, który nigdy w pełni nie utracił niepodległości, choć próby podbicia kraju podejmowali Portugalczycy, Włosi czy Brytyjczycy.
Wyprawa rozpoczęła się od zwiedzenia stolicy Addis Abeba, co w języku amharskim oznacza „Nowy Kwiat”. Jest też ona nazywana największą wsią Afryki, a liczy około 3,5 miliona mieszkańców. Jest tam niewiele zabytków, a to dlatego, że powstała pod koniec XIX wieku, zaś jej zabudowa jest niezwykle chaotyczna. Najładniejszą część stolicy Etiopii stanowi jej centralna część, w której znajdują się placówki dyplomatyczne, najważniejsze ministerstwa oraz placówki bankowe.
Etiopia znana jest przede wszystkim jako kraina, w której panuje wieczny głód, a także religijny fanatyzm. Dominuje kościół gotycki, który na tamtych terenach narodził się w V wieku naszej ery. - Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że właśnie w Etiopii, w kościołach Lalibeli lub też Aksum spoczywa Arka Przymierza. Wszyscy jej szukają, no udało się ją znaleźć tylko Indianie Jonesowi, no ale znowu gdzieś zaginęła i prawdopodobnie jest w Etiopii – stwierdził Michał Woźniak.
Dowiedziano się, że etiopski kalendarz w stosunku do polskiego jest przesunięty, stąd też święta Bożego Narodzenia były tam obchodzone 7 stycznia. Ważne dla Etiopczyków jest święto Epifanii, które trochę przypomina polskie Boże Ciało. W Etiopskim kościele Ortodoksyjnym Epifania jest upamiętnieniem chrztu Jezusa w rzece Jordan i przypada na 19 stycznia. - Podczas święta Epifanii praktycznie wszystkie ulice w miastach były zablokowane przez olbrzymie wielokolorowe procesje – usłyszano.
Uwagę turystów przykuwa komunikacja miejska. - Ona przede wszystkim opiera się na takich minibusikach, teoretycznie jest tam 12 miejsc, natomiast jedzie tym około 30 osób. Te busiki nie są w najlepszym stanie, zresztą tak, jak się na samochody popatrzy, które tam jeżdżą, to między innymi jeżdżą jeszcze cały czas wołgi i łady, także mamy trochę takich wspomnień z naszych dawnych czasów – powiedział prelegent i dodał, że głównym środkiem transportu w Addis Abebie są tramwaje, a przejazd kosztuje około 20 groszy, niezależnie od pokonywanej trasy. - A trasy są dwie, zielona i niebieska. Gdzieś kiedyś czytałem, że podobno w Etiopii miały jeździć tramwaje z PESY Bydgoskiej i myślałem, że uda się taki nasz polski, bydgoski akcent znaleźć. No niestety tramwaje były chińskie – powiedział prelegent.
W tramwajach białym ludziom ustępuje się miejsca, choć oni nawet tego nie chcą. - Co ciekawe, stałem w tramwaju tylko naprawdę chwileczkę, byliśmy trzy osoby i w pewnym momencie starzy ludzie zaczęli nam miejsce ustępować, no bo w końcu biały nie może stać. Także aż mi głupio było, kiedy taka 80-letnia starość, która ledwo na nogach się trzyma, mówi, że tu koniecznie mam usiąść, a ona będzie stała. Ja mówię, nie, absolutnie nie, no i tak zostałem zmuszony, i ostatecznie musiałem to miejsce zająć – usłyszano.
W stolicy Etiopii znajduje się największy w Afryce targ na powietrzu zwany Mercato, który tętni życiem i można tam kupić wszystko, począwszy od tradycyjnych przypraw po ręcznie robione rękodzieło. – Jest to właściwie miasto w mieście. Dziesiątki tysięcy, byle jak splecionych bud. W większości miejsc nawet nie wolno tam robić zdjęć, bo po prostu gonią, rzucają kamieniami. Jest tam dość niebezpiecznie i bez przewodnika lepiej się nie zapuszczać – usłyszano.
Podczas wyprawy Michał Woźniak spotkał zaledwie 32 białe osoby, z czego czwórka to Polacy. - W trasie spotkaliśmy jeszcze 6 osób, a pozostałe osoby już na lotnisku, w dniu wylotu. Także nie jest to kraj zbyt mocno odwiedzany – usłyszano.
Uwagę przykuwa wzgórze Entoto, na którym znajduje się kościół królewski. Wcześniej mieścił się tam pałac, w którym mieszkał cesarz Hajle Syllasje czyli Zwycięski Lew Plemienia Judy, Wybraniec Boży. Pochowany został w Katedrze Świętej Trójcy w Addis Abebe.
Ze stolicy podróż wiodła do Doliny Omo, która była celem wyprawy. Udało się tam dotrzeć po dwunastu godzinach drogi i pokonaniu trzystu kilometrów. W 40-tysięcznym miasteczku Arba Myncz znajduje się spora baza noclegowa oraz wypadowa do pobliskich wiosek, w których mieszkają plemiona Dorsi, Konso, Ari, Mursi i Kara. Ciekawostką jest, że nazwa plemion pochodzi od nazw miejscowości. Jak zauważył prelegent, plemiona, które położone są bliżej dużych miejscowości, zatraciły swój autentyzm i tradycje, które odróżniały je od siebie. - Plemię górskie Dorsi słynie przede wszystkim z tego, że stawiają chałupy podobne kształtem do głowy słonia. Co prawda nie mają takich długich trąb. Natomiast widać u góry oczy i właśnie ten wyłaniający się nos. Tak sobie wybrali właśnie taki kształt, bo słonie symbolizują potęgę, władzę, siłę. Oni wierzą, że w ten sposób ta siła również przejdzie na nich. Natomiast same słonie już w tej chwili na terenie Etiopii nie występują. Także najbliżej, żeby je zobaczyć, to trzeba by było jechać około 300 kilometrów dalej, do Temny – usłyszano.
Charakterystycznym widokiem w Etiopii są żółte kanistry na wodę, gdyż doskwiera tam ogromna susza i są problemy z wodą. - Także woda jest dowożona z głębokich studni i po prostu bezpłatnie rozdysponowana. Noszenie wody to przede wszystkim rola dla dzieci. Tam nawet pięcioletnie czy sześcioletnie dziecko nosi nawet cały 10-15-litrowy kanister, czyli ta woda, którą niesie waży praktycznie tyle samo, co to dziecko, albo nawet więcej – usłyszano.
Klubowicze dowiedzieli się jak wyglądają stroje ludowe plemienia Dorsi oraz ich codzienne życie i tradycje.
Kolejne plemię - żyje głównie z rolnictwa, a ich wioski wpisane zostały na listę UNESCO ze względu na konstrukcję chat wykonanych z drewna oraz kamienne murki (tarasy).- I te murki składają się z takich trzech kręgów otaczających wioskę. Jest to pierwszy taki przykład sztuki obronnej w Czarnej Afryce. Oczywiście wszędzie, gdzie się pojawialiśmy tam towarzyszyły nam całe tłumy – powiedział prelegent i dodał, że wszystkie plemiona mieszkające w Dolinie Omo wcale tak w zgodzie ze sobą nie żyją, są tam nieustanne najazdy, napaści. - Przede wszystkim chodzi o dzielenie się zasobami takimi jak kozy, czy na przykład kobiety. Małżeństwa są tam aranżowane, ale żony można sobie kupić, jeżeli się jest odpowiednio bogatym mężczyzną. Taka żona kosztuje przynajmniej 50 krów więc to nie są tanie rzeczy. Można mieć ostatecznie do czterech żon, a to jest jakieś 200 krów – powiedział Michał Woźniak.
Wśród plemion Doliny Omo jest duża śmiertelność, a dostęp do służby zdrowia praktycznie żaden. Funkcjonuje wciąż medycyna ludowa, tradycyjna. - Są oczywiście organizacje pomocowe, organizacje Narodów Zjednoczonych, które próbują tam szczepić tę ludność, czy w jakiś inny sposób wspomagać ich zdrowotnie, ale na razie niewiele to dało – usłyszano.
Podróż zawiodła żnińskiego globtrotera do wioski Arbore, która zabudowana jest z sitowia, a tamtejsze kobiety codziennie chodzą nad pobliską rzekę, żeby to sitowie wyrywać. - Jednego dnia są w stanie wyrwać jedną wiązkę, a żeby wybudować dom potrzeba 64 wiązek – usłyszano. Dziewczęta z tego plemienia (niezamężne) mają prawie że wygolone głowy, zaś mężatki mogą sobie pozwolić na dłuższe włosy.
Sercem Doliny Omo jest miejscowość Dżinka, przy której mieszka plemię Ari. Prowadzi ono ucywilizowane życie i korzysta z nowoczesnej edukacji oraz zdobyczy techniki. Z kolei plemię Mursi żyje głównie z pasterstwa i głównie na terenie Parku Narodowego Mago. Aby dostać się do wioski należy ustalić z wodzem cenę i zapłacić za wstęp. Charakterystyczną cechą przedstawicielek tego plemienia są gliniane talerzyki w wargach. Im większa warga i tabliczka w niej, tym kobieta jest piękniejsza i więcej krów za nią można uzyskać. - Oprócz tego, żeby być jeszcze piękniejszą, to w wieku 10 lat mają wybijane dwa dolne zęby. Kiedy ma już wybite te dwa dolne zęby i ma założoną tą tabliczkę, to jest już idealne. Do tego jeszcze te panie się poddają się skaryfikacji, to znaczy robią sobie na ciele rany, które są potem nacierane popiołem, aby dłużej się goiły i pozostawiały takie naprawdę bardzo widoczne ślady. Szczególnie te skaryfikacje są robione już po zamążpójściu. Z jednej strony zaczyna się to jeszcze przed zamążpójściem, żeby pokazać swoją odporność na ból i udowodnić, że jest się prawdziwą kobietą, przyszłą matką. A z drugiej strony też część z tych symboli, które pojawiają się na ciele, to są te same symbole, które są na przekazanych przez przyszłego męża krowach, także żeby pokazać właśnie, że jest to przynależność – powiedział Michał Woźniak. Z kolei turystów witają chłopacy na szczudłach. - Te szczudła nie wzięły się bez powodu. To jest po prostu ich tradycja. Mieszkali kiedyś na terenach, w których mieszkało sporo dzikich, groźnych zwierząt. No i właśnie po to, żeby nie nastąpił bezpośredni atak na nogi, to chodzą na takich szczudłach, które są na wysokości 3-4 metrów nad ziemią. I bardzo sprawnie na tych szczudłach chodzą – usłyszano.
Podróżnik opowiedział też o plemieniu Hamer, które jest przyjazne turystom. W kulturze tego plemienia kobiety i mężczyźni splatają włosy w drobne warkoczyki, a skórę pokrywają specyficznym pudrem sporządzanym ze zjełczanego masła zmieszanego z rudą glinką. Tą mazią pokrywają też włosy, a zamężne kobiety dodatkowo na szyi noszą metalowa obręcz. Ważnym rytuałem w tym plemieniu jest tak zwany boots jumping, czyli skoki przez byka. Młody mężczyzna, aby udowodnić swoją dojrzałość, męstwo i wykazać, że nadaje się do założenia rodziny musi przebiec po grzbietach kilkunastu byków. - Jeżeli mu się to uda, to w tym momencie jest przyjmowany już do tej plemiennej starszyzny i może już spokojnie zakładać rodziny – powiedział prelegent.
Ostatnim plemieniem, o którym usłyszano na spotkaniu Klubu Podróżnika było plemię Kara. - Może źle zabrzmi, ale to było jedyne śmierdzące plemię. Nie wiem, czy tak specyficznie pachnieli od jedzenia, które spożywają, czy też od niechęci do mycia, mimo że było to plemię najbliżej położone rzeki Omo. To plemię z kolei słynie z malowania swoich ciał rozmaitymi wzorami. Panie malują przede wszystkim twarze, panowie malują wszystko – usłyszano.
Podczas spotkania dowiedziano się wiele ciekawostek z życia codziennego mieszkańców Etiopii, ich kultury, tradycji czy też związanych z jedzeniem. Mieszkańcy Etiopii w większości są bardzo przyjaźnie nastawieni, przynajmniej w ciągu dnia.
Po prelekcji zadawano Michałowi Woźniakowi jeszcze wiele pytań związanych z Etiopią, na które chętnie odpowiedział.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze