Mistrzowie piekarscy sprzed wojny
Chleb bez polepszaczy
W przedwojennym Barcinie było pięć piekarni (a miasto kończyło się na ul. Polnej). Tylko jedna z nich, na obecnym placu 1 Maja, jeszcze działa. Pisaliśmy jednak wiosną w Tygodniku Barcińskim Pałuki, że w każdej chwili może zostać zamknięta.
Teresa Wiśniewska, córka piekarza Antoniego Wiśniewskiego, który został rozstrzelany przez Niemców. W swojej posesji wciąż ma piec piekarniczy, ale już od dłuższego czasu nieużywany. Tę właśnie piekarnię na rynku prowadził Stanisław Rogowski, który po przeprowadzce do Barcina wynajął pomieszczenia od stolarza Jana Chojnackiego, mieszkającego w kamienicy na rynku.
Druga piekarnia mieściła się przy ul. 4 Stycznia, w pierwszej kamienicy za Stokrotką. W 1929 r. kupił ją od Żyda Marcusa, który wyprowadzał się wtedy do Niemiec, Antoni Wiśniewski. Można było u niego kupić chleb, szneki (czyli drożdżówki), pączki i pierniki. Kilka kamienic dalej na tej samej ulicy, w miejscu gdzie teraz jest sklep z materiałami budowlanymi i drogeryjnymi, znajdowała się trzecia barcińska piekarnia. Prowadził ją niejaki Jan Ławiński.
SZNEKA ALBO TRZY GRYSKI
Po drugiej stronie tej ulicy znajdowały się dwie kolejne piekarnie. Tuż za ówczesną bożnicą żydowską, czyli dzisiejszym przedszkolem, piekarstwem zajmowali się Płaszczykowscy. Ostatnią piekarnią, kilka kamienic dalej, był zakład Pawła i Feliksa Płotków. Jeśli chodzi o ten zakład, to był jedyny w mieście, gdzie prócz chleba i bułek z mąki pszennej można było kupić tzw. gryski, czyli coś w rodzaju bułek z ciasta chlebowego, żytniego. Za 5 gr dzieci mogły tutaj dostać 2, a nawet 3 gryski, jeśli piekarz wiedział, że dziecko jest z wyjątkowo biednej rodziny. Bywało zresztą, że bracia Płotkowie dawali najmłodszym gryski za darmo.
Ceny chlebów i bułek we wszystkich piekarniach były jednakowe. Zwykła bułka kosztowała 5 gr. Szneka i bułka mleczna były po 5 gr. Chleb 2-funtowy (1 kg) kosztował 9 gr, 1,5-funtowy - 1,35 gr i 4-funtowy - 1,80 gr.
Stanisław Kubiak, przedwojenny mieszkaniec Barcina, w latach 20. uczeń Szkoły Podstawowej na rynku, pamięta jak często mama dawała mu zamiast śniadania parę groszy na bułkę czy drożdżówkę, żeby sobie kupił w drodze do szkoły właśnie u Rogowskiego na rynku. Jednak Stanisławowi Kubiakowi często zdarzało się też nadkładać drogi (szedł od wójtówki na dzisiejszej ul. Dąbrowieckiej) do piekarni Antoniego Wiśniewskiego, a wcześniej do Marcusa, bo tam były szneki, a nawet do piekarni Płotków, gdyż tam można było kupić za te same pieniądze 2, albo 3 gryski.
Teresa Wiśniewska, córka Antoniego Wiśniewskiego, przedwojennego piekarza, podkreśla, że chleby wówczas wypiekane były, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych, bez polepszaczy.
W piekarni Antoniego Wiśniewskiego uczył się zawodu Jan Ławiński. Niedługo później sam otworzył zakład piekarniczy, właśnie dwie kamienice za swoim mistrzem, czyli tam, gdzie dzisiaj jest sklep budowlany. (Wojenna zawierucha zaprowadziła go, wraz z mieszkającym po sąsiedzku krewnym rzeźnikiem Alfonsem Pilarskim w szeregi armii gen. Andersa; ze Związku Radzieckiego przez Iran przeszli szlakiem bojowym pod Monte Cassino).
Krystyna Mazur mieszka w domu, gdzie po wojnie osiedlił się na kilkadziesiąt lat Otto Braun, spolszczony piekarz niemiecki fot. Karol Gapiński PIEC: CERAMICZNY LEPSZY OD METALOWEGO
W piekarni Stanisława Rogowskiego, pracowało przed wojną 2 czeladników i uczniowie. Wśród nich przedwojenni barcinianie zapamiętali Pawła Rogowskiego, syna piekarza, Czesława Kamadulskiego, jednego z pasierbów piekarza oraz Jana Cesarza.
Ten ostatni (rok urodzenia 1920) przed laty wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Kilka lat temu przyleciał do Polski i odwiedził piekarnię prowadzoną obecnie przez Ryszarda Wieraka.
Stary piekarz serdecznie się rozpłakał, widząc, że w jego dawnym miejscu pracy niewiele się zmieniło do dzisiaj.
- Pan Jan Cesarz opowiedział mi historię tej piekarni. Otóż jeszcze w XIX w. był tam piec na drewno, na którym pracowała piekarnia. Już za czasów Stanisława Rogowskiego, w 1926 r. zakupiony został piec ceramiczny na węgiel. Jako uczeń pewnego dnia Jan Cesarz rozpalał w tym piecu i czynił to tak niedokładnie, że piec pękł i trzeba go było później przez wiele dni skręcać. Jan Cesarz, jak opowiadał, dostał wtedy tymi samymi sztachetkami, które wrzucał do pieca, po tyłku od mistrza, żeby raz na zawsze pamiętać, jak się rozpala w piecu piekarniczym – opowiada obecny szef piekarni po Stanisławie Rogowskim.
Jak ustaliłem, Jan Cesarz zmarł przed 2 laty za oceanem.
Ów piec, który pękł dziesiątki lat temu młodemu Janowi Cesarzowi, działa w piekarni do dzisiaj. Choć ma już 81 lat, to nigdy nie był remontowany, a co najwyżej konserwowany, co dla pieców RRK 26 jest ewenementem na skalę światową. Przynajmniej tak twierdzi Zygmunt Stasiak, specjalista budowy pieców piekarniczych z Bydgoszczy, który w swojej karierze budował wiele podobnych pieców. Choćby piec społemowski w Żninie.
Obecnie Zygmunt Stasiak zagląda czasami do barcińskiej, przedwojennej piekarni, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku z jej piecem. Dodajmy, że został on zbudowany w 1926 r. przez bydgoskiego Niemca Winklera, który na ul. Świętej Trójcy w dawnym Brombergu budował właśnie tego typu piece.
Wiosna 1929 r. Front piekarni Antoniego Wiśniewskiego, niedługo po przejęciu przez niego tego zakładu od Żyda Marcusa. Na zdjęciu Teresa Wiśniewska, córka Antoniego Wiśniewskiego, rozpoznała na pewno Jana Ławińskiego, też piekarza, Alojzego Konwińskiego, czeladnika, Aleksandra Handlera, ucznia, oraz ciocię Zofię Wiśniewską-Konwińską, na jej rękach siebie oraz Łucję Konińską. Jak podkreśla Ryszard Wierak i Zygmunt Stasiak, do dzisiaj ludzie wolą jeść chleb z pieców ceramicznych, a nie metalowych. Piec metalowy można zbudować nawet w 4 dni. Tymczasem budowa i wypalenie pieca ceramicznego to czas około półtora miesiąca.
NA MĄCE Z MŁYNÓW ŁABISZYŃSKICH
Każdy z przedwojennych piekarzy w Barcinie, podobnie jak działających wtedy 3 rzeźników, musiał mieć konia i wóz oraz stajnię przy piekarni. Miał również kawałek z łąk - które dzisiaj pomiędzy starym i nowym Barcinem pokrywa trzcinowisko - by móc wypasać konia. Co do surowców na chleb, to barcińskie młyny: na św. Wojciecha i na ul. Polnej były nastawione przede wszystkim na obsługę rolnictwa, a nie piekarstwa. Dlatego tutejsi piekarze jeździli po mąkę do Młynów Łabiszyńskich.
Piekarze zaopatrywali również wiejskie sklepy, bo choć na wsi barcińskiej przed wojną jeszcze nie wygasła umiejętność wypieku domowego chleba, to jednak w latach 30. bardzo zmieniła się tam struktura społeczna. Otóż na barcińskiej wsi wtedy mieszkało więcej robotników, w tym robotników rolnych oraz bezrobotnych, niż rolników. Królowała wtedy bowiem wielka własność ziemska kościelna i prywatna, a drobnych posiadaczy nie było dużo. Dlatego robotnicy nie mieli ani środków, ani czasu, by chleb wypiekać. W Piechcinie nie było wtedy piekarni, a tylko sklep, do którego chleb dowożono z Pakości.
CHLEB BEZ KARTEK OD NIEMCA
Po wybuchu II wojny okupanci zamknęli wszystkie barcińskie piekarnie. Początkowo jedną z nich pozwolili Płaszczykowskim prowadzić, ale nie na długo. Później, jak przypomina sobie Stefania Szadłowska, rodzina ta trafiła do Czarnego w powiecie człuchowskim.
Do miasta przybył, najprawdopodobniej z wioski spod Mogilna, Gustaw, a być może Otto Braun, gdyż jego imię różnie przypominają sobie starsi mieszkańcy miasta. Otto Braun przejął piekarnię Rogowskiego na rynku, a pozostałe 4 zakłady na ul. 4 Stycznia zostały przez Niemców zamknięte. Otto Braun chciał stworzyć nadbudówkę nad łącznikiem dwóch budynków, w którym to parterowym łączniku była i jest do dzisiaj sala z wypiekiem chleba. To być może pozwoliłoby stworzyć w jednym kompleksie magazyn zboża. Jednak w latach 40. Braun nie zdołał tej inwestycji zrealizować. Pomimo lat okupacji, ten niemiecki piekarz dobrze zapisał się w pamięci Stanisława Kubiaka. – Braun, jak widział, że Polak przymierał głodem, bo miał dużo dzieci, a mało kartek na żywność, to dawał chleb bez kartek. Gorsza była ta jego żona, typowa „Helga”, nie lubiła Polaków i nic by nie sprzedała nam bez kartek żywnościowych – opowiada Stanisław Kubiak.
81-letni piec piekarniczy RRK 26, który nigdy nie był remontowany, a tylko konserwowany. Nie wygasł, jako jedyny z przedwojennych pieców w Barcinie, nawet w czasie wojny, bo piekarnia ta jako jedyna miała prawo działać za okupacji.fot. Karol Gapiński OSTATNIE SŁOWA
Stanisław Rogowski w 1939 r. został rozstrzelany przez Niemców w Szubinie bądź w okolicach Żnina. Podobnie stało się z Antonim Wiśniewskim. Zachował się ostatni napisany w więzieniu przez tego piekarza list do żony.
W liście z 24 października 1939 r. czytamy: Kochana żono, paczkę dnia 23.X 39 wraz z załączonym listem otrzymałem. Paczkę również otrzymał Krzewiński, natomiast nie otrzymał paczki pan Drozdowski. Paczki zaadresowane były dobrze i proszę je nadal w ten sposób adresować. Dużych paczek proszę nie przysyłać, gdyż bardzo często zdarza się, że podejmuje je ktoś inny. W paczkę kłaść smalec, względnie masło, względnie kiełbasę, względnie inny wyrób mięsny, trochę papierosów, 1 łyżkę i jakieś drobiazgi. (…) Po wywiezieniu nas z Barcina, w Łabiszynie zepsuło się auto, i wsadzili nas do cel więziennych.
- Tam przebywaliśmy do godziny 7 wieczorem, poczem załadowano nas na samochód i zawieziono nas do Bydgoszczy, zamiast do Szubina, gdyż było tam przepełnione więźniami.
Tu do Bydgoszczy przyjechaliśmy o godz. 20.30 przed koszary (…) i po odliczeniu nas i sprawdzeniu całego transportu, wsadzono nas wszystkich bez przesłuchania do sklepu. Sądzimy, że gdybyśmy przybyli w innej porze dnia, to poszlibyśmy na barak. (…) Następnego dnia, a był to czwartek, wywołano nas wszystkich i ustawiono w szereg. Sądziliśmy, że pójdziemy na przesłuchy. Skończyło się tylko na imiennym sprawdzeniu barcińskich szwerbrechów, jak nas nazwano, i po kilku dość cierpkich uwagach ogólnych, które napędziły nam strachu rozeszliśmy się na swoje legowiska. Mija już 13 dzień naszej tu bytności. Dotychczas nie zostaliśmy przesłuchani. Obyło się jeszcze dotychczas zapewne z woli Opatrzności bez bicia. Wszyscy są przy możliwym zdrowiu (…) Sklep, w którym przebywamy jest dość obszerny i jest nas tu razem 50 chłopa. Jedzenie nasze składa się z kawałka chleba (1 część bochenka), wojskowego kumyśniaka na 1 chłopa na dobę, około 50 gram margaryny, na śniadanie i kolację kawa, na obiad 1,2 litra zupki (…)
To były ostatnie słowa Antoniego Wiśniewskiego, które otrzymała rodzina w Barcinie. Po wojnie, dzięki uzyskanemu odpisowi z Urzędu w Barcinie, potwierdzono, że mistrzów piekarskich Wiśniewskiego i Rogowskiego, oraz kilku innych barcinian, obciążył Antoni Zientara, który najprawdopodobniej mógł bać się o siebie i swoją rodzinę. 7 października na posterunku w Barcinie zaprotokołowano w zeznaniach, że 11, względnie 12 września, „bandyci”, jak ich nazwał Antoni Zientara: Rybarczyk, Zyganiak Ruchaj, członkowie „bandy” Zulsdorffa (polski właściciel przedwojennego tartaku na ul. Polnej) mieli strzelać z karabinów i broni myśliwskiej do jednego samochodu niemieckiego. (…). Odparci przez karabiny maszynowe bandyci się rozproszyli i przez Mogilno uciekli. Przywódca bandy Zullsdorf przewidywał z swojej bandy sformować kompanię z zadaniem okrążenia i unieszkodliwienia w Barcinie wojska niemieckiego. Pomiędzy tymi bandytami byli też mistrz piekarski Rogowski z swoimi synami i Wiśniewski – czytamy w protokole z przesłuchania Antoniego (napisano Anton) Zientary. Ten protokół posłużył później do skazania go już w czasach Polski Ludowej na 15 lat pozbawienia wolności.
Piekarnia Antoniego Wiśniewskiego w czasie wojny nie istniała, choć piec był. Rodzina zamordowanego piekarza została wysiedlona. Posesję zajęły siostry Sztube (pisownia polska), Niemki, które mówiły po polsku. Córką jednej z nich opiekowała się wówczas jako nastolatka Marta Kamińska (nazwisko panieńskie), a obecnie Wawryk. Pamięta ona, że po piekarni kręcili się jacyś czeladnicy i jakaś produkcja się tam odbywała, ale nie na sprzedaż. Piec w piekarni Antoniego Wiśniewskiego stoi do dzisiaj i po wojnie zakład też bywał wydzierżawiany na piekarnię. Jedyną jednak oficjalną piekarnią w czasie wojny była ta kierowana przez Otto, czy też Gustawa Brauna.
Parę lat po wojnie Niemiec Braun, który przejął piekarnię po Stanisławie Rogowskim, kupił od szewca Jana Rydlewskiego dom na ul. Kościelnej, nad Notecią i tam mieszkał do śmierci. Pochowany został na cmentarzu w Bydgoszczy przez swoją rodzinę. Rodzina ta spolszczyła się.
UPAŃSTWOWIENIE
Po wojnie Zakład Piekarniczy przy rynku, jak wszystkie przedsiębiorstwa w kraju, albo ich znakomita większość, został upaństwowiony. Produkcją pieczywa zajęła się w nim GS Samopomoc Chłopska, która wkrótce też od Leona Chojnickiego, syna stolarza Jana, wykupiła te obiekty na własność i jest ich właścicielem do dnia dzisiejszego, wynajmując za opłatą zakład Ryszardowi Wierakowi.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze