Reklama

Zniknął Kajtek i suczka

Genowefa Kozłowska pokazuje zdjęcie zaginionego Kajtka fot. Remigiusz Konieczka

Łysinin, adopcja, psy, urzędniczka, policja
     Zniknął Kajtek i suczka
     Mieszkance Łysinina jednego dnia zginęły dwa pieski, które wcześniej przygarnęła. Szukała, pytała, ogłaszała, nie ma. Czworonogi się nie znalazły.

     - To było jak dziś. Ładny dzień, po południu, około 18:00 20 maja - tak swoją opowieść o zaginięciu psów zaczyna Genowefa Kozłowska z Łysinina.

     Ale ta opowieść o dwóch zaginionych psach zaczęła się dwa lata temu. Zaczyna ją opowieść o suczce, która latem 2011 roku błąkała się w Gąsawie, a jesienią pojawiła się w Łysininie. Wiosną 2012 roku znowu pojawiła się w Łysininie. W ubiegłym roku suczka na świat wydała młode. Ktoś zadzwonił do Urzędu Gminy, ktoś wezwał weterynarza. Skutek był taki, jak opowiada Genowefa Kozłowska, że młode uśpiono, a suczka latała na pół dzika sama. Późną jesienią okazało się, że znów spodziewa się młodych. Żal się zrobiło pani Genowefie błąkającej się po Łysininie suczki i ją wzięła. 12 stycznia urodziła szczeniaki. Mieszkanka Łysinina pojechała do Urzędu Gminy w Gąsawie, żeby przyjechał weterynarz uśpić psy. Jeden miał zostać. Na podwórku została przygotowana buda dla zwierząt.

Reklama

     Genowefa Kozłowska mówi, że podczas wizyty w Urzędzie urzędniczka, której zgłosiła fakt przygarnięcia psa, dała jej coś do podpisania i podpisała. Potem przyznała, że żałuje tego, iż złożyła podpis na dokumencie. Wyjaśniła, że w ten sposób adoptowała suczkę i tego jednego szczeniaka, który został z miotu.

     Suczka nie dawała się przytulić, pogłaskać. - Doktor Plewa powiedział, że ktoś mu musiał wielką krzywdę zrobić, że taki jest. To był pies traumatyczny - mówi.

     Suczka miała taki charakter, że uciekała. Gdy nadeszła wiosna, zwierzę nie mogło usiedzieć w miejscu i biegało po wsi. 14 maja Genowefę Kozłowską odwiedziła policja, bo otrzymała zgłoszenie, że jej pies biegał bez smyczy. Funkcjonariusze chcieli mandat dać, ale ostatecznie pouczyli mieszkankę Łysinina, że jeśli sytuacja się powtórzy, to mandat będzie. Minęły dwa dni i znów u niej była policja. Zapytała ich, kto wysyła policję. Dowiedziała się, że Urząd Gminy. Udała się do urzędniczki, u której podpisała dokumenty adopcyjne. Tam otrzymała informację, że rzeczywiście została skierowana do niej policja, bo psa trzeba trzymać w obejściu.

Reklama

     - Nie dość, że wzięłam psa, to jeszcze na mnie donieśli. Przykro mi się po tym pierwszym razie zrobiło i się popłakałam. Potem mnie palcami wytykali. Po co ja to podpisywałam? Zawsze było tak, że jak jakiś pies się błąkał, to brałam, zaszczepiała i był. Bo lubię psiaki. Sama kupowałam środek dla psa, sama budkę robiłam. Ani budki nie dali, ani karmy nie dali. Budka miała być na wiosnę. Wiosna minęła, psa nie ma i budki też nie ma - mówi mieszkanka Łysinina.

     20 maja suczka zniknęła. Zniknął też drugi pies pani Genowefy, Kajtek, którego przygarnęła dwa lata temu. Ten był czarny i bardzo spokojny. Zawsze był przy nodze. Nasza rozmówczyni dodaje, że sąsiadom zaginęły trzy psy.

Reklama

     - Nie wiem, co się stało. Psy jednego dnia zniknęły. Ogłaszałam cztery razy w "Pałukach", na słupie, w Internecie. Dzwoniliśmy do schronisk, do ościennych gmin. Nic to nie dało. Syn nawet raz do Łabiszyna pojechał, bo było zgłoszenie o znalezionym psie, ale to nie ten pies był - opowiada Genowefa Kozłowska.

     Pracownik Urzędu Gminy w Gąsawie Lucyna Miszczak wyjaśnia, że pani Kozłowska sama zgłosiła chęć przyjęcia psa. Tym samym zobowiązała się do opieki nad psem, dozoru, karmienia go i dobrego traktowania. Policja pouczyła właścicielkę psa, ponieważ zwierzę uciekało i chodziło po wsi. A że była to suczka, to ciągnęła się za nią wataha innych wiejskich psów, na co mieszkańcy systematycznie się skarżyli. 

Reklama

     - To wszystko działo się na skrzyżowaniu w Łysininie i zagrażało bezpieczeństwu. Daleka jestem od nasyłania policji, ale ona jest właścicielką i w związku z tym ma wobec psów konkretne obowiązki - mówi Lucyna Miszczak. Dodaje, że mieszkanka Łysinina budy dla psa nie chciała, ponieważ taką już posiadała. Odnosząc się do stwierdzenia Genowefy Kozłowskiej, że dostała coś do podpisania i podpisała, pracownik Urzędu wyjaśnia, że pani Kozłowska na protokole przyjęcia psa własnoręcznie dopisała dla pieska wybrano imię Sonia, ponieważ wcześniej pies nie miał imienia. Ponadto otrzymała oryginał świadectwa szczepienia psa, piesek był również poddany zabiegowi odrobaczenia.

     Suczka od początku stwarzała problemy, ponieważ nie dawała się złapać, oswoić. Było to zwierzę, które wcześniej musiało długi czas przebywać na wolności i teraz najwyraźniej - zdaniem urzędniczki - tę wolność wybrało.

Reklama

Remigiusz Konieczka, 5 IX 2013

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości