Reklama

Gabriela Gólcz - losy wojenne, przymusowe roboty, powrót, praca i działalność kulturalna

Gabriela Gólcz - długoletnia dyrektorka Domu Kultury w Żninie to osoba, której praca dla kultury regionu owocuje do dziś. Przypominamy jej postać i czasy, w których żyła - a był to czas pokolenia, które nie chodziło do szkoły podstawowej, któremu dzieciństwo zabrała wojna, młodość naznaczył stalinizm, a które po odwilży połowy lat pięćdziesiątych budowało polską kulturę w takich warunkach, w jakich było to wtedy możliwe.

„Na ulicy Rychlewskiego, która była w okresie międzywojennym placem zabaw dla dzieci, grałyśmy w palanta, w piłkę i zaklepanki. Razem chodziłyśmy też na harcerskie obozy i biwaki, podziwiałyśmy tych samych pedagogów i kochałyśmy się w tych samych chłopcach” - tak Elżbieta Żurawska wspominała w 1981 roku dzieciństwo urodzonej
19 stycznia 1927 roku w Żninie Gabrieli Gólcz.
Ojciec Gabrieli Gólcz, Michał Kolasiński był powstańcem wielkopolskim, zajmował się transportem towarowym na bliskie odległości. Był charakterystyczną w Żninie postacią, wspominaną zawsze z jego koniem Morycem, który stajnię swą miał przy Średniej. Rozwoził głównie węgiel, dla dzieci zawsze miał kwaskowe cukierki i był powszechnie lubianą postacią, obdarzoną fantazją i poczuciem humoru. Potrafił na przykład w dniu imienin żony zaprosić na uliczkę,  łączącą ulicę Śniadeckich z ul. Rychlewskiego, orkiestrę powstańców, która grała na cześć solenizantki.

Przedwojenny Żnin był miastem pełnym muzyki i śpiewu. We wspomnieniach wielu starych żniniaków przewijają się wątki muzyczne - w kamienicy  przy ulicy Śniadeckich, gdzie mieszkała Gabriela Gólcz mieszkało na przykład rodzeństwo - Stefania, Zdzisław i Tadeusz Nowaccy. Zdzisław grał na skrzypcach, Tadeusz na trąbce, Stefania  śpiewała, a okazją do muzykowania mogło być wszystko.
Trzynastoletnia Gabrysia od marca 1940 roku rozpoczęła pracę w niemieckiej firmie Auffanggesselschaft, zajmującej się w Srebrnogórze sprawami gospodarczymi. Zamiłowanie do śpiewu sprowadziło tam na nią kłopoty. Na jej stancji zbierała się wieczorami młodzież, by pośpiewać. Bynajmniej nie po niemiecku. Donos złożył Polak. Nie przypuszczał, że tysiącletnia Rzesza, od chwili jego donosu, nie przetrwa nawet dwóch lat. Spotkany po wojnie na dworcu w Bydgoszczy uciekał, gdzie pieprz rośnie, aby tylko nie stanąć oko w oko z Gabrysią.

Reklama

Gabriela Gólcz w roku 1943, fot. z archiwum Mai Gólcz

Ale w lipcu 1943 młodą dziewczynę za śpiewanie po polsku czekał wyjazd na przymusowe roboty do Reichu. Trafiła do Münster w Westfalii, 60 kilometrów od holenderskiej granicy, do dużego hotelu, zajmowanego bezustannie przez różne niemieckie formacje wojskowe. Prowadzony był przez niemiecko-szwajcarskie małżeństwo Schnellmannów, obsługę stanowili bez wyjątku pracownicy przymusowi z różnych krajów. Gabriela Gólcz zaprzyjaźniła się tam z Ukrainkami, z którymi mogła się bez kłopotu porozumieć i które pięknie śpiewały na głosy. Opowiadała, że Hermann Schnellmann, Szwajcar, był łagodny, syn jego też, ale nie można tego powiedzieć o jego żonie, Niemce, która odnosiła się do pracowników szorstko i wyniośle, a takie postępowanie naśladowały jej córki. Ponieważ wysiedlona do Münster żninianka znała niemiecki, Niemka żądała od niej informacji, co Ukrainki o niej mówią. - Zawsze odpowiadałam jej, że Panią chwalą, że Pani taka dobra, że nas tu przyjęła pod dach, odpowiadałam dyplomatycznie - wspominała córce po latach. - Ukrainki dziwiły się potem, pytały mnie: co ty jej tam nagadałaś, że tak się do nas uśmiecha? My tę heksę nienawidzimy, marzymy tylko o tym, żeby ją zarizaty, a ona taka miła nagle dla nas? Nieufność Ukrainek stopniała po nalotach, gdy wszyscy musieli się kryć przed bombami (od 1943 do 1945 roku USA bombardowało leżące na berlińskim szlaku Münster 102 razy).
W tej części Niemiec, po przegraniu przez Niemcy wojny, brytyjczycy wydzielili polską enklawę, w której przebywało ok. 250.000 Polaków wywiezionych na roboty oraz uwolnionych z obozów jenieckich i koncentracyjnych. Gabriela Gólcz była jedną z nich. Mieszkała w przerobionym, po pierwszej wojnie światowej ze składu amunicji na osiedle mieszkaniowe, miasteczku Reckenfeld, w całości zajętym przez Polaków (Niemców Brytyjczycy wysiedlili). Działały tu polskie instytucje i szkoła, tu wstąpiła do harcerstwa. Udzielała się w życiu kulturalnym, grała w sztukach teatralnych, śpiewała, występowała przed generałem Stanisławem Maczkiem w stolicy polskiej enklawy w Niemczech - Maczkowie.
Powrót do kraju opóźniał się ze względu na to, że we wschodnich Niemczech infrastruktura kolejowa w drugiej połowie 1945 roku została rozgrabiona (tory sygnowane nazwami tych linii do dziś widzi się na zdjęciach z Rosji). Nie wszyscy uchodźcy zresztą chcieli wracać do kraju, miasta niektórych z nich znajdowały się już w granicach sowieckiej Rosji. Także Gabriela Gólcz zastanawiała się - wracać, czy nie wracać. Wiedziała, że rodzice byli wysiedleni z centrum miasta do dzielnicy Żnina nazywanej (ze względu na pokrycie dachów słomą) Afryką. Nie wiedziała jednak, czy żyją - pogłoski o tym, co działo się w Żninie w czasie okupacji i po wejściu Sowietów były różne, a co jest prawdą - nikt nie wiedział.
Pewnego dnia przyszedł jednak od jej rodziców list, który błąkał się długo po Niemczech, zanim dotarł do rąk adresatki. Rodzice pisali, że żyją i czekają na nią. W lipcu 1946 roku wróciła do Żnina - do odzyskanego, ze skrzypiącymi podłogami, starego mieszkania przy ulicy Śniadeckich.
Do 1949 roku uczyła się w Publicznej Średniej Szkole Zawodowej (grupa handlowa), pracując równocześnie w sklepie PSS jako sprzedawczyni, a po jej ukończeniu, w wieku 22 lat, została kierowniczką hotelu Basztowa, gdzie przydały się obserwacje i praktyka nabyta u Schnellmannów. Lata 1953-60 to praca w referacie kultury Powiatowej Rady Narodowej w Żninie jako referentka, instruktorka, a w latach 1960-1967 - kierowniczka tego wydziału. W tym czasie wzięła ślub (1958) i zdała maturę (1960) w żnińskim liceum dla pracujących. Później ukończyła studium kulturalno-oświatowe.

Reklama

Gabriela Gólcz (czwarta od prawej) na V Światowym Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie w sierpniu 1955 roku; fot. z archiwum Mai Gólcz


Wymienienie wszystkich instytucji, w których w tym czasie działała jest chyba niemożliwe. Od 1946 roku była drużynową drużyny Królowej Jadwigi, a następnie Emilii Plater, potem działała w Kole Przyjaciół Harcerstwa. W latach 1947-1955 grała w sztukach amatorskiego teatru. W latach 50. była sędziną powiatową w lekkiej atletyce. W latach 1953-1960 śpiewała jako solistka w żeńskim chórze Halka, który potrafił dać sto koncertów w roku (powroty z występów na wsi odbywały się po zmroku na przyczepach traktorów). W latach 1956-1965 prowadziła rejestr miejsc pamięci narodowej. W sierpniu 1955 roku uczestniczyła w słynnym V Światowym Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie. Jej podpis widnieje wśród założycieli Klubu Seniora i Żnińskiego Towarzystwa Kulturalnego. Zajmowała się poszukiwaniem twórców ludowych i opieką nad nimi. Od 1950 roku działała aktywnie w PTTK i była współorganizatorką Jesieni na Pałukach od pierwszej, organizowanej przez PTTK imprezy.

Reklama

Lata siedemdziesiąte, żniński amfiteatr. Gabriela Gólcz w stroju pałuckim. Zwraca uwagę stylizowany krzyżyk w herbie Żnina - oficjalnie wówczas herb miał na wieżyczkach wyłącznie żółte kółka; fot. z archiwum Mai Gólcz
Elzbieta Żurawska (kierowniczka Referatu Kultury w latach 1950-1960) tak wspominała tamte lata: „Nasza praca zawodowa układała się bardzo dobrze - nie było u nas zwierzchnika i pracownika, ale współpracowniczki, wykonujące swoje zadania. Nic więc dziwnego, że kiedy w 1960 roku przeszłam do Powiatowej Biblioteki Publicznej i przejęłam funkcję kierownika - Gabrysia została kierownikiem Referatu do spraw Kultury i w pewnym sensie moim zwierzchnikiem. Odwróciły się funkcje, ale nie nasz wzajemny stosunek”.
W 1967 roku, gdy Janusz Księski odszedł na stanowisko dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury w Bydgoszczy, Gabriela Gólcz została dyrektorem Powiatowego Domu Kultury w Żninie i kierowała nim przez 14 lat - do końca 1981 roku. Jej córka Majka tak wspomina te czasy: - Jeździłam z mamą jako dzieciak po wioskach. Odwiedzaliśmy twórców ludowych, poznawaliśmy nowych. Byliśmy, pamiętam u pani Adryanowej w Kruchowie, u Zofii i Leona Katulskich w Annowie, u Stefana Boguszyńskiego w Kcyni. Tadeusz Gwit siadał za kierownicę - i w drogę. Na wsiach nie było wtedy telefonów, aby twórcy ludowi przyjechali na imprezę, z każdym trzeba było porozmawiać, uzgodnić, co przywiezie, czy ma jak dojechać. List nie wystarczył. Pamiętam te lata jako czasy dobrych relacji ludzi ze sobą. Czasy wzajemnego szacunku. Mama szanowała wszystkich, była oddana w przyjaźni. I ją wszyscy szanowali. To były inne czasy.

Reklama

Janina Balska, Czesław Kwiatkowski - przewodniczący Miejskiej Rady Narodowe w latach 70-tych i Gabriela Gólcz, Wyszogród, 20 października 1973, fot. Lechosław Balski
Powiatowy Dom Kultury propagował wtedy oczywiście także kulturę wysoką - na przykład poprzez spotkania autorskie z pisarzami, nie stronił od kultury popularnej (występy Czerwonych Gitar, zespołu Breakout, Filipinek, Ireny Jarockiej, Anny Jantar), ale rdzeniem jego działalności było wspieranie ludowej i amatorskiej twórczości muzycznej i plastycznej - rzeźby, haftu, muzyki, fotografii, działalności teatralnej (działał na przykład teatrzyk kukiełkowy) oraz rozwijanie talentów młodzieży. Przy - jak to wtedy mówiono - pedeku - działał Klub Seniora, zespół Pałuczanki i inne zespoły (przez jakiś czas - nawet jazzowy). W ramach zadań instytucjonalnych Domu Kultury powstawały kolejne świetlice wiejskie - było ich ponad trzydzieści - także w innych gminach powiatu. Wtedy powstała Kapela Pałucka, która występowała w strojach ludowych, powstało ognisko muzyczne dla dzieci i młodzieży i działająca do dziś pracownia rzeźbiarska. Czesław Łukomski, naczelnik miasta i gminy Żnin w latach 70. przypomina: - Dom Kultury w tamtym czasie realizował swój program w zupełnie innych warunkach społeczno-politycznych i  gospodarczych. Dominowały problemy gospodarcze i społeczne. Mogłoby się wydawać, że tematyka rozwoju życia kulturalnego, turystyki, sportu będzie marginesem działalności Urzędu Miasta i Gminy. Było zupełnie inaczej. Filarami podtrzymania wiekowych tradycji i historii byli doświadczeni ludzie, którzy nie uginali się pod nowymi wichrami historii. Takim filarem była Gabrysia ze swoim nielicznym zespołem ludzi aktywnych, pracowitych, organizujących życie kulturalne w mieście i na całych Pałukach, tworzących dziś powiat żniński. Czesław Łukomski podkreśla rolę Gabrieli Gólcz dla rozwoju haftu pałuckiego: - Potrafiła skupić wokół Domu Kultury hafciarki, które swój talent pokazywały na niepowtarzalnych haftach na płótnie lnianym z motywami roślinnymi. Powstałe wówczas liczne obrusy i serwetki są do dziś podziwiane i stanowią wzór dla następnych pokoleń. Organizowała liczne wystawy rodzimych twórców, czym zachęcała ich do dalszego rozwijania własnego talentu i twórczości. To poprzez Dom Kultury etnografowie, przede wszystkim Wanda Szkulmowska, mieli kontakt z twórcami ludowym. Owocem tych kontaktów był opis specyfiki haftu pałuckiego, bez czego niemożliwe jest utrzymanie tożsamości sztuki regionalnej.
Tam, gdzie kultywowanie tradycji regionu łączyło się z jego promocją i turystyką, zawsze obecny był bardzo prężnie działający żniński oddział PTTK, którym kierowała Janina Balska. Za czasów Gabrieli Gólcz Jesień na Pałukach, ogólnopolska, wielodyscyplinowa impreza turystyczna powstała dzięki inicjatywie działaczy PTTK, uzupełniona została festiwalem muzyki ludowej, na który zjeżdżali wykonawcy z Pałuk, Kujaw, Kaszub i Borów Tucholskich. W Żninie zaczęły się odbywać Zjazdy Twórców Ludowych, które integrowały środowisko, sprzyjały następstwu pokoleń twórców i były dla nich zachętą do pracy, a dla publiczności - możliwością obcowania z rodzimą, autentyczną twórczością.
Zacytujmy znów Elżbietę Żurawską: „Pracowałyśmy zawsze razem. […] Wystarczy wymienić obchody 700-lecia nadania praw miejskich Żninowi, 200. rocznicę urodzin Jędrzeja Śniadeckiego (1968), rocznice Klemensa Janickiego i Glicznera, budowę pomników Leszka Białego, pomników pamięci narodowej, organizację muzeów w Żninie i w Wenecji i wiele, wiele innych przedsięwzięć. Najwięcej serca wkładałyśmy jednak w upowszechnianie pałuckiego folkloru i popularyzowanie piękna naszego regionu. […] Nikt nie jest w stanie policzyć tych godzin, które poza obowiązkami służbowymi przeznaczałyśmy na pracę związaną z upowszechnianiem kultury. W przygotowanie każdego zadania wkładałyśmy nie tylko naszą pracę, ale i nasze serca.”

Reklama

Otwarcie wystawy Edmunda Kapłońskiego, 27 listopada 1986. Od lewej: Kazimierz Kubiak (przycięty), Maja Gólcz, Gabriela Gólcz, Maria Kasperkowiak-Wielgosz i Wanda Deskiewicz z zespołu Pałuczanki, działającego przy Klubie Seniora, pierwszy sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR Zdzisław Małecki. fot. z archiwum Mai Gólcz

Czesław Łukomski podkreśla autorytet, jaki Gabriela Gólcz miała w Żninie: - Wobec ówczesnych władz była nieustępliwa i potrafiła przekonać nas do finansowania wszystkich planów jednostki, którą zarządzała. Była zawsze zwolennikiem i obrońcą głęboko zakorzenionej na Pałukach tradycji. Zapamiętałem ją jako szefową, wymagającą wiele zarówno od siebie, jak i od swoich współpracowników. Przypomina, że inicjatywą Gabrieli Gólcz było połączenie żnińskiego muzeum, muzeum kolejki wąskotorowej oraz Muzeum Archeologicznego w Biskupinie w jeden kompleks turystyczny, który opierałby swą siłę na synergii tych instytucji. W późniejszych latach zarzucono ten pomysł, ponieważ Polska miała wtedy poważniejsze problemy.
Łucja Niezgoda, która prosto po liceum ekonomicznym została w 1978 roku zatrudniona w Domu Kultury (zajmowała się pracami administracyjnymi), wspomina swoją szefową przede wszystkim jako dobrego człowieka: - Otoczyła mnie prawie matczyną opieką. Mogłam zwierzyć się jej ze wszystkiego - nic nie poszło w miasto. Gdy odeszła na emeryturę, utrzymywałyśmy kontakt dalej. Wspominam ją niezmiernie ciepło.

Reklama

 

Spotkanie starych znajomych na otwarciu wystawy w Sufraganii; pierwsza połowa lat 90-tych. Od lewej: Janina Balska, Gabriela Gólcz, Bogdan Balski, Elżbieta Żurawska i Grażyna Głogowska - dyrektor ŻDK na przełomie lat 1989-1998 fot. z archiwum Mai Gólcz

Także Jadwiga Jelinek, która od lat 80. przez 36 lat prowadziła żnińską bibliotekę, wspomina Gabrielę Gólcz jako osobę niezwykle serdeczną i życzliwą. - W ciągu kilku lat i w Domu Kultury, i w bibliotece nastąpiła zmiana pokoleniowa. Panie Gabriela Gólcz, Janina Balska i moja poprzedniczka - Elżbieta Żurawska, wielkie miłośniczki kultury i sztuki regionu, przyjaciółki, nie zaniechały swoich pasji, często gościły w bibliotece. Przychodziły nie tylko po książki, ale żeby podyskutować. Tradycją było, że w moje imieniny, od razu po rozpoczęciu pracy ,zjawiały się wszystkie trzy z życzeniami. I rozmawiałyśmy. Były to rozmowy międzypokoleniowe, wesołe, dowcipne. Uczyłam się od nich. Pomalutku uchylały mi rąbka różnych tajemnic Żnina, Pałuk, pracy w kulturze. Były bardzo delikatne, bardzo dyskretne, ale zależało im, aby i moja praca stała się pasją. A ja podziwiałam ich zaangażowanie w działaniu i gradację wartości.
W sylwestra 1981 roku Gabriela Gólcz oddała klucze do Domu Kultury dwudziestopięcioletniemu Andrzejowi Rosiakowi, pracującemu wcześniej jako inspektor do spraw kultury w Urzędzie Miejskim. To były jeszcze czasy, gdy można było zaproponować swego następcę i te propozycje były akceptowane. Na emeryturze nadal uczestniczyła w życiu kulturalnym Żnina, choć pod koniec życia widziała coraz słabiej i coraz rzadziej wychodziła z domu.
Uznanie dla jej pracy zaowocowało przyznaniem jej Krzyży Zasługi (brązowy w 1955 roku, srebrny w 1969 roku i złoty w 1976 roku) oraz Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta (w 1985 roku). Zmarła 30 stycznia 2005 roku, spoczywa na cmentarzu w Żninie.
Dominik Księski

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/06/2024 11:37
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości