Głos Alladyna
Paulina Nowak rozmawia z Pawłem Tucholskim.
Paulina Nowak - Po ukończeniu LO w Żninie próbowałeś dostać się na PWST w Krakowie i niestety, nie udało się. Co robiłeś dalej?
Paweł Tucholski - To, że się nie dostałem było dla mnie wielkim ciosem. Ale nie zrezygnowałem z marzeń i próbowałem zdać do Studium Kulturalno-Oświatowego o profilu teatralnym. Powiodło się. Niestety, z kilku względów musiałem zrezygnować. Postanowiłem znaleźć szkołę bliżej i tak trafiłem na Studium Piosenkarskie w Poznaniu. Byłem tam tylko rok. Ten czas dużo mi dał i dlatego postanowiłem spróbować drugi raz. Celem była PWST im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Nie byłem pewny, czy się dostanę, ale udało się. Zdałem bardzo dobrze.
- Wiadomo, że egzaminy do szkoły teatralnej są inne niż na pozostałych uczelniach. Na pewno są nie tylko trudne, ale i ciekawe.
- Egzaminy są po części trudne, lecz i łatwe zarazem. Trudność tę potwierdza fakt, iż na 400 osób startujących dostają się przeciętnie 23, które potem przez dwa lata poddawane są selekcji z różnych względów. A jeśli mowa o łatwości, to składa się na nią szczęście. Zdarza się mianowicie, że kandydat jakimś dziwnym trafem przechodzi trzy etapy egzaminów; profesorowie przymykają oczy na niektóre jego wady, np. wymowy, po czym, już jako student wylatuje po roku.
Czasem ktoś wywiera piorunujące wrażenie na komisji i dostaje się z najwyższą punktacją, ale potem nie rozwija swojego talentu; okazuje się, że było to jednorazowe olśnienie. Na egzaminach nie można pokazać wszystkich swoich umiejętności. Dlatego ocena profesorów jest w pewnym stopniu intuicyjna. Ocenianym jest się już przy wejściu na salę. Liczy się tzw. pierwsze wrażenie, to znaczy prezencja, wygląd ogólny. Bywa ono czasem mylące. Np. na egzaminach pojawia się brzydka dziewczyna i już zdaje się, że nie ma wiele szans, gdy w tym samym momencie dziewczyna ta odzywa się pięknym, naturalnym, niskim głosem i wspaniale interpretuje tekst. Warte jest nie to, aby być aktorem na egzaminie, ale to, aby pokazać, jak czuję i jak potrafię myśleć tekstem literackim. Liczy się również wewnętrzna plastyczność, tj. umiejętność przechodzenia w skrajne stany emocjonalne. No i oczywiście temperament, ujawniający się w błyskotliwości i nieschematowym wykonaniu zadania aktorskiego.
Egzaminy odbywają się w trzech etapach. Dwa pierwsze to pokazanie ogólnych zdolności aktorskich (mówienie tekstów, przygotowanie etiud, piosenki). Na ostatnim etapie jest tylko teoria. Po drugim z egzaminów wyszedłem z sali zrozpaczony. Myślałem Nic z tego. Jadę do Żnina. Na szczęście na korytarzu spotkałem jednego z profesorów zasiadających w komisji. Nie wytrzymałem i zapytałem go, jak wypadłem. Uśmiechnął się i powiedział: Idź się uczyć do teorii.
I tak wkroczyłem w progi wymarzonej szkoły.
- Jakie były twoje początki w szkole?
- Początki tak jak wszędzie, były najtrudniejsze. Musiałem udowodnić, że coś sobą reprezentuję.
- Jacy ludzie, nam znani tylko z telewizji, teatru, czy kina ciebie uczyli?
- Miałem to wielkie szczęście, że w ciągu czterech lat mojej nauki spotkałem się z wielkimi indywidualnościami i poznałem różne systemy pracy. Wielkim doświadczeniem była dla mnie praca z profesor Anną Seniuk. Oprócz tego dwa wielkie spotkania: z Tadeuszem Łomnickim, podczas pracy nad dyplomem, który z wiadomych przyczyn nie doszedł do skutku, a także z Gustawem Holoubkiem. Poza tym byliśmy ostatnim rocznikiem w szkole, który miał okazję spotkać się ze wspaniałą aktorką i długoletnim pedagogiem Szkoły Teatralnej, z profesor Ryszardą Hanin. Jeśli natomiast chodzi o piosenkę, to bardzo cenię sobie współpracę z panią Krystyną Tkacz. Praca z nią, oprócz praktyki, skłoniła mnie też do zainteresowania się stroną teoretyczną zagadnienia związanego z pojęciem piosenki jako formy teatralnej. Efektem tego była obroniona przeze mnie niedawno praca magisterska pt. Piosenka jako miniatura sceniczna.
- Czy w czasie swojej nauki występowałeś w filmie lub teatrze?
- Tak, ale były to zaledwie epizody. Np. w Balandze reż. Rafała Wylężyka pojawiłem się dwukrotnie w kadrze. W Kuchni polskiej Jacka Bromskiego jestem studentem. Największym epizodem była rola Sycylijczyka - śpiewaka operowego w komedii Oczy niebieskie w reżyserii Waldemara Szarka. Na czwartym roku zadebiutowałem w przedstawieniu Życie na różowo w Teatrze Prezentacje. Można je obejrzeć, gdyż jest w repertuarze i co jakiś czas jest wznawiane. Wspomnę jeszcze, że w ubiegłym roku zostaliśmy zaproszeni do Stanów Zjednoczonych przez Szkołę Eugene O"Weila, gdzie wraz z grupą Amerykanów zrealizowaliśmy musical, który prezentowaliśmy na Broadway"u.
- A czy w planach masz coś większego?
- Nie chciałbym zapeszyć, ale mam propozycję zagrania w 9-odcinkowym serialu, którego akcja będzie się działa w akademiku. Być może jeszcze teatr telewizji na wiosnę. Jest jednak zasada, że jeśli nie podpisze się umowy, to do końca pozostaje niepewność, że może zagrać to ktoś inny.
- Szkołę skończyłeś prawie rok temu. Co robisz obecnie?
- Zaangażowałem się na rok do teatru Kwadrat. Niedawno miałem też przygodę z filmem animowanym. Była to disneyowska produkcja Lampa Alladyna, która w ubiegłym roku dostała Oskara za animację. Podkładam tam głos do głównej postaci, czyli Alladyna. Film ten wszedł do kin w grudniu. Aktualnie pracuję nad przedstawieniem muzycznym Człowiek z Lamanczy w reżyserii Jerzego Gruzy w Teatrze Dramatycznym.
- Każdy aktor ma swoje wymarzone role. W jakich ty się widzisz, kogo chciałbyś zagrać?
- Na ogół na takie pytanie pada odpowiedź: Hamlet, Makbet itd. Ja nie mam aspiracji do takich ról. Uważam, że jest wiele innych równie ciekawych. Mnie najbardziej odpowiadają kreacje tragikomiczne. Takie role ukazują bogatą gamę ludzkich zachowań. W życiu nie ma czystej tragedii i czystej komedii. Te dwie warstwy przeplatają się nawzajem, przechodzą jedna w drugą. Dlatego istnieją role tragiczne, w których występuje moment złamania tragizmu. Bohater zdaje się być przez chwilę komiczny w swojej dramatyczności i odwrotnie. I tak jest, iż jeśli aktor potrafi uchwycić w swojej postaci moment załamania, wtedy zbliża tę postać do życia i czyni ją wiarygodniejszą. Świeżo upieczony aktor, tak jak ja, musi pamiętać o tym, aby jak najwięcej grać i sprawdzić się w różnych rolach. Dzięki temu wzbogaca swój warsztat aktorski i z czasem wypracowuje swój własny styl.
- Pozwól, że powrócę do czasów kiedy występowałeś w zespole pana Jerzego Lacha. Na ile ważne było to doświadczenie w Twoim życiu?
- Przede wszystkim zacząłem poważnie myśleć o szkole aktorskiej. Wspólne występy, wyjazdy, rozmowy ukształtowały mój smak teatralny. Spotkanie z panem Jerzym Lachem uważam za punkt zwrotny w moim życiu. Praca z nim sprowokowała mnie do głębszego wniknięcia w problematykę teatru.
- Czy znów kiedyś zobaczymy cię na deskach żnińskiego teatru?
- Trudno powiedzieć. Aktorstwo to zawód zabierający mnóstwo czasu i ingerujący w życie prywatne. Dlatego ciężko mi coś planować. Myślę, że czasu nigdy nie będzie za wiele i z tego powodu próbuję zapuścić korzenie w Warszawie i tam rozwijać się artystycznie.
- Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze