Zygmunt Osmólski od zimy obserwuje, jak stado dzików podchodzi coraz bliżej jego posesji. Boi się, że z czasem rezerwą siatkę i wejdą na jego podwórko.
fot. Magdalena Kruszka
Barcin, dziki, posesja, Zygmunt Osmólski
Dziki w mieście jak na swoim
- Jak się ściemni, to zaczynają grasować, z dnia na dzień jest coraz bardziej poryte - mówi Zygmunt Osmólski, mieszkaniec ul. Kościelnej w Barcinie, który od zimy obserwuje, jak pod jego posesję podchodzą dziki. Łowczy podkreślają, że w mieście mają związane ręce i jedynie petardami można próbować przepłoszyć zwierzynę.
Zygmunt Osmólski mieszka przy ul. Kościelnej w Barcinie, jednak nie przy głównej drodze, ale od strony łąk i bagien. Od tych łąk dzieli go tylko biała droga. Niegdyś przy drodze rosły słoneczniki, teraz ten teren wygląda jak pobojowisko, gdyż od zimy przychodzą w to miejsce dziki. Zjawiają się wieczorami, jak się ściemni, obecnie około 20:00-21:00 i grasują.
- Całe pole słoneczników było, teraz nie ma nic - skarży się Zygmunt Osmólski. - Na razie jest spokój, bo one na nieużytkach ryją, ale widzę, że podchodzą coraz bliżej domu. Niech mi pod płot podejdą, siatkę rozerwą, to będzie gorzej. Taką siatkę to one podziurawią mordą i już są w ogrodzie, a ja w nocy nie mam czasu, żeby stać i pilnować.
Czasem zjawia się pojedyncza sztuka, a czasem bywa ich nawet pięć czy sześć. Są to dorosłe dziki, ale zdarzała się też locha z małymi. Mieszkaniec ul. Kościelnej podkreśla, że dziki tak się już przyzwyczaiły do gwaru ulicznego, że nie boją się ani psów, ani samochodów, które z dużym natężeniem często jeżdżą nieodległą obwodnicą. Dopiero kiedy samochód wjedzie w drogę wewnętrzną, a zwierzęta zobaczą światła, to uciekają. Nie zdarzyło się, żeby kogoś zaatakowały, ale ludzie i tak się ich boją.
- Jak one już podejdą, to ja nie wychodzę - mówi Zygmunt Osmólski. - Stanę tylko przy płocie i patrzę. Jak klasnę w ręce, to uciekają, a potem znów przychodzą jak na swoje. Zimą jeszcze, kiedy ziemia była zamarznięta, patrzę, a one trąby pospuszczane i jechały jak traktory. Myślałem, że z czasem się to uspokoi, ale gdzie tam. Przychodzą i jadą w ziemi.
Andrzej Jabłoński, instruktor w Polskim Związku Łowieckim wyjaśnia, że jeśli problem występuje w granicach obwodu koła łowieckiego, to zarząd tego koła wyznacza myśliwego, który dokonuje odstrzału redukcyjnego. Jednocześnie uspokaja, że dzika zwierzyna sama z siebie krzywdy ludziom nie robi, więc nie trzeba się jej obawiać.
- Może być niebezpiecznie jedynie, kiedy mamy do czynienia z lochą z młodymi, wtedy, gdy młode zapiszczy, to locha może stać się agresywna - wyjaśnia Andrzej Jabłoński. - Natomiast w pozostałych przypadkach, to trzeba pamiętać, że dzika zwierzyna ma swój instynkt, stroni od ludzi, raczej ucieka, a nie atakuje.
Henryk Pinkowski, łowczy z Koła Łowieckiego Złoty Róg, który ma w swoim obwodzie także teren miasta, rozwiewa nadzieję na poprawę sytuacji. Z dzikami w mieście nic nie można zrobić i nie ma żadnych szans, żeby uzyskać pozwolenie na odstrzał w tym miejscu. Podkreśla jednocześnie, że winni mogą być sami ludzie, którzy dokarmiają zwierzęta.
- Widocznie ktoś musiał te dziki dokarmiać - zauważa Henryk Pinkowski. - One bardzo szybko wyczuwają jedzenie i wtedy stają się nachalne. My dziki dokarmiamy w Krotoszynie koło oczyszczalni ścieków i tam nie przychodzą. Jedyne, co mogą zrobić mieszkańcy, którym dziki pod ogródki podchodzą, to kupić sobie petardy i płoszyć zwierzęta. W żadnym wypadku nie dokarmiać.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1155 (14/2014)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze