Reklama

Antysemityzm w przedwojennym Żninie

Marszałek Józef Piłsudski nie cieszył się estymą w Wielkopolsce. Także wśród mieszkańców Żnina, który przed wojną należał do województwa poznańskiego. Większość żnińskich kupców, przedsiębiorców, właścicieli zakładów przemysłowych oraz drobnomieszczanie byli gorącymi zwolennikami idei Romana Dmowskiego, założyciela Narodowej Demokracji i twórcy Obozu Wielkiej Polski. Popularnie zwani endekami działacze, kontynuowali cele programowe zawarte w tezach i pismach Dmowskiego, które - ujmując rzecz w lakonicznym skrócie - ograniczały się do hasła: Polska dla Polaków. Byli także endecy zawziętymi antysemitami.

    A w latach trzydziestych w Żninie rodzin żydowskich było mało. Haze prowadził handel bydłem, a właścicielem sklepu tekstylnego przy Rynku, w domu stojącym do dziś przy magistracie był Wegner. Ten ostatni nie miał łatwego życia, gdyż w bezpośrednim sąsiedztwie było gimnazjum im. Braci Śniadeckich. Przeważnie w dni targowe gimnazjaliści ustawiali pikiety i blokowali wejście klientom do sklepu .  
    Mimo to Wegner, prawdopodobnie (aby wytrwał wśród żnińskiego szowinizmu na swoim posterunku) finansowany przez żydowskie stowarzyszenie, prowadził swój interes do 1939 roku.
    Do dobrego tonu należało, aby w każdym szanującym się drobnomieszczańskim domu, w pokoju na ścianie nad pianinem, wisiały portrety Romana Dmowskiego i generała Józefa Hallera. Pianino zresztą (nawet jeśli nikt z domowników na nim nie grał) w owych czasach stanowiło nieodłączny atrybut, ozdabiający zamożniejsze mieszkanie.
    Właściciele, przed wejściem do swoich sklepów umieszczali emaliowane tabliczki z napisem: Firma chrześcijańska, co nie przeszkadzało, aby zaopatrywali się oni (oczywiście potajemnie) w... żydowskich hurtowniach, które z zasady były bardzo dobrze zaopatrzone w różne towary i oferowały je po korzystnych cenach.
    Do czołowych ówczesnych działaczy endeckich młodszej generacji, umundurowanych w czarne spodnie, kremowe bluzy z koalicyjkami, z "mieczykami Chrobrego" na piersiach i czarnych beretach na głowach należeli m.in. Edmund Jakubowski (ojciec dzisiejszego burmistrza Żnina), mistrz koszykarski - Leonard Różański i Jarosław Smorowski, właściciel kawiarni (w budynku, gdzie dziś mieści się m.in. sklep spożywczy p. Ochudły).
    Pan Jarosław Smorowski w swej cukierni umieścił wywieszkę o złowrogiej treści: "Żydom i psom wstęp surowo wzbroniony"!... Właśnie w tej cukierni spotkał wielki afront pana Franciszka Wabicha, właściciela sklepu obuwniczego, który po zawarciu transakcji handlowej, rzekomo z żydowskim komiwojażerem, zaprosił go na koniaczek i kawkę do sąsiada, pana Jarocha, który jednak niedoszłych klientów "załatwił od ręki", po prostu wyrzucając ich ze swej kawiarni. Na znak protestu p. Franciszek Wabich ostentacyjnie "wypisał się z endecji" i wstąpił w szeregi sanacyjnej organizacji społeczno-politycznej - Obozu Zjednoczenia Narodowego, popularnego OZONU, powstałego na gruzach zlikwidowanego w 1937 roku Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR), którego działaczy nazywano w Żninie pogardliwie "bebechami".
    Dodać należy, że wszystkie poczynania endeków tępiły oficjalne, sanacyjne władze żnińskie. Zebrania Narodowej Demokracji odbywały się z udziałem policjanta, najczęściej ówczesnego przewodnika Policji Państwowej p. Pawłowskiego, który jednakże za swą wścibskość srodze został pokarany przez kilku endeków, którzy zaprosili go na wódeczkę do restauracji pani Władzi Smorowskiej przy Rynku (dziś już nie ma tej kamienicy, a w środku placu postawione jest popiersie J. Śniadeckiego) i wykorzystując "nieważkość" funkcjonariusza PP... nasiusiali mu w pochwę od szabli. Po tym ekscesie przewodnik policji przeniesiony został w stan spoczynku...
    Zdarzały się także antysemickie humoreski. Kiedy pan Ludwik Skowroński otworzył sklep z obuwiem w domu przy Rynku (gdzie dziś mieści się społemowska "jedynka"), ozdobił fronton swojej firmy dużym, reklamowym napisem: "Kiermasz Pałucki". Przybyłe do Żnina dwie gospodynie wiejskie długo sylabizowały ów napis i po debatach doszły do konkluzji, że nazwisko Pałucki - owszem - polskie, regionalne i chrześcijańskie, ale to imię - Kiermasz... Po imieniu wychodzi na jaw, że właściciel sklepu jest Żydem.
    Do endecji, wbrew zakazom dyrekcji szkoły, należeli także niektórzy starsi gimnazjaliści. Spotykali się oni konspiracyjnie na zapleczu restauracji p. Juliana Górnego, przy ówczesnej ulicy Klasztornej (dziś Kazimierza Rychlewskiego) i wysłuchiwali wykładów mistrza koszykarskiego p. Leonarda Różańskiego, który w młode głowy wpajał idee Wodza Dmowskiego.
    Przeciwnicy endecji, aby rozbić te zebrania, werbowali chłopców z ulicy, płacąc im 5 lub 10 groszy "od łebka", a ci wdrapywali się na mur i wrzeszczeli do okien: "Panie Różański, pan tu pieprzy dyrdymały, a tam na podwórzu Panu witki kradną".
    Ówczesny starosta powiatowy Ignacy Wuyek i wyższy urzędnik Wydziału Powiatowego, p. Stanisław Paluszkiewicz zorganizował konkurencyjną wobec endecji paramilitarną, piłsudczykowską organizację zwaną Strzelcem. Trzon tej organizacji stanowiła młodzież zaliczana do miejscowego lumpenproletariatu, zamieszkała przede wszystkim w istniejącym do dziś budynku przy ul. Szpitalnej, zwanym Belwederem.
    Wszczynali oni z endekami bójki, o których potem w artykułach mrożących krew w żyłach czytali mieszkańcy Żnina w popularnym "Ilustrowanym Kurierze Pałuckim". A i tytuły tych publikacji były fajne, np.: "Rozjuszeni Strzelcy śpiewali Pierwszą Brygadę, rozbijali kufle z piwem na głowach wystraszonych endeków, co miało miejsce w restauracji p. Górnego"...
    Na murach miasta niewidzialne ręce (ale ogół twierdził, że to czynią endecy) malowały napisy (niektóre z nich przetrwały do lat powojennych - cóż to była za farba!) różnej treści: "Żydzi - siewcy komuny" lub "Przez Mośki i Icki idzie ku nam raj bolszewicki" albo "Nie kupuj u Żyda".  
    W statecznym Poznaniu, bastionie nie tylko wojewódzkiej, ale i krajowej endecji, ukazywał się wyjątkowo zjadliwy antysemicki periodyk o tytule "Szabes-Kurier". Zamieszczono tam w którymś z numerów karykaturę p. Heleny Derechowej, żony znanego w Żninie przedsiębiorcy, p. Władysława Derecha, niesłusznie oskarżając ich o handlowe kontakty z Żydami. Pan Władysław Derech wystąpił do sądu z pozwami o obrazę, ale wojna przerwała ten, bez wątpienia, ciekawie zapowiadający się proces.  
    W uroczystościach państwowych - m.in. w obchodach świąt 3 Maja i 11 Listopada, władze zezwalały endekom na udział w manifestacjach. Ach, co to były za pochody, przed trybuną honorową z panem starostą i księdzem proboszczem! Żnińska orkiestra zwaną "Sześć dwa" (od nazwy 62 pułku piechoty, stacjonującego w Bydgoszczy) grała, lekko fałszując, marszową, aczkolwiek trochę smętną "Pierwszą Brygadę", a endecy zagłuszali tę patriotyczną pieśń okrzykami: "Niech OZON-u nie boli głowa - ziemia pałucka, była, jest i będzie narodowa".
    Mnie, w owych czasach brzdącowi, pochody te sprawiały frajdę, a szczególnie w pamięci utkwiła mi wysoka, w czerń ubrana, starsza już pani Kaczmarkowa, matka cenionego w mieście mistrza budowlanego pana Kazimierza Kaczmarka i babcia szefa Rejonu Administracji Państwowej - pana mgr. Józefa Kaczmarka.
    Ostatni raz żnińscy endecy dali "odpór" sanacyjnym władzom krótko przed wojną, kiedy 2 stycznia 1939 roku zmarł Roman Dmowski. Ponieważ władze zabroniły wywieszania flag o barwach narodowych ze wstęgami krepy, pojawiły się na wielu balkonach i w oknach kamienic ozdobione czernią chorągwie o barwach papieskich i watykańskich, gdyż śmierć Romana Dmowskiego zbiegała się z pogrzebem zmarłego w końcu grudnia 1938 roku kardynała Aleksandra Krakowskiego. Pojawiły się także chorągwie z całkowicie czarnego materiału, a tego nikt nie mógł zabronić.
    A krótko potem nadeszła okrutna wojna, która w brutalny sposób zniweczyła obyczaje dawnego Żnina, które przeminęły na zawsze. Rozpoczęła się hekatomba Żydów zainaugurowana przez Niemców w Żninie spaleniem w końcu 1939 roku synagogi przy ulicy Pocztowej, na którym to miejscu usytuowany jest dzisiaj blok mieszkalny pracowników cukrowni.
    Za źródła niniejszego tekstu posłużyły egzemplarze "Pałuczanina" i "Ilustrowanego Kuriera Pałuckiego" z lat trzydziestych oraz egzemplarz wydanego w Poznaniu endeckiego "Kuriera Poznańskiego" z dnia 3 stycznia 1939 roku (w posiadaniu niniejszego autora relacji), a także przekazy rodzinne, w szczególności mego śp. Ojca - Franciszka Czabańskiego i śp. brata mego Tomasza Czabańskiego, którzy byli także aktywnymi działaczami endecji.  

Stanisław Czabański Pałuki nr 33 (13/1992)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 28/09/2025 19:31
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości