- Próby oszustw trwały mniej więcej dwa lata i powtarzały się cyklicznie - mówi Henryk Popławski, który był prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej Kujawy w Barcinie od 2005 do 2018 roku. Pomysłowość akwizytorów była zdumiewająca, a sposób ich działania zatrważający. Internet w takich przypadkach okazał się dobrodziejstwem, bo pozwalał na weryfikację oferentów. Nie wiadomo jednak, ile osób dało się nabrać na sztuczki domokrążców.
- Były trzy kategorie oszustw, z jakimi się spotykaliśmy - mówi Henryk Popławski. - To było chamskie wyłudzenie pieniędzy oraz pozyskiwanie zleceń nieuzasadnionych, co odbywało się pod przykrywką działalności spółdzielni. W trzecim przypadku to nie dotykało bezpośrednio Spółdzielni, ale najczęściej się z tym spotykaliśmy. Chodzi o wprowadzanie w błąd przy zmianie operatorów telekomunikacyjnych czy energetycznych.
Spółdzielnia otrzymywała zgłoszenia od mieszkańców o niepokojących zjawiskach. Odbywało się to zazwyczaj tak, że w krótkim czasie było spiętrzenie takich zgłoszeń. Do mieszkańców osiedli docierał przedstawiciel firmy, który powoływał się na to, że działa we współpracy ze Spółdzielnią lub na zlecenie Spółdzielni. Oferował wymianę drzwi i grzejników. Pobierał zaliczki i znikał. Były to firmy nastawione wyłącznie na wyłudzenie pieniędzy.
- Trudno mi powiedzieć wiarygodnie, na ile to działanie było skuteczne - mówi były prezes Spółdzielni. - Wiem, że kilkanaście osób wpłaciło takie zaliczki. Później dopytywali, gdzie jest ta firma, co się dzieje i tu sprawa się kończyła, bo firmy już nie było. Myśmy to weryfikowali za pośrednictwem internetu. Kiedy wpisywaliśmy nazwę firmy, okazywało się, że nie ma ona strony internetowej, nie ma w sieci kontaktu do przedstawicieli, nie figuruje też w rejestrze przedsiębiorców. Ktoś sobie po prostu wydrukował ulotkę i na tej podstawie zwabiał ludzi. W takich przypadkach internet bardzo się przydaje do uwiarygodnienia istnienia takiego podmiotu. Często jednak przedstawiciele nieistniejących firm docierali do osób starszych, którzy nie potrafią poruszać się w sieci.
Drugim rodzajem oszustw było podobne oferowanie drzwi i kaloryferów, ale tym razem nie chodziło o to, aby pobrać zaliczkę i zniknąć, ale o to, aby zaoferować usługę i ją wykonać w cenie wyższej niż na rynku. Doprowadzano do tego, żeby lokator podpisał niekorzystną dla siebie umowę.
- To były firmy przeważnie z okolic Gniezna - objaśniał Henryk Popławski. - Posuwały się do tego, że najpierw wywieszały na klatkach schodowych ogłoszenia, napisane w sposób, które co prawda niejednoznacznie, ale sugerowały, że odbywa się to za zgodą Spółdzielni. W bezpośrednich rozmowach przedstawiciele firmy powoływali się na to, że działają za zgodą, z upoważnienia i na zlecenie Spółdzielni. Znam kilka przypadków, gdzie umowa została zawarta i zostały wymienione drzwi, ale cena tego była średnio trzykrotnie wyższa niż na wolnym rynku.
W związku z tym, że pojawiły się ogłoszenia na drzwiach bloków, Spółdzielnia zgłaszała sprawę na Policję. Trudno jednak było udowodnić, że doszło do wyłudzenia usług powołując się na upoważnienie Spółdzielni, bo ogłoszenie było niejednoznaczne. Kiedy interweniowała Policja lub Straż Miejska, to firmy wypierały się tego. Tłumaczyły, że jedynie działają na terenie Spółdzielni. Przedstawiciele byli legitymowani i spisywani, ale nie można było im postawić zarzutów, bo było to słowo przeciwko słowu. Często poruszali się dwójkami i zgodnie twierdzili, że klient źle zrozumiał lub przekręcił ich słowa. - Ogłoszenie było tak skonstruowane, że to ostatni moment na wymianę, że będą bonifikaty, obiecywali cuda niewidy, a ktoś, kto się nie wczytał w treść ogłoszenia, wyrobił sobie mylne wrażenie, że taką bonifikatę dostanie od Spółdzielni, od państwa, kogokolwiek, a tak naprawdę ceny były zawyżone i klient ponosił straty - mówi były prezes Spółdzielni i wspomina, że doszło nawet do sytuacji, kiedy właściciel firmy z Gniezna próbował wywierać presję strasząc Zarząd Spółdzielni sądem. Zarzucał zarządowi, że naruszył dobre imię firmy zgłaszając na Policję podejrzenie wyłudzenia. Mimo to takie przypadki zgłaszane były na Policję nadal, aż w końcu firma zrezygnowała z działania na tym terenie.
Był też trzeci rodzaj oszustw. Po zmianie przepisów w zakresie dostarczania prądu i gazu pojawili się operatorzy oferujący swoje usługi. Przedstawiciele firm roztaczali wizję dostarczania tego prądu czy gazu na bardzo korzystnych warunkach. Wówczas Spółdzielnia Mieszkaniowa Kujawy w Barcinie zrobiła akcję informacyjną, podczas której w mediach lokalnych informowała o tego typu praktykach.
- Pamiętam przypadek, jeśli chodzi o ofertę rozliczania zużycia gazu, który mnie bardzo poruszył - wspomina Henryk Popławski. - Akwizytorka jednej z firm podpisała umowę z moim sąsiadem, który miał ponad 90 lat. Jednego dnia wychodziłem do pracy, a on czekał na mnie na schodach roztrzęsiony, żeby zapytać, co ma zrobić, bo podpisał i nie do końca wiedział, co podpisał. Bał się reakcji córki, bo ona zabroniła mu podpisywać tego typu dokumenty. Te dokumenty były sporządzone w sposób skandaliczny. Kopia umowy, którą jemu zostawili była tylko częściowo wypełniona i to w sposób bardzo nieczytelny. Nie było żadnej taryfy, warunków, tylko jakaś nieprecyzyjna ulotka informacyjna.
Były prezes Spółdzielni napisał dla sąsiada wypowiedzenie umowy, ale też skontaktował się z dyrektorem zarządzającym firmą i zwrócił uwagę, że firma żeruje na starszych ludziach. Ostatecznie umowa została rozwiązana, a starszy mężczyzna nauczony doświadczeniem, nie otwierał obcym drzwi. Okazało się, że firma zawarła podobną umowę z co najmniej dwiema osobami. Umowy te zostały skutecznie wypowiedziane.
- Nie znam skali tych problemów, bo nie wszystkie sygnały do nas docierały - mówi Henryk Popławski. - Część dramatów rozgrywała się za naszymi plecami. Ja mogę mówić tylko o takich przypadkach, kiedy ktoś zadzwonił spytać, poradzić się lub upewnić, czy firma na pewno działa z naszego upoważnienia na naszym terenie.
Przeważnie do oszustw lub zawierania niekorzystnych umów dochodziło przed południem, kiedy w mieszkaniach nie było osób czynnych zawodowo, a pozostawali starsi, którzy byli bardziej podatni na wpływ przedstawicieli firm. Nie dochodziło natomiast do prób oszustw internetowych. Zdarzało się, że do prezesa trafiał e-mail z propozycją drukowania kalendarzy na fundację charytatywną, która nie istnieje lub z drukiem wpłaty na organizację charytatywną. Było to jednak weryfikowane i często okazywało się, że taka fundacja nie istnieje.
Refleksja byłego prezesa na temat skuteczności oszustw nie jest optymistyczna. - Mimo tego, że trąbi się w telewizji o oszustwie na wnuczka, na policjanta czy na majora wojska, to nadal zdarzają się osoby, które się na to nabierają - powiedział Henryk Popławski. - Tak samo jest z oszustami, którzy docierają do mieszkańców naszej Spółdzielni. Chęć zysku ludzi zaślepia. Iluzoryczny zysk i złote góry obiecywane przez wygadanych oszustów odbierają ludziom rozum. Na pewno dużo ludzi w tej chwili zwraca na to uwagę, ale nadal można ludzi wyprowadzić w pole.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1505 (51/2020)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze