Reklama

- I nie opuszczę Cię... także gdy będziesz rodzić

Sylwia Goc rozmawia z Jackiem Joachimowskim
    - I nie opuszczę Cię...  także gdy będziesz rodzić
    Ostatnio coraz częściej słyszy się o porodach rodzinnych, czyli o uczestniczeniu ojców przy porodach swoich dzieci. Jak mnie poinformowano w żnińskim szpitalu, nie jest to jeszcze u nas możliwe. Jedyny szpital w regionie, w którym oficjalnie odbywają się porody rodzinne to szpital im. Emila Warmińskiego na bydgoskich Kapuściskach przy ul. Szpitalnej. W tym szpitalu inicjatywa rodzinnego rodzenia wyszła od samych lekarzy oddziału położniczego. O tym, jak udało się być przy żonie na porodówce i co musiał zrobić, żeby stało się to możliwe, opowiada Jacek Joachimowski ze Żnina, szczęśliwy tata małego Wiktora.

    Sylwia Goc: - Kto z państwa podjął tę ostateczną decyzję, że rodzić będziecie we dwoje?
    Jacek Joachimowski: - Ustaliliśmy to już zanim żona zaszła w ciążę. Rozmawiając o przyszłości stwierdziliśmy, że kiedy będzie się rodziło nasze dziecko, chcielibyśmy być razem. Wtedy chyba jeszcze tego poważnie nie traktowaliśmy. Z chwilą, kiedy się okazało, że żona jest w ciąży, nabrało to realnych kształtów. Od początku byłem pozytywnie do tego nastawiony i nie miałem żadnych obaw czy wątpliwości.
    - Obraz wyobraźni jest czasem różny od obrazu samej rzeczywistości. Czy tak właśnie wyobrażał sobie Pan poród?
    - Gdybym nie przeżył tego sam, nigdy bym nie wiedział, że jest to takie piękne. Przez cały czas porodu nie czułem chwili zmęczenia, znudzenia, słabości. Nie miałem także żadnych negatywnych wrażeń. Wręcz przeciwnie, była to dla mnie ogromna niespodzianka.
    - Czy był Pan wzruszony?
    - Spędziliśmy razem z Magdą około 6 godzin w sali porodowej. Z natury jestem człowiekiem opanowanym i reaguję dość spokojnie na takie przeżycia. Ale muszę przyznać, że same narodziny były dla mnie wzruszające.
    - Czy była możliwa jakaś bezpośrednia Pana pomoc w odbieraniu dziecka?
    - Powtarzałem żonie polecenia położnej i lekarza. Po porodzie żona powiedziała, że bardzo jej to pomogło. Poza tym trzymałem ją za rękę, dodawałem odwagi. Na końcu przeciąłem dziecku pępowinę. Uważam, że zrobiłem to bardzo ładnie. Magda nie wyobraża już sobie porodu beze mnie.
    - Który był to poród pańskiej żony?
    - Był to nasz pierwszy wspólny poród. Nasz syn ma na imię Wiktor, urodził się 5 grudnia, ważył niecałe 3 kilogramy.
    - Niektórzy twierdzą, że polskie rodziny opętała trochę moda na rodzenie z tatusiami, kiedy brakuje najpotrzebniejszych środków do leczenia, sprzętu itd. Mówi się też, że na siłę chcemy dorównać Zachodowi. Co Pan sądzi na ten temat?
    - Oczywiście jeśli ktoś to robi z pobudek snobistycznych, jest to bez sensu. Ale z drugiej strony uważam, że taka możliwość powinna być dana wszystkim, którzy tego chcą.
    A opłata? Chyba nie jest wysoka. Fundusz ostatecznie pozostaje na oddziale, nie idzie do ogólnego budżetu szpitala. Jeśli rodzice naprawdę dojrzale zastanowią się i stwierdzą, że przy porodzie chcą być razem, to korzyści są nieproporcjonalne do tych ekonomicznych skutków. Nawet gdyby to miało więcej kosztować.
    - Gdzie odbył się poród i jak wyglądały formalności czysto organizacyjne?
    - Poród odbył się w szpitalu im. Emila Warmińskiego przy ul. Szpitalnej. Wcześniej wpłaca się milion złotych na fundusz rozwoju oddziału położnictwa ginekologicznego i jest to oficjalna praktyka tam stosowana.
    Około miesiąca wcześniej należy zgłosić na tym oddziale chęć porodu we dwoje. W tym celu przeprowadzona jest specjalna ewidencja. Termin porodu musi być wcześniej zarejestrowany w celu przygotowania osobnego pokoju wyposażonego w sprzęt (inkubator, łóżko itp.). W dniu samego porodu trzeba oczywiście załatwić wszystkie formalności w izbie przyjęć, następnie udać się do wcześniej przydzielonego pokoju. W pokoju rodzinnego rodzenia są naprawdę sympatyczne warunki. Dla tatusia jest mały stoliczek z lampką, przy którym można sobie poczytać czekając - często bardzo długo - na poród. Zakłada się wtedy odzież szpitalną - fartuch i specjalne obuwie. Przed samym porodem natomiast dostaje się czapkę i maskę.
    - Jak Pan sądzi, czy przeciętna rodzina ze Żnina lub okolic mogłaby bez przeszkód i bez żadnych znajomości skorzystać z tej formy rodzenia w bydgoskim szpitalu?
    - Myślę, że jest to możliwe, ale trzeba odpowiednio wcześniej zadzwonić, dokładnie upewnić się i umówić.
    - Czy trzeba być silnym psychicznie mężczyzną, żeby coś takiego przeżyć?

    - Właśnie ostatnio czytałem artykuł, który dość krytycznie odnosił się do tego aby wspólne rodzenie było powszechne. Wypowiadali się na ten temat lekarz i położna z warszawskiego szpitala. Twierdzą oni, że około 90% ojców nie jest przygotowanych do tego i w zasadzie oni sami źle się czują, przeszkadzają, matki natomiast denerwują się jeszcze bardziej. Sądzę, że bardzo istotna jest rozsądna i głęboka motywacja ojca. Często się zdarza, że to żona namawia męża do uczestnictwa w porodzie, a on aby nie urazić żony zgadza się na to. Wydaje mi się, że wtedy może to mieć negatywne skutki.
    - Co by Pan powiedział wszystkim ojcom oczekującym na swoje potomstwo? Czy i jak zachęciłby ich Pan do tego typu możliwości?
    - W zasadzie chciałem już na samym początku powiedzieć, że mógłby się ktoś zdziwić, dlaczego zgodziłem się wypowiadać na ten temat publicznie. Wydaje mi się, że poród jest przeżyciem ze sfery bardzo osobistej i tego nie da się w pełni przekazać w wywiadzie. A dlaczego z Panią rozmawiam? Sądzę, że być może ludzie, którzy o tym rzeczywiście myślą, pod wpływem tego wywiadu bardziej przekonają się do rodzinnej formy narodzin.
   Zachęcałbym wszystkich ojców do tego wspaniałego przeżycia, jeśli oczywiście dojrzale to przemyśleli. Zakładam przy tym, że istnieje więź uczuciowa pomiędzy małżonkami. Takie wydarzenie może bardzo scementować związek. W małżeństwie nie ma ważniejszego momentu. Przynajmniej dla nas ten dzień był najważniejszy.  
    Na koniec nasuwa mi się filozoficzna refleksja. W obyczajowości, nie tylko w naszej polskiej, jest taka tradycja, że osoby bliskie chcą być przy śmierci swoich najbliższych. Z dwóch najważniejszych dla każdego człowieka wydarzeń, które wytyczają nasze życie, a mianowicie narodzin i śmierci radośniejszym wydarzenie - bez względu na światopogląd - są narodziny. Jeśli więc możemy być przy najbliższych (żonie i dziecku) w czasie narodzin, jeżeli istnieje taka możliwość, to - moim zdaniem - powinniśmy być przy nich tym bardziej.
    Ze swojego doświadczenia - teraz mogę już tak powiedzieć - wiem, że nie ma nic piękniejszego, jak uczestniczyć w pierwszym momencie życia swojego dziecka.

ze szczęśliwym ojcem Jackiem Joachimowskim
rozmawiała Sylwia Goc
Pałuki nr 108 (10/1994)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości