Wspomnienie o Wandzie Dobaczewskiej
Babunia Wanda
Życie w naszej rodzince było bardzo barwne i urozmaicone. Przeplatane różnymi wspaniałymi, czasami nawet niebezpiecznymi, ale też i niesamowicie ciekawymi historiami. Mieliśmy dużo swobody (czasami nawet wydaje mi się, że zbyt dużo).
Może dlatego też kształtowała się u nas tak wielka wyobraźnia, która nie zawsze była do opanowania przez dorosłych. Latem chodziliśmy się kąpać na trzeci nord Małego Jeziora lub koło Dziudziej stodoły. Nad Duże Jezioro szło się spacerkiem, by pooglądać Wilczkowskie Góry, a czasem by unieść się w chmury zwykłej codzienności i trochę pomarzyć... trochę powspominać. Mieliśmy swoje kamienie, na które się siadało i miejsca, w których można było rozmawiać na specjalne tematy. Z Babunią Wandą często wyjeżdżaliśmy na całodzienne wycieczki do okolicznych lasów. Były to całe wyprawy autobusem lub pociągiem zaplanowane ze wszystkimi szczegółami.
Kopaliśmy w ogrodzie Złotą studzienkę, by zdobyć „Dar czarnego licha” i tropiliśmy Człowieka, którego nazywano diabłem lub też dochodziliśmy, Kim jest rudzielec. Tak żartobliwie nazywałam nasze barwne dzieciństwo, przeplatane kolejnymi wydawnictwami książek Babuni. Uwielbiałam rodzinne słuchanie książek czytanych przez nią. Szczególnie w zimowe wieczory, kiedy to siadało się przy piecu i słuchało... Potopu, Krzyżaków i nie tylko... Bardzo lubiłam też rodzinne narady, kiedy wymyślaliśmy kolejne akcje i tematy do opowiadań. Oczywiście były to nasze pomysły, które kształtowały naszą wyobraźnię, ale też były bardzo poważnie przez Babunię omawiane i analizowane. Trzeba przyznać, że Babunia była bardzo ciekawą babcią. Często zastępowała nam Mamę, która dużo chorowała i wcześnie zmarła (mój najmłodszy brat miał wtedy 6 lat). Swoje ocalone życie po obozie koncentracyjnym w Ravensbruck poświęciła w całości pisaniu i wnukom (których miała sześcioro). Pamiętam ją zawsze jako elegancką i zadbaną kobietę, która nie lubiła ciemnych kolorów tylko same jasne. Nosiła sukienki w różnych odcieniach popieli i beżu. Miała zawsze swoje zdanie na różne tematy, ale też nie narzucała go innym. Uczyła nas wyrażania swojej opinii, niekoniecznie zgodnej z otoczeniem, lecz mającej rozsądne uzasadnienie. No i miała swoich faworytów wśród wnuków. Do nich należał najstarszy wnuk, najmłodszy i chyba też trochę ja, jako ta środkowa.
Wiodła życie bardzo uporządkowane. Każdy dzień zaczynała spokojnym śniadaniem, gdzie siedząc przy stole miała czas, by porozmawiać z każdym domownikiem (a zasiadało nas do stołu nieraz 9: sześcioro rodzeństwa, rodzice i Babunia). Do południa miała czas dla nas, lecz punktualnie o jedenastej zamykała się w swoim pokoju i nie wolno było jej przeszkadzać przez 3 godziny, wtedy pisała i pisała. Nikt nie miał prawa tego przerwać - dopiero wspólny posiłek, czyli obiad. Interesowała się... chyba wszystkim. Lubiła podróżować, zwiedzać. Miała z góry zaplanowane gdzie i z kim pojedzie. Czasami podróżowała sama, ale często zabierała również i nas (wnuków). Dbała o to, żeby każdy z nas poznał trochę Polski i trochę historii na żywo. Wtedy nie było to tak łatwe i popularne jak teraz - wymagało wielu przygotowań i zabiegów. Pamiętam, jak w nagrodę po szkole podstawowej pojechałam z nią do Warszawy i poznałam prawdziwe Łazienki. Byłyśmy też w Muzeum Narodowym, gdzie przy herbatce u pana Stanisława Lorentza (ówczesnego dyrektora Muzeum Narodowego - przyjaciela mojej Babuni z okresu wileńskiego) dostałam Przewodnik po muzeach i zbiorach w Polsce z jego autografem.
Z dzieciństwa pamiętam również piękny ogród, który był naszą oazą, naszym drugim domem. Na kasztanie budowaliśmy szałasy. Rozłożysty cis był najlepszą kryjówką. Pod jesionem kopaliśmy ziemianki, które często się zasypywały i trzeba było urządzać je na nowo. Wysoki świerk srebrzysty był nie do zdobycia. Tylko kot umiał się wdrapać na niego, potem były kłopoty, żeby go stamtąd ściągnąć. Malinowy chruśniak prowadził na taras, na który się wchodziło po szerokich schodach a przy płocie kwitły jaśminy i bzy. Uwielbiałam siadać pod cieniami drzew i na zielonych listkach wypisywać swoje pierwsze wiersze.
Helena Dobaczewska-Skonieczka
Pałuki nr 971 (38/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze