Reklama

Zwolniła, żeby zaoszczędzić

Mamlicz, szkoła, wypowiedzenie, praca
     Zwolniła, żeby zaoszczędzić
     Z pracą w Szkole Podstawowej w Mamliczu, do której uczęszcza 98 dzieci łącznie z przedszkolakami, żegnają się cztery osoby: pedagog, logopeda, pomoc nauczyciela i sprzątaczka. Dyrektor placówki Wiesława Mikołajczak wyjaśniła nam, że wprowadza zmiany konieczne, które w jak najmniejszym stopniu mogłyby się odbić na uczniach.

     Niektóre pracownice otrzymały oficjalne wypowiedzenia 20 maja, do innych wypowiedzenia przyszły pocztą. O tym, że szykują się zwolnienia, wiedziały już jednak od dłuższego czasu, między innymi stąd, że informacja o zmianach kadrowych została wywieszona na gazetce w pokoju nauczycielskim, a także przekazana została w nieformalnych rozmowach.
     DYREKTOR: KLASY NIELICZNE, ZATRUDNIENIE LICZNE
     Sprzątaczka pracuje w Szkole Podstawowej w Mamliczu od czterech lat, logopeda od pięciu, pomoc nauczyciela od siedmiu, a pedagog od pięciu lat (wcześniej, od 2007 roku zajmowała się dowozem uczniów do tej szkoły). Jedna ze zwalnianych osób ma szerokie kwalifikacje. Logopeda ma także wykształcenie polonistyczne, jest doradcą zawodowym, neurologopedą i zna język migowy. Oprócz tego rozpoczęła studia doktoranckie.
     Arkusz organizacyjny, który został przygotowany, będzie obowiązywał od września, więc te cztery osoby fizycznie tracą pracę z dniem 31 sierpnia.
     Pani dyrektor Szkoły Podstawowej w Mamliczu Wiesława Mikołajczak zapytana o przyczyny zwolnień wyjaśniła, że każda szkoła ma dostosować koszty funkcjonowania do liczby uczniów i to właśnie dzieje się w Mamliczu, gdzie klasy są bardzo nieliczne, natomiast liczne jest zatrudnienie, a polityka zatrudnienia musi być adekwatna do liczby uczniów. Wyjaśnia także, że cztery zwalniane osoby nie oznaczają, że szkoła pozbywa się czterech całych etatów, gdyż niektóre ze zwalnianych osób pracują na pół etatu, a zwolnienia są spowodowane spadkiem liczby uczniów w szkole. Jako przykład podaje, że w szkole w Mamliczu obecna trzecia klasa liczy siedmioro uczniów, więc zamiast organizować klasy łączone czy zwalniać pracowników dydaktycznych woli wprowadzić obniżenie kosztów takie, które nie będzie odbywać się kosztem uczniów.
     ZWALNIANI: NIE ZMNIEJSZENIE KADRY, ALE JEJ WYMIANA
     Pani dyrektor całej sprawy nie chce omawiać na łamach gazety, twierdząc, że niepotrzebne zamieszanie wywołują nauczyciele, którzy na różne sposoby próbują obniżyć autorytet tej szkoły.
     Nauczyciele widzą jednak sprawę inaczej. Według nich nie chodzi o zmniejszenie liczby pracujących, tylko o wymianę kadry. - Arkusz organizacyjny przewiduje zatrudnienie od września psychologa - mówią. Próbowali współpracować z panią dyrektor, przedstawiając jej własną propozycję arkusza organizacyjnego, który zakładał wprowadzenie koniecznych oszczędności bez konieczności zwalniania pracowników. Pani dyrektor z arkuszem się nie zapoznała, gdyż uważa, że tworzenie tego dokumentu leży wyłącznie w jej kompetencjach.
     Na pytanie, czy pracę zwolnionych osób będą wykonywały inne, nowo zatrudnione osoby, pani dyrektor odpowiedziała, że nie musi się tłumaczyć w gazecie ze zmian kadrowych i jeśli będzie o tym mówić, to dopiero w sierpniu.
     Sprzeciw osób zwalnianych budzi fakt, że z jednej strony dyrekcja wręcza wypowiedzenia, a z drugiej strony zatrudnienie na stanowisku nauczyciela nauczania indywidualnego w szkole znajduje córka sołtysa Mamlicza i jednocześnie radnego Rady Miejskiej w Barcinie.
     - Ona była zatrudniona od października w ramach stażu na pół roku, a teraz ma przedłużoną umowę do końca czerwca i jest też podobno ujęta w arkuszu na przyszły rok - zwracają uwagę zwalniane panie. - Dziecko, którym się opiekuje, wcześniej nie miało orzeczenia z poradni i nie miało nauczania indywidualnego, a teraz takie orzeczenie ma, a i tak uczęszcza do szkoły z innymi dziećmi i jest w klasie masowej.
     Dyrektor Wiesława Mikołajczak twierdzi, że osoba ta jest w tej chwili na stażu i jest potrzebna do organizowania zajęć nauczania indywidualnego, a dzięki niej uczeń podlegający takiemu nauczaniu mógł zostać objęty opieką nie tylko w ciągu wymaganych sześciu godzin, ale także w większym wymiarze. Podkreśla, że wszystko to odbywa się z myślą i dla dobra ucznia.
     SPRAWY KADROWE NIE NA FORUM GAZETY
     Dyrektor Szkoły Podstawowej w Mamliczu przyznała ponadto, że organizacja pracy szkoły nie jest jeszcze dopracowana do końca i może o niej szczegółowo porozmawiać, ale dopiero w sierpniu, tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Zaznacza, że nie wiadomo, czy w przyszłym roku powstanie oddział przedszkolny, a na ten moment nie wymaga zaangażowania pomocy nauczyciela. Przekonuje ponadto, że postępuje zgodnie z polityką oświatową, która jest opracowana przez organ prowadzący, a nauczyciele nie patrzą na interes szkoły, o czym świadczyć może choćby fakt, że ciągle chodzą na zwolnienia i trudno jest zorganizować zastępstwa.
     Pani dyrektor Wiesława Mikołajczak po zapoznaniu się z zapisem informacji, które przekazała gazecie w rozmowie telefonicznej 25 maja, nie wyraziła zgody na ich publikowanie ze względu na to, że artykuł jest nierzetelny. Stwierdziła, że tekst zawiera informacje nierzetelne i nie oddaje prawdy na temat organizacji pracy i funkcjonowania szkoły, co godzi w jej dobre imię. Poprosiliśmy zatem, ażeby jako dyrektor wskazała, które informacje są według niej nierzetelne, bo zależy nam na publikacji rzetelnych informacji. Otrzymaliśmy odpowiedź, że oficjalne stanowisko szkoły brzmi: - Sprawy kadrowe szkoły leżą w kompetencji dyrektora i nie są przeznaczone do omawiania na forum gazety.

Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1215 (21/2015)

Reklama

 

 

 

 

Komentarz

     Szkoła to ja

     „Zwolniła cztery osoby, żeby zaoszczędzić“. Gdy czytam takie artykuły, przypomina mi się rok 1980. Na przykład - hasła współdecydowania przez robotników w zarządzaniu zakładem pracy. Wiadomo, że to mit, mrzonka. Że zakładem pracy musi zarządzać szef. Ale i wtedy, i teraz przychodzi czasem chwila, w której pracownicy przychodzą do szefa i mówią: „Zróbmy to inaczej“.
     Czy (i wtedy i teraz) można ich nie wyrzucać za drzwi? Wyjaśniam, że nie chodzi o fizyczne wyrzucenie za drzwi, tylko o postawę znaną z działalności Ludwika XIV, a ujętą w maksymie „Państwo to ja“.
     Ludwik XIV na pewno nie musiał się prasie tłumaczyć z decyzji, kogo zatrudnia, kogo zwalnia i dlaczego. Dziś jednak (ostatecznie była ta rewolucja francuska) standard jest taki, że jeśli się kogoś zwalnia, trzeba powiedzieć - czemu zostaje zwolniony. Dlatego najprostsze wyjaśnienie, jakiego pracodawca (lub osoba, która go reprezentuje) szuka, najchętniej brzmi: likwidujemy to stanowisko, bo robimy reorganizację firmy. Wtedy dyskusji być nie może. No, bo o czym dyskutować? Prawidłowe działanie, podjęte w imię wartości, jaką jest racjonalne gospodarowanie pieniędzmi budżetowymi.
     Takie wyjaśnienie może być prawdziwe, może też być udawane. Likwidujemy cztery stanowiska pracy, po czym tworzymy dwa nowe. Aby wszystko było można obronić - te dwa nowe będą miały nieco inny zakres obowiązków. I jesteśmy czyści.
     Jednak jest coś, co przeszkadza w tak doskonałej pod względem formalnym operacji. Pracownicy. Oni nie chcą stracić pracy, chcą rozmawiać, chcą się bronić. Można oczywiście ich nie wyrzucać za drzwi, przeczytać to, co mają do zaproponowania, podyskutować. No - z tym podyskutować jest już gorzej, bo może okazać się, że nasze argumenty się nie obronią. Więc lepiej - za drzwi. Państwo to ja.
     Powyżej napisałem kilka refleksji na temat stylu zarządzania zakładem pracy. Ale oczywiście wiem, jaki zarzut już w myślach stawia mi czytelnik. Mianowicie taki, że kwestionuję prawo szefa do pracy z takim zespołem, z jakim chce pracować. Powiedzą: Jeśli dyrektor nie jest zadowolony z pracy pracownika - ma go nie móc zwolnić?
     Tu mamy nieco inny problem. Bo oczywiście zgodzę się, że szef, jeśli ma skutecznie kierować instytucją, musi mieć możliwość zwolnienia pracownika, który pracuje nie tak, jak trzeba. I tu nam się oba tematy łączą. Bo nie jest prosto wykazać, że ktoś pracuje nie tak, jak trzeba. Po pierwsze - wymaga to od szefa pracy. Szef musi się nastarać. Po pierwsze - nastarać komunikując podwładnemu, jakie są wymagania. Po drugie - kontrolując go i wykazując usterki w pracy. Po trzecie - dysponując materiałem (który obroni w Sądzie Pracy), że pracownik nie pracował tak, jak trzeba. Czy jestem za tym, aby zwalniano nauczyciela za to, że nie potrafi dzieci nauczyć? Jestem. Oczywiście nigdy nie słyszałem, aby ktoś za to był zwolniony, wręcz przeciwnie, znam z dawnych czasów przypadki awansowania takich nauczycieli z wyjaśnieniem: „bo jak nie będzie uczył, mniej szkody narobi“. Więc aby zwolnić nauczyciela za to, że tylko markuje przeprowadzanie lekcji, że zamiast wyjaśniać trudne tematy, dyskutuje o ostatnich meczach ligi mistrzów, że jest leniwy i nie sprawdza zadań domowych - aby za to zwolnić nauczyciela, dyrektor musiałby się ostro napracować.
     Tak więc tu się oba tematy: stylu i merytorycznych przyczyn - łączą. W przypadku stylu zwalniania chodziło o to, co PODAJEMY jako przyczynę. W tym drugim przypadku chodzi o to, co JEST przyczyną. A więc może nią być to, o czym pisałem - że ktoś źle pracuje. Ale może też być przyczyną, że dana osoba nam się nie podoba. Uśmiecha się nam krzywo za plecami. Może też być przyczyną to, że należy zwolnić kogoś, kto nie ma pleców, aby zatrudnić kogoś, kto ma plecy.
     I tu krytykom mojego artykułu od razu odpowiadam: o ile szef ma prawo (ba! obowiązek!) zwolnić kogoś, kto źle pracuje, to nie ma prawa zwalniać pracowników, którzy się krzywo za plecami mu uśmiechają, albo z tego powodu, że potrzebne jest miejsce dla kogoś ustosunkowanego. To jest nieetyczne.
     Powyższe moje refleksje wywołał oczywiście artykuł: „Zwolniła cztery osoby, żeby zaoszczędzić“, ale są to bardziej refleksje ogólne niż na ten konkretny temat. Nie wiem bowiem, czy zwalniane osoby pracowały wzorowo, czy się obijały. Nie wiem, czy te kompetencje, które ma stażystka, mają zwalniani pracownicy i czy tę pracę może wykonywać ktoś z nich, czy też są to zbiory rozłączne. Nie wiem, czy rzeczywiście ktoś zostanie w tej szkole zatrudniony na nowe stanowisko (mówią tak pracownicy, ale pani dyrektor nie potwierdza; cyfrę 2 wziąłem z powietrza, sprawa wyjaśni się w sierpniu). Nie wiem, czy będą zmienione zakresy obowiązków.
     Po co więc to wszystko piszę? Bo przypomniał mi się rok 1980 i wielka rewolucja społeczna. Pamiętam wypowiedź, jaką przeczytałem wtedy w jakimś reportażu interwencyjnym. Nie przypomnę sobie już dziś, na jaki temat był reportaż, w jakiej gazecie, ani kto mówił. Ale pamiętam, że mówił tak: „- Ja wiem, że po pani reportażu nic się w moim zakładzie nie zmieni. Że wszystko wytłumaczą na okrągło i normy dalej nie będą przestrzegane. Ale pani musi o tym napisać, żeby wszyscy wiedzieli, jak jest. Że władza robi co chce, a nas, robotników, ma za nic.“ I pamiętam, jak ten reportaż wtedy się kończył. Dziennikarka pisała, że decyzje leżą w rękach tych, którzy rządzą. Władzę mają ci, którzy mają władzę. Ona nic zmienić w tym zakładzie nie może. Może jedynie o tym napisać (czego przed sierpniem 1980 zrobić nie mogła).
     Pomimo tego, że od 1980 roku minęło nieco lat, czasem więc w „Pałukach“ czytam artykuły, o których można powiedzieć to samo. Wiem, że władza będzie miała wytłumaczenie na wszystko. Wiem, że normy dalej nie będą przestrzegane. Ale to nie jest tak, że sprawy kadrowe szkoły, które leżą w kompetencji dyrektora, „nie są przeznaczone“ do omawiania na forum gazety. W porównaniu z czasami Ludwika XIV coś się zmieniło. Przede wszystkim to, że możemy o sprawie napisać.
Może jedynie tylko to.

Reklama

Dominik Księski
Pałuki nr 1215 (21/2015)

 

 

 

Inne teksty na ten temat:

Dyrektor decyduje w sprawach zatrudniania

 

Przejdź do forum.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości