Konflikt w PGR w Jadownikach
5 kilometrów za Żninem
Wysiadam na stacji w Jadownikach. Jest mokro, na peronie nikogo. Gdy pociąg odjeżdża, zagłębiam się w mgłę i idąc wzdłuż torów próbuję wyobrazić sobie, jakby mi się mieszkało w takiej wsi. Skręcam na drogę, przez mgłę dobiegają mnie różne głosy. Daleki gwizd pociągu z tyłu z lewej, krojenie piłą desek z przodu, ciągnik (mocno) z prawej.
- Gdzie tu PGR? - spytałbym, gdybym mógł tu żywą duszę gdzieś uświadczyć. I gdyby ten PGR jeszcze był. Choć nie wiadomo - jest czy nie? Dzierżawca wygrał przetarg ogłoszony przez Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa i już niby zaczął rządzić, ale co to za rządzenie, jak jeszcze nie przejął majątku. Więc niby tego PGR-u nie ma, ale jednocześnie tak, jakby nadal był. Mijam przystanek autobusowy ze ślepą tabliczką, potem błotnistą drogę do Chomiąży Księżej. Gdybym nią poszedł, doszedłbym do najpiękniejszego miejsca na Pałukach - nad brzeg jeziora otoczony fantazyjnie wygiętą zatoką, nad którą wznoszą się pałuczaste wzgórki. A po drugiej stronie jeziora już Kujawy.
Ale nie idę. Przed chwilą minąłem jakieś smutne budowle (silosy? spichrze?), więc skręcam za nimi w prawo. Przed domkiem, w którym mieści się kierownictwo stoi kilkoro robotników rolnych. W biurze, przy gorącym kaloryferze (a na dworze zimno, jak diabli) siedzi ich jeszcze kilku, wśród nich jeden z dwóch dzierżawców - Władysław Kiszka.
Jest 956. Siadam i dołączam do oczekujących na przyjazd kogoś z Agencji Własności Rolnej z Bydgoszczy.
Wyjaśnia się, że protestujący pracownicy nie występują przeciw dzierżawcy. Zdziwienie moje rośnie, gdy dowiaduję się, że chcą być zwolnieni. Z nieśpiesznej rozmowy wyłania się powoli niewesoły obraz postpegeerowski.
Robotnicy rolni nie chcą rozstawać się z PGR-em, zanim ten nie wypełni wszystkich zobowiązań, jakie jest im winien. Zaległe urlopy, zaległe deputaty, zaległa odzież ochronna, w końcu chcą być zwolnieni, dostać odprawę, a dalej, jak mówią, wola boska i skrzypce.
Pracowników jest tu 28 (hektarów - 548). Zgodnie z ofertą przetargową dzierżawca zobowiązał się zatrudnić wszystkich. 29 grudnia zaproponował zmianę tego zobowiązania (zatrudnienie ośmiu osób) ze względu na niedotrzymanie przez Agencję znacznej liczby warunków umowy przetargowej.
Nie zgadzają się warchlaki, jałówki, protokoły przejęcia, protokoły z natury, maszyny, zaorane pola. Po prostu w naturze jest taki bałagan, że trudno nawet go nazwać.
Oprócz słów powszechnie uznanych za nie nadające się do druku, padają określenia: bajzel na kółkach, chaos, anarchia, bezhołowie. Od chwili przetargu - mówi dzierżawca - na placu był ruch jak na Marszałkowskiej. Z macierzystego PGR-u przywozili maszyny, wywozili, odkręcali, przekręcali. Nie można było zacząć spisu, bo wszystko było w ruchu. Gdy w końcu zrobiono remanent z natury, jeszcze potem samobieżna sieczkarnia uciekła z placu (sama nóżek dostała?).
O maszynach, którymi dysponuje, Władysław Kiszka mówi, że w 90% nie nadają się do użytku:
- Są przykłady, że to, co leżało 3 lata w pokrzywach, a przez ten cały czas odkręcano części na wymianę, więc to teraz wyciągnięto, nawet nie odkurzono, postawiono nam na placu, a dobrą maszynę wywieziono - mówi. - Nie wykonano orek za (szacunkowo) 400 milionów, w oborach ryczy nie to bydło, co powinno. Na podstawie oferty robiłem plany na przyszłość, że tyle a tyle macior się wyprosi, z warchlaków będę miał tuczniki, to są wszystko duże pieniądze. Oni - z agencji - mi mówią, że gorsze maszyny to się niżej wyceni przy wykupie. A przecież, jak nie ma maszyn, to ja muszę więcej zainwestować. Nie będę więc miał pieniędzy na utrzymanie tylu ludzi.
Agencja nie dotrzymała warunków umowy, więc jednocześnie dzierżawcy żądają jej wypełnienia oraz uwzględnienia zmiany gwarantowanej liczby zatrudnionych.
Zauważam, że postulaty panów Kiszki i Ludwiczaka są wewnętrznie sprzeczne, bo przecież, jeśli dotrzymają umowy, to nie ma pretekstu do mniejszego zatrudnienia, a jeśli zgodzą się na mniejsze zatrudnienie, to za cenę przymknięcia oczu na ruinę parku maszynowego.
- Przecież będziemy rozmawiać - mówi dzierżawca.
Póki co - rozmawiamy tylko my. Mgła nadal trzyma, idziemy obejrzeć maszyny. Rzeczywiście - jest co oglądać. Bez kół, bez ducha, rząd szkieletów grubych. Robię kilka zdjęć, na koniec fotografia wszystkich pracowników - na pamiątkę (obiecuję podesłać odbitki).
Niestety. Ja już muszę iść, pociąg do Barcina za dwadzieścia minut, a jeszcze muszę wysłać telegram z poczty. Mówię wszystkim "czołem" i żegnany okrzykami: "Jeszcze niech pan sfotografuje te przyczepy po prawej stronie drogi!" znikam we mgle. Zanim jednak zniknę, jeszcze pytam, wskazując na porośnięty krzakami wzgórek - jakieś ruiny:
- A co to?
- Pałac był!
Co było potem
Poniżej publikujemy oświadczenie, jakie uzgodnili pracownicy PGR i przedstawiciel Agencji na spotkaniu 12 stycznia w południe. W wyniku podjętej decyzji prawdopodobnie przepadnie im vadium (60 milionów zł).
Oświadczenie dotyczące spotkania dyrektora Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa mgr. inż. Romana Stadnickiego z załogą Jadownik w dniu 11 stycznia 1994 r.
1. Dyrektor mgr R. Stadnicki podjął decyzję o odsunięciu oferentów na dzierżawę Jadownik pp. Władysława Kiszki i Ryszarda Ludkiewicza z uwagi na:
a) niewykonanie zobowiązań złożonych podczas przetargu na dzierżawę Jadownik,
b) nieinteresowanie się wydzierżawionym majątkiem i załogą,
c) powodowanie niepotrzebnych napięć i niepewności załogi co do przyszłego zatrudnienia i zrealizowanie zobowiązań finansowych wobec pracowników - co załoga Jadownik w pełni akceptuje i popiera.
2. Na dzierżawę Jadownik ogłoszony zostanie ponowny przetarg, którego warunki zabezpieczają interesy załogi i skarbu państwa. Z posiadanych informacji wynika, że jest oferent spełniający wyżej wymienione wymogi.
3. Agencja w miarę możliwości finansowych wypłaca pracownikom zaległe świadczenia obejmujące należności: na środki czystości i niewykorzystaną odzież roboczą.
4. Załoga Jadownik w pełni akceptuje i popiera niniejsze ustalenia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze