Reklama

Dla oficera polskiego koń znaczy więcej niż on sam!

Rynarzewo, pamiętnik, Powstanie Wielkopolskie, ks. Mieczysław Buławski

   Dla oficera polskiego koń znaczy więcej niż on sam!
    Ks. Mieczysław Buławski, proboszcz w Rynarzewie, zaangażowany w działalność patriotyczną i walkę narodowowyzwoleńczą, przeżył szczęśliwie Powstanie Wielkopolskie. Uniknął wywiezienia do obozu w Altdamm (Szczecin-Dąbie), gdzie zostali internowani mężczyźni z Rynarzewa. Przebywał stale w miasteczku, o które toczyły się ciężkie boje. Rynarzewo znajdowało się na linii frontu. Wielokrotnie przechodziło z rąk do rąk. Jeszcze w Boże Ciało 1919 r. doszło do bitwy, w której poległo wielu powstańców. Strzały zza Kanału Noteckiego ustały dopiero w styczniu 1920 r., z chwilą wkroczenia Ułanów Wielkopolskich do Bydgoszczy.

    Świadkiem tych wydarzeń był ks. Mieczysław Buławski. Swoje przeżycia i spostrzeżenia z okresu, kiedy rodziła się Polska, opisał w książce "Miasteczko nad frontem". "Wspomnienia z roku 1919" wydanej w okresie międzywojennym. Jest to niewątpliwie biały kruk, mało znany mieszkańcom Pałuk. W sposób barwny i ciekawy wspomina duchowny wydarzenia odległe dla nas o ponad 70 lat. Opisuje chwile dramatyczne i radosne, w których nie brakuje zabawnych elementów. Jego wspomnienia przypominają "Pamiętniki" Jana Chryzostoma Paska. A oto kilka wybranych fragmentów książki (tytuły zostały dodane).
    Wino
    Cały swój, nie bardzo zresztą obfity, zapas wina stawiłem do dyspozycji komendzie miasta. W pierwszych zwłaszcza czasach nie schodziła ze stołu butelka wina ani papierosy, ni cygara. Nerwy domagały się wprost narkotyku. Czuli to dobrze druhowie.
    Co chwila wchodził któryś z nich, jednem okiem spozierał łakomie ku butelce i papierosom, a "drugim" raportował, choćby tyle, że "wszystko w porządku". Ugoszczony i zadowolony pokój opuszczał.
    - Ha, czasy rewolucyjne; równość!
    Co my, to i oni. Zgodziliśmy się na to chętnie.
    Przychodzi z "raportem" wysmukły młodzień, wystrojony w mundur oficera pruskiego: "Na moście żelaznym zaskoczył oficera, zastrzelił go, a mundur zabrał sobie na pamiątkę".
    Jakżeż nie wynagrodzić zucha za ten czyn brawurowy jednym i drugim kieliszkiem wina oraz cygarami?
    Cóż z tego, że - jak się później wykazało - wyciągnął ów mundur pewnej Niemce ze szafy i bez rozlewu krwi sobie "zarekwirował"? Raport osiągnął swój cel.
    Panny swawolne
    Na ogół umiały dziewczęta znakomicie rozróżniać między patriotyzmem a nieuczciwością. Jeden z komendantów powiedział mi ubawiony, że na pytanie jego, czy mają powodzenie u panien rynarzewskich, odpowiedzieli żołnierze niechętnie:
    - O, one są za mądre; chciałyby zaraz do ołtarza.  
    Wyjątkami tylko były te, które odbierały podarki, przeważnie służące.
    Służącej p. K., choć starszej, zezowatej i w miarę brzydkiej, sukcesy tak przewróciły w głowie, że odgrywała rolę pani. K. musiała dla niej gotować i jej posługiwać. Z wypowiedzenia miejsca nic sobie nie robiła. - "Ona się nie boi, bo ten kapral, i drugi, i trzeci za nią stoi".
    Gdy wreszcie postanowiła swego chlebodawcę i miasteczko od swej obecności uwolnić, zażądała wozu, którym, siedząc na swych trofeach wojennych, cichaczem odjechała.
    W ukryciu
    Gdy nasi zdobywali miasteczko, rzucił któryś z żołnierzy dwa granaty ręczne do domu pastora, niszcząc mu saloniki.
   Nuż stanę się ofiarą rewanżu?
    Wolałem zniknąć z plebanii i przeczekać pierwszą godzinę gdzieś w domu niemieckim. Udałem się więc do najbliższej sąsiadki - Niemki, której mąż i starszy syn uciekli z Grenzschutzem, których jednak znałem, jako ludzi uczciwych i spokojnych.
    - Zatrzyma mnie pani, aż się żołnierze uspokoją? - pytam się p. Aporiusowej.  
    - Ależ chętnie ukryję księdza - odpowiada...  
    Wtedy ona, chodząc miarowym krokiem po izbie, wpadła w natchnienie oratorskie. Tonem pastorskim, pełnym namaszczenia, żaliła się na upadek chrześcijaństwa: - "Czyż zbawiciel nasz nie umarł za wszystkich? Czyż nie chciał, by wszyscy się miłowali? A jednak, co się dzieje? Niech ksiądz słucha, jak strzelają jedni do drugich, jak do zajęcy. Zabijają się, mordują. Czy to chrześcijany? Polacy czy Niemcy, wszyscy jesteśmy przez Pana Jezusa odkupieni, wszyscy modlimy się do jednego Boga, którego Ojcem naszym nazywamy. A przecież nie postępują sobie, jak dzieci jednego ojca; niszczą się i mordują niby dzikie zwierzęta. Co za świat! Co za czasy!" itd.
    Blady stałem przy oknie, wyglądając, kiedy pierwsi Niemcy wejdą na plebanię. Słuszne były refleksje poczciwej sąsiadki, niewątpliwie! Lecz sytuacja była tego rodzaju, że wywody jej działały mi mocno na nerwy.
    Zegarek
    W kościele nie rewidują [Niemcy], lecz przechadzają się, głośno rozmawiając i paląc papierosy. Oburzony zwracam im uwagę, że to dom Boży; mają czapki zdjąć i przestać palić.
    - Stul gębę - krzyczą - nie masz nam nic do gadania! W ogóle wiedz o tem: my ci weźmiemy zegarek i 300 marek, bo wyście naszemu pastorowi tak samo zrobili.
    Wtedy powstałem na nich: - Jak to, wyście zrobili? Ja wziąłem?
    - Ty nie, ale jeden z twoich rodaków. My ich już znamy.
    - Tak, dowiedziałem się od pastora, iż jeden z naszych go obrabował. Czy moja to wina, że się znalazł jeden rabuś? W każdem wojsku są rabusie. Czyż w waszem wojsku nie ma rabusiów? - zawołałem patrząc na nich znacząco. A w ogóle to pokażcie mi pozwolenie na rewidowanie kościoła!
    - My ci damy pozwolenie! Widzisz tu, rewolwer jest naszym pozwoleniem!
    Idą znów do zakrystii. Ów poczciwszy szepcze mi: - Kommen Sie mit!
    W zakrystii przerzucili wszystkie szuflady z ornatami i bielizną.  
    - Nic z tego nie możemy potrzebować.
    Mogliby już niejedno potrzebować, lecz wstydzili się brać. Sprawdziła się znów znana rzecz, że doraźni złodzieje wojskowi cofają się przed rabunkiem w obecności właściciela.
    Przerwane kazanie
    Przy kościele stał ciężki karabin maszynowy, kilkadziesiąt metrów dalej drugi. Gdy w nocy grały, spał człek spokojnie. Pamiętam, że kiedy maszynówka umilkła na dłuższy czas, zerwałem się ze snu i pełen niepokoju wyszedłem w ciemną noc, by się przekonać co to znaczy.
    - Stać, hasło - zawołał żołnierz przy kulomiocie. Hasła nie znałem, mówię mu zakłopotany, kto jestem i po co przyszedłem.
    - Stoimy jeszcze - odmruknął niechętnie.
    Ten sam karabin przerwał mi nieco później nabożeństwo, gdy się znów odprawiało w kościele. Nagle podczas kazania zaczął trzaskać, a pomagał mu ten drugi, blisko stojący. Musiałem oczywiście zejść z ambony i wysłać ludzi, by się dowiedzieć czy nie atak Niemców i alarm. Lecz nie było alarmu. A komendant Sępiński wytłumaczył mi, że kazał strzelać, żebym się zbytnio na ambonie nie męczył.
    Szkoła
    Pewnego dnia, z końcem lutego 1919 r. przybył do Rynarzewa znów starosta Duszyński. Poszliśmy do szkoły opróżnionej już od wojska. Na placu stał nauczyciel p. K. (Kowalski). Zapytany przez starostę, czy umie mówić po polsku, odpowiedział skwapliwie: - A tak, tak...
    - Czego pan będzie dzieci uczył?
    - Cytac, rachowac, spiwac, pysac, turnowac...
    - No, już widzę, widzę! Szkołę polską obejmie ksiądz proboszcz; pan zaś będzie uczył dzieci niemieckie.
Stanęło więc na tem, że uruchomiłem tutejszą szkołę polską.
    Organy
    Przed nabożeństwem kładłem na odpowiednie klawisze organowe zapałki, by ułatwić dyrygującemu kapralowi podawanie tonu. Zwykle uważał jednak takie ceregiele za niepotrzebne. Choć nie raz głos podał fałszywie, to jednak tenor i bas, nigdy nie tracąc fantazji, śpiewał tem głośniej i serdeczniej. Było zawsze imponująco!
Pożegnanie
    Gdy kompania gotowa do wymarszu stanęła na rynku, wyszło kilka panien w bieli z wielkiemi pękami kwiatów. Każdy żołnierz otrzymał pamiątkę i udekorował nią lufę karabinu. Lecz panny uniósł zapał: stanęły przed kompanią i zaczęły śpiewać: "długo, długo niechaj żyją, żyją nam". A że za wysoko chwyciły, był to śpiew mocno piskliwy, czemu się żołnierze z dobrodusznym, lecz wdzięcznym uśmiechem przysłuchiwali.
    Komendant S. (Sępiński) otrzymał wieniec laurowy. Lecz zamiast go sobie włożyć na szyję, zawiesił go koniowi na kark. Dąsały się na taki "despekt" dziewczęta.  
    Wreszcie kompania ruszyła wśród śpiewu: "Idziemy, gdzie wódz nasz kochany". Na czele jechał zacny komendant na udekorowanej Rozynancie.  
    Spotkałem go jeszcze kilka dni potem przypadkowo w Szubinie. Gdym mu wspomniał o pretensji panien, zawołał żywo: - Cóż to? Przecież dla oficera polskiego koń znaczy więcej niż on sam!

opracował Ryszard Nowicki
Pałuki nr 149 (52/1994)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości