Bezcennym dokumentem, który pozwala na odtworzenie dziejów i struktury Bractwa Kurkowego w Żninie, jest jego kronika - duże tomisko, oprawne w zielone, sfatygowane wiekiem płótno o tytule: „Regestra Brastwa czyley Cechu Strzeleckiego Żnińskiego...”. Przechowywana była do lat 60. przez Ignacego Derecha. Zachował się też ufundowany w 1688 roku przez króla Jan III Sobieskiego podczas osobistego jego pobytu w Żninie łańcuch - nagroda przechodnia dla każdorazowego króla kurkowego miasta. Jako ostatni nosił go Władysław Derech (kuzyn Ignacego), ostatni przed II wojną król kurkowy Żnina, a przechował w czasie wojny Teodor Joachimowski. Obie pamiątki w latach 60. zostały przekazane do żnińskiego muzeum.
Jak to często bywa - zadecydował splot okoliczności przewidzianych plus przypadek. Na wiele jeszcze lat przed obchodami 700-lecia nadania praw miejskich Żninowi, warownemu niegdyś i znacznemu miastu, cała grupa ludzi wywodzących się ze Żnina lub w tym mieście mieszkających, zajęła się - po raz pierwszy na serio i poważnie - jego dziejami: Między innymi, zmarły nagle przed kilku laty [artykuł powstał w 1983 roku - przyp. red] architekt, dr Zygmunt Schmidt, pracownik naukowy Politechniki Gdańskiej, a żninianin z dziada, pradziada sprawdzał jak to było z tymi murami miejskimi, o których dawne zapiski wspominały, że rozpoczęto je wznosić w 1443 roku. Potem już były tylko informacje, że w 1808 r. Prusacy zaczęli rozbierać, to co z nich pozostało, aby w 1820 r. „uwieńczyć” dzieło rozebraniem ostatniej bramy zwanej Toruńską, tej, która stanowi podstawę rysunku herbu Żnina. Słusznie zakładając, że wrytych głęboko w ziemię fundamentów raczej nie niszczono, kopał - trochę na zlecenie uczelni, trochę przy pomocy władz miejskich, a częściowo i na własną rękę, aż się do fundamentów dokopał i w oparciu o wyniki tych badań, analizę starych planów i funkcjonującą jeszcze tradycję (jak na przykład nazwa istniejącej jeszcze ulicy Podmurnej) zrekonstruował ich pełny plan. Przy okazji niejako potwierdził, że obecne koryto Gąsawki, rzeczki łączącej dwa jeziora, pomiędzy którymi leży Żnin, to dawna fosa miejska, natomiast stare koryto rzeki przebiegało gdzie indziej, daleko poza ówczesnym miastem i śladu już po nim nie pozostało.
Gdy tak Zygmunt ustalał ostatecznie fakt istnienia murów obronnych w Żninie, dokumentując równocześnie istnienie znacznie starszych obwarowań tego grodu, istniejących już na pewno w XII wieku, zastanawiałem się nad społecznymi skutkami ich istnienia. Bo przecież skoro istniały fortyfikacje należało je stale utrzymywać w gotowości obronnej, a w razie potrzeby również i ich bronić. Sytuację komplikował dodatkowo fakt, że Żnin był miastem arcybiskupów gnieźnieńskich, a żadne zapiski powizytacyjne nie wykazywały wydatków na utrzymanie w mieście stałej załogi. Były natomiast wzmianki o wydatkach na konserwacje fortyfikacji. Stara legenda natomiast - niestety niewsparta jak na razie żadnymi dokumentami - głosiła, że w czasie najazdu szwedzkiego w okresie „potopu” Żnin miał stawiać opór Szwedom, którzy - po zbrojnym zajęciu miasta - rozpoczęli dzieło, zakończone w XIX w. przez Prusaków - zniszczyli część fortyfikacji. Do dzisiaj jeszcze tkwią, pieczołowicie wmurowane w mury wieży ratuszowej wznoszącej się w centrum Placu Wolności, kule armatnie, które Szwedzi mieli wystrzelić podczas oblegania Żnina.
Podczas tych analiz pamięć odtworzyła znany mi doskonale i wielokrotnie oglądany podczas wizyt u Władysława Derecha, portret gospodarza z olbrzymim łańcuchem okalającym fotografię i dedykacją, która informowała, że jest to prezent dla „Brata Króla Kurkowego” od druhów z „Bractwa” z okazji srebrnego wesela. Ofiarowany był w ostatnim roku pokoju przed II wojną światową. I gdy głośno zastanawiałem się jak teraz „przymierzyć się” do tematu, mój teść, znany działacz społeczny Ignacy Derech, zresztą kuzyn Władysława, najspokojniej oświadczył, że przechowuje od lat starą kronikę bractwa, a teściowa dodała, że jej siostra Halina Jakubowska posiada łańcuch i kolekcję medali ich ojca - Emila Cynalewskiego, który w 1939 r. był ostatnim komendantem bractwa. Aby szczęście było pełne, zawsze pełen werwy i dowcipu Władysław Derech, indagowany o losy owego „signum” na fotografii, poinformował, że łańcuch ten nie zaginął i znajduje się pod troskliwą opieką p. Teodora Joachimowskiego, który, wziął go na przechowanie, kiedy jego - „ostatniego króla kurkowego Żnina” hitlerowcy w 1940 r. wysiedlili z rodzinnego miasta na teren tzw. Generalnego Gubernatorstwa. I tak na tym łańcuchu, o którym jeszcze wówczas niewiele wiedziałem, zamknął się wówczas łańcuch poszukiwań.
Uprzedzając dalsze wywody dodam: i łańcuch i kronika zostały przez pp. Ignacego Derecha i Teodora Joachimowskiego (notabene dziadka znanego później „trójskoczka” bydgoskiego „Zawiszy”) przekazane do organizowanego i otwartego podczas jubileuszu 700-lecia regionalnego Muzeum Żnińskiego PTTK, które przed paru laty zostało przejęte przez Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy. Nie ma więc ich w tej chwili w wieży ratuszowej w Żninie, należy jednak żywić nadzieję, że są one właściwie eksponowane i udostępniane w Bydgoszczy przez obecnego właściciela.
A oto charakterystyka tych podstawowych dokumentów. Łańcuch, który stare zapiski określają bądź jako „order” bądź jako „votum”, ufundował podczas osobistego pobytu w Żninie król Jan III Sobieski jako nagrodę przechodnią dla każdorazowego króla kurkowego miasta. Wykonany w srebrze składa się z 16 barokowych ogniw połączonych kółkami i zakończonych medalionem w formie prostokątnego krzyża o łukowatych końcach zwieńczonych równoramiennymi krzyżykami. Pomiędzy ramionami krzyża wmontowane są po trzy (łącznie 12) ozdobne iglice. Całość waży 470 gram, a więc spory ciężar dźwigał na szyi podczas koronacji każdy z królów kurkowych. Znaków złotnika nie udało się niestety odcyfrować. Ofiarowany on został 30 XII 1688 r., razem z królewskim przywilejem, którym każdy król kurkowy na okres „kadencji”, a więc roku, został zwolniony ze wszystkich świadczeń na rzecz miasta i państwa, a ponadto mógł bez opłat dokonać 14 warek piwa w ciągu roku.
Kto zna ciężary spoczywające na mieszkańcach miast w tamtych wiekach, ten doskonale zorientuje się, że była to nie byle jaka zachęta do zwycięstwa w dorocznych zawodach i zdobycia tytułu króla kurkowego. Anegdotyczna historia wydarzyła się natomiast podczas okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ostatni król kurkowy przypomniał sobie ten przywilej i po zdobyciu tytułu wystąpił do władz miejskich z wnioskiem o jego przestrzeganie. Korespondencji było wówczas sporo, śmiechu jeszcze więcej, ale nawet podpis króla Jana III nie przekonał ówczesnych władz skarbowych. Może i z tego powodu, że wnioskujący król, należał do najbardziej zamożnych kupców w mieście i płacił spore podatki.
Bezcennym dokumentem, który pozwolił na odtworzenie struktury Bractwa Kurkowego w Żninie, a nawet pośrednio pozwolił ustalić szereg szczegółów historycznych z dziejów nie tylko bractwa, ale i miasta, była jednak kronika. Duże tomisko, oprawne w zielone, sfatygowane już wiekiem płótno, nosiło tytuł: „Regestra Brastwa czyley Cechu Strzeleckiego Żnińskiego w których Zawierają się Zapisy Starszych y Officyalistów obierania Tudziesz Braci Młodszych Przymowania oraz Inne Wszelkie Transakcye Do Cechu Należące Przez Iana Homieskiego Pisarza Mieyskiego y Brackiego Podpisane w Roku 1773”. Tytuł trochę barokowy, a i pisownia - zwłaszcza użycie dużej litery - szokująca, ale data chyba wystarczy na usprawiedliwienie p. Homieskiego. Na odwrocie strony tytułowej mamy wymieniony „Komput Braci w Tym Brastwie Zostających”. Listę 43 członków otwiera nazwisko Andrzeja Śniadeckiego, ojca najwybitniejszych uczonych polskiego oświecenia - Jana i Andrzeja Śniadeckich. Duże „N” przed każdym nazwiskiem, bo skrót wyrazu „Najjaśniejszy”, gdyż tak tytułowali się między sobą członkowie bractwa, którzy „w cywilu” warzyli piwo, zajmowali się handlem lub wykonywali różne rzemiosła. Od tego roku prawie wszystko o bractwie jest wiadome, przy czym pośrednio p. Homieski sięga często wstecz.
W ten sposób - bo nie zachował się inny dokument, można było ustalić datę powstania Bractwa Strzeleckiego, wówczas jeszcze nazywanego „Cechem Strzeleckim”. Zgodnie z tradycyjnym przekazem powołano je w roku 1424. Wymieniona jest ona na medalu, który został wybity w Żninie w 1924 r., kiedy to przez trzy dni trwały zawody strzeleckie i uroczystości związane z 500-leciem istnienia. Na awersie niewielkiego, przeznaczonego do noszenia na wstążeczce, medalu istnieje m.in. stylizowany rysunek strzelby i tarczy strzelniczej, na rewersie natomiast tekst: „500/LET.JUB./ŻNIN/1424-1924”.
„Cech Strzelecki” został w Żninie, jak zresztą i podobne organizacje w innych miastach Polski, zorganizowany przez cechy rzemieślnicze w związku z powierzeniem ich opiece murów miejskich. Oczywiście w opiekę tę była włączona i ich obrona. W wypadku bowiem niebezpieczeństwa trzon obrony każdego miasta stanowili zrzeszeni w cechach mieszczanie, którzy, w wypadku większych miast, obsadzali wyznaczone dla każdego cechu odcinki muru i basztę. W wypadku Żnina, miasta mniejszego, taki podział prawdopodobnie nie wchodził w rachubę. Z tych zadań wynikła potrzeba, używając współczesnej terminologii, przećwiczenia przyszłych obrońców oraz zorganizowania ich w jednolitej grupie, którą właśnie był „Cech Strzelecki”. Organizowano się zresztą chętnie, bo... w grę wchodziło własne bezpieczeństwo, gdyż los zdobytego miasta w okresie średniowiecza, a nawet wręcz do XIX w., był wcale nie do pozazdroszczenia.
Sprawdzianem umiejętności „robienia bronią” były organizowane dorocznie zawody strzeleckie. Celem był umieszczony na wysokiej żerdzi blaszany kur, który zazwyczaj wskazywał na co dzień kierunek wiatru. Zwycięzca tych zawodów otrzymywał od nazwy celu tytuł króla kurkowego. Drugi zawodnik był pasowany na „I rycerza”, a trzeci na „II rycerza”. Ci zresztą chętnie nazywali się - jak pisze p. pisarz Homieski - „Xsiążętami”. Oczywiście tylko do następnych zawodów. Blaszany kur tak zaciążył na historii bractwa, że z czasem nazwano je kurkowym. Ale to już w wieku XIX, czyli wtedy, gdy już nie strzelano do kura, lecz do normalnych, używanych współcześnie tarcz strzelniczych. Do zawodów przygotowywano się niezwykle starannie, przeprowadzano treningi, poszczególne cechy współzawodniczyły ze sobą. Tytuł króla kurkowego był bowiem dla każdego mieszczanina zaszczytem, zwłaszcza że później wiązały się z tym przywileje natury materialnej, a nawet udzielane z kasy bractwa, co wynika z kroniki, subwencje.
Zebrania członków bractwa odbywały się najczęściej w domach prywatnych, przeważnie w mieszkaniu rotmistrza. Zwoływał na nie „Tambor”, bijąc w „bęben drzewiany”. Oczywiście za swoje czynności był on z kasy bractwa opłacany, a kiedy jakiegoś z „tamborów” przyjmowano w poczet bractwa, zostawał on zwolniony z wszystkich opłat na rzecz bractwa, które każdy nowo wstępujący ponosił. Przyjęcie każdego nowego członka miało charakter bardzo uroczysty. Kandydat do „komputu” musiał mieć poręczenie dwóch braci. Zwracał się on - powołując się na poręczycieli - do zebranych, aby przyjęli go w swój poczet. Kiedy uznano go za godnego, a poręczyciele byli wiarygodni, wówczas pasowano go na „brata młodszego”. Wpłacał on wówczas do kasy bractwa pewną kwotę, która na przełomie wieku XVIII/XIX wynosiła 5 zł (była to w tamtych warunkach suma bardzo duża) oraz wykupywał się beczką piwa „...na konsolacyię Braci y uwolnienie od służby brackiej”. W kronice dokonywano wówczas wpisu, który kończył się zaleceniem uczciwości i posłuszeństwa: „... pod karą przesz Starszych naznaczoną za Brata formalnego był przyięty do praw i użytków od Naijasznieyszych Krolów i Xsiążąt Brastwa temu nadane, przypuszczaiąc i co pisząc Ręką własną Stwierdzamy..”.
Hierarchia wewnętrzna bractwa była niezwykle skomplikowana. Oprócz podziału na „braci starszych” i „braci młodszych”, istniał jeszcze podział na „braci pierwszego stołu” i „braci drugiego stołu”, co skrupulatnie przy każdym nazwisku zaznaczano. Braćmi pierwszego stołu byli członkowie, którzy pełnili funkcje brackie.
Na czele bractwa stał obierany co roku rotmistrz, który wyznaczał: officjalistów, tarczowych i pisarzy, z których pierwszy był tak zwanym pisarzem skarbowym. Ponadto obierano marszałka, porucznika, chorążego i podskarbiego. Marszałka nazywano również gospodarzem. Podejmowali oni decyzje, wydawali zarządzenia, organizowali zawody. W II połowie XIX w. bractwo uległo zgermanizowaniu, przynajmniej jeżeli chodzi o język protokołów i nazwy tytułów i funkcji. Należy jednak wnioskować z treści, że mimo wszystko była to germanizacja tylko zewnętrzna. Gdy restytuowano jego działalność po odzyskaniu niepodległości w 1920 r., stare tytuły, z wyjątkiem „króla kurkowego” i „rycerzy”, uległy nowelizacji i na czele obieralnego Zarządu Bractwa stał „komendant”.
Kuszę i łuk zastąpiła później fuzja, a w XX w. nawet małokalibrówka. Strzelano zasadniczo z własnej broni, czasem jednak... Lecz oddajmy głos panu pisarzowi Homieskiemu, który „manu proprio” czyli ręką własną niżej opisane wydarzenie zreferował:
„...Eodem Anno (1773 r.) wtorek Świąteczny. Wniósł Naj. Jan Tokarski Marszałek czyli Gospodarz Bracki w dniu dzisiejszym takowy do Całości Bractwa interes. Ażeby każdy podług Artykułów Prawa z własnej swojej fuzji strzelał a nie spożyczonej. Aże do roku 1769 zabrana była Strzelcom wszystka przez komendę konfederacką strzelba... jako się im żadna inna w Mieście nie znajduje, od którego czasu do teraźnieyszego roku Strzelanie yest opóźnione...”. W wyniku tej konfiskaty Marszałek zezwolił na strzelanie z broni pożyczonej, jednak pod warunkiem, że „...ta uchwała tylko na Rok teraźnieyszy służyć ma, a potem każdy z Braci w regestrurze zapisany o swoyą własną fuzję starać się i ono sobie przysposobić będzie powinien...”. Konieczność posiadania własnej broni wynikała z tradycji, zgodnie z którą obowiązek obrony miasta związany był z obowiązkiem posiadania własnego uzbrojenia, analogicznie jak to miało miejsce niegdyś w stosunku do pospolitego ruszenia. Notatka ta jednak dodatkowo informuje nas o ruchach wojsk konfederacji barskiej w tych okolicach oraz o - przynajmniej przejściowym - opanowaniu przez nie Żnina.
Nie wiadomo czy król z tego roku, a był nim „Nay. Melchior Trzesalski, Mieszczanin”, strzelał z własnej czy też pożyczonej strzelby, ale tytuł „wystrzelał”. Nowo kreowany król później „...Upraszał ażeby miał jaką zapomoszkę z tego bractwa tak jako Inni przedtem jego, Antecessorowie mieli...”, ale zamiast gotówki otrzymał tylko w zastaw „Tablic trzy Srebrnych”, gdyż skarbiec bractwa gotówki nie posiadał. Tablice te notabene stale znajdowały się u jakiegoś z braci w zastawie. Nietęgo więc musiało być z finansami bractwa. Świadczy zresztą o tym zachowany spis majątku bractwa sporządzony „Roku Pańskiego 1796 Dnia 15 Maja w Niedzielę Świąteczną Po Elekcyi Bractwa Strzeleckiego...”
Podaje on taki „...Inwentarz Wszelkich Apperencyi Brackich A nayprzód Votum Srebrne, które Krol na Sobie nosi, Tablica Srebrna z łańcuszkiem Srebrnym jedna pod Jmieniem Woyciecha Zagłackiego, trzy także Tablice Srebrne pod Jmieniem Sław. Wawrzyńca y Piotra Rybczyńskich y Sław. Jakuba. Tucholskiego. Chorągiew karmazynową z białym Orłem y Gałką Srebrną, Buzdygan Mosiężny, Laska Marszałkowska, Para znakow kitaykowych z Zielonego Karmazynowego Koloru. Bębna Sław. teraźniejszy Rotmistrz nie odbiera, bo jest zabrany przez (nieczytelny wyraz). Skarb czyli Skrzynka do Konserwacyi Praw, Regestrów y innych książek w których Księgach wszyty List od NayJaśniejszej Kamery Bydgoskiej...”
I tyle majątku. O złotówkach cicho, jak gdyby wcale obiegowej waluty wówczas nie było. Z „Inwentarza” wymienionego zachowały się do dnia dzisiejszego tylko (a może aż dwie!) pozycje. Swoją drogą co też mógł zawierać ten wszyty list od „Kamery Bydgoskiej”, że był tak ceniony? Niestety, w archiwaliach nie udało się odszukać kopii. A w roku 1798, pod datą 14 maja odnotowano takie oto rozliczenie: „...oddał rachunki Sław. Kazimierz Burca jako Rotmistrz za lat dwa... Pokazał Percepty Regestrami Swemi... Zł. Pol. 82 Gr 3. Expensy pokazał Zł. Pol. 87. Gr 12. Zkonfrontowawszy więc Przeważającą Expensę nad Perceptą Należy się więc Sławetnemu Panu Rotmistrzowi Kazimierzowi Burcy z Bractwa Zł. Pol. 5. Gr. 9”. Tyle więc wynosił niedobór w kasie bractwa. Czy rotmistrz Burca otrzymał zwrot, tego już kronika nie notuje.
Zarząd rozstrzygał również sprawy sporne między braćmi, a nawet rozpatrywał sprawy honorowe. Najwyższą karą było skreślenie z listy członków. Nie stosowano tego często, skoro w skrupulatnie prowadzonej kronice w latach 1773-1900 znajdujemy tylko jeden taki wypadek. A oto i oryginalny tekst protokołu:
„Dnia 24. Maja 1807. Zszedłszy się Sławę Panowie Bracia Cechu Strzeleckiego w Dom Rotmistrza Sławę Jacentego Wichrowskiego, z Akcyj na dniu 20 Maja AC: popełniony przez Franciszka Tokarskiego, za Brata na wysługi przyjętego pod Dniem 20 Maja 1804. satysfakcyi żądali, y przeczytawszy wszystkie Artykuły Prawa, znaleźli, iż za wszelkie przekroczenia Brata jakiego, a tym bardziey Młodszego, ułożoną przez Rotmistrza y Starszych Braci karą karany bydź ma, przeto Sławę Andrzej Rakocy Porucznik, Sławę... Wolanski Marszałek, będąc od Franciszka Tokarskiego na Publicznym mieyscu zuchwale i chaniebnie zelżon, nie mogąc jako Cechowi Officialiści w swey sprawie bydź Aktorami y oskarż. Sędzimy na rozsądek innych starszych tak od pierwszego jako od powtornego stołu, jak też y Młodszych zdali, ktorzy będąc przytomnetni wszystkich Obelg otoczonego w publiczności gronie tak zwybranych Szlachtę. Osób, jako też y Pospulstwa iednostaynym głosem wykrzyknęli, aby Franciszka Tokarskiego, jako zburzyciela spokoyności, nie znającego y nieszanującego Starszych Cechowych, za występek zelżenia wyżey wspomnianych Cech. Officialistow był z Cechu czyli z Księgi zapisuiiący Braci do Regestru Strzel. wymazany. Ktorą karą kontentuiąc się podpisem Rąk swoich ninieyszy Zapis zatwierdzają”.
Szkoda tylko, że podłoża tych „obelg” rzuconych w obecności i „sławetnych” i „pospólstwa” nie znamy. Ostatni okres działalności bractwa, dwudziestolecie międzywojenne też podobnego wypadku skreślenia z listy „komputu” nie notuje. Również jednak jeszcze i w tym okresie, mimo że praktyczne zasady istnienia bractwa dawno już straciły rację bytu, przynależność do Bractwa Kurkowego poczytywano sobie za wielki zaszczyt, a miejsce zawodów, w okresie walki o tytuł „króla kurkowego” - strzelnica, usytuowana w pobliżu cmentarza, dzisiaj zresztą częściowo na poszerzenie cmentarza wykorzystana, było ogniskiem zainteresowania całego miasta. Ostatnie władze „Bractwa” reprezentowali: prezes - J. Kruzel, z-ca prezesa T. Joachimowski, z-ca komendanta - F. Ebel, skarbnik - J. Szteiniker, strzelmistrz - J. Jagodzki.
Współcześnie pozostało już ono tylko historycznym wspomnieniem, którego wielowiekową działalność utrwaliły - też już nieliczne - ocalałe eksponaty. Należy jednak pamiętać, że kiedyś, przed wiekami, to obronne pospolite ruszenie mieszczan polskich niejedną oddało przysługę krajowi, zatrzymując nieprzyjaciela pod bronionymi przez siebie murami. Mało jest na ten temat wzmianek w zapiskach i kronikach, jeszcze mniej w literaturze, ale przecież te dokumenty, które ocalały potwierdzają wielką, historyczną rolę cechów strzeleckich w ogóle.
JANUSZ KSIĘSKI
Pierwsza wersja tekstu została opublikowana w „Kalendarzu Bydgoskim” na rok 1983, reprodukowane medale pochodzą ze zbioru zmarłego w 1953 roku Emila Cynalewskiego.
Pałuki 1747 (32/2025)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze