12 kwietnia 2024 roku w Miejskiej i Powiatowej bibliotece Publicznej w Żninie odbyło się spotkanie autorskie z Lucyną Miszczak promujące drugie wydanie jej książki pt. "Jak to w Oćwiece pod sosnowym dymbym prawdziwki rosły".
Spotkanie poprowadziła dyrektor książnicy Beata Czaczyk, która powiedziała, że pani Lucyna jest naszą rodzimą autorką, która postanowiła opisać swoje dzieciństwo w Oćwiece i tym samym ocalić od zapomnienia wiele barwnych wspomnień.
Lucyna Miszczak od 1986 roku mieszka w Marcinkowie Górnym, po ukończeniu technikum budowlanego w Bydgoszczy przepracowała 40 lat, w tym ponad 35 lat w administracji samorządowej w Gąsawie. Obecnie jest na zasłużonej emeryturze.
Zapytana, co ją skłoniło do sięgnięcia po pióro, Lucyna Miszczak powiedziała: - Ja się sama sobie dziwię, że ja tą książkę napisałam. Pierwsze wydanie było w sierpniu 2017 roku. Ale kto nie czytał pierwszego wydania to nic nie stracił dlatego, że wszystko zawarte jest w drugim wydaniu. Ja jestem rodowitą oćwieczanką. Tam mieszkali moi rodzice, moi dziadowie i moi pradziadowie – powiedziała pani Lucyna dodając, że myślała, iż napisanie książki to wielka trudność. - Jest, ale to dlatego, że trzeba mieć fantazję. Ale kiedy się pisze książkę o tym, co się przeżyło, działo, słyszało, to tak naprawdę każdy może usiąść i napisać - stwierdziła.
Pani Lucyna w swojej książce wspomina swoją rodzinną wieś Oćwiekę, w której spędziła młodość, a więc przede wszystkim lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku. Przybliża czytelnikom nie tylko ludzi tam wówczas mieszkających, ale również tradycje, obyczaje i smaki kuchni pałuckiej, które z biegiem lat zanikały bądź też były mniej praktykowane. - Ta wieś zawsze odbiegała od miasta. Ja chcę wam powiedzieć, że to nie jest tylko historia Oćwieki, bo na pewno pamiętacie ośrodki wczasowe „Żefam”, „Spomaszu”, Mleczarni. To było to, co było w lesie w Oćwiece poukrywane. Ja tam byłam wtedy taką panienką, miałam 13-15 lat, nasz dom stał tak jakieś 200-300 metrów, a moja mama była tam stróżem wiele lat na tym „Żefamie”. I jak były dyskoteki na tym ośrodku w „Żefamie”, to myśmy szli na tą dyskotekę. Tylko zawsze musiała matka po nas przyjść, bo nigdy z godziną się nie trafiło. Tam przyjeżdżali chłopaki ze Żnina, zawsze ładnie ubrani, była muzyka i my z tej wsi lecieliśmy do tych nowych twarzy, do tych nowych osób. I nie raz przyszli po mnie rodzice, bo się za długo zabawiłam – wspominała pani Lucyna dodając, że doskonale pamięta czasy, gdy do tych ośrodków przyjeżdżały też na wypoczynek całe rodziny pracowników „Żefamu” czy „Spomaszu”. Te wszystkie ośrodki z czasem poupadały, budynki trafiły do rąk prywatnych, ale pozostały wspomnienia.
Autorka wciąż pamięta wszystkich mieszkańców Oćwieki z lat jej młodości. - Nie umiem jeszcze malować, bo bym namalowała wszystkich, aczkolwiek Oćwieka należy do ludzi bardzo długowiecznych. Tam ludzi do około 90 lat mieszkało swojego czasu 12-15 osób, w takiej malusiej wsi, a tam jest parę domków. Tam jest klimat, jeszcze Jezioro Oćwieckie zasobne w tą rybę, my już tych ryb to po prostu nie trawiliśmy. My kiełbachy chcieliśmy. Moja mama miała motor i jeździła nim do Żnina. Ja byłam jeszcze na tyle mała, że mama nie mogła mnie zabierać na ten motor, bo bym sobie pewnie nogi powkręcała w koła. I żeby się mnie pozbyć to mówiła: „Łoj, dziecko gdzie jo cie zabiere. Ty wiysz, w Żninie na moście to stoi tako grubo baba i żeby przez tyn most przejść to musisz ją pocałować w dupe”. To jak ja już słyszałam te opowieści, to nie jechałam. A mama jak wracała to nam zawsze cukierki przywoziła od ciotki Glajdy. Ale fajnie, że ja się wtedy urodziłam – powiedziała autorka.
Oćwiekę od zawsze zamieszkiwali rdzenni mieszkańcy. - Nie było tam ludności napływowej. I nigdy w Oćwiece nikt nie był sam. Ludzie sobie pomagali. Teraz zostały tam już tylko pojedyncze osoby. Nawet dzieci tych ludzi tam nie zostały. Domy stoją puste. W 1987 roku jak był spis ludności, to w Oćwiece mieszkało o ile się nie mylę 140 osób. Teraz jak ich policzyłam, jakieś 3-4 lata temu to naliczyłam ich 60 – usłyszano.
Autorka powiedziała też skąd się wziął pomysł na tytuł jej książki. - My pochodzimy z takiej rodziny rybackiej, grzybiarskiej. Z tego się żyło, zbierało się też maliny i jeżyny w lesie, co chwilę się coś zbierało. I my na te grzyby chodziliśmy po prostu za dom. Tam nie było wtedy działek, tam rosły sosny i brzozy. No i moja mama kiedyś mówi: „Idź tam do Maciejewskich do tego lasu na grzyby”. Ja mówię” „Ale do jakiego”, a ona na to: „No tam, gdzie te sosnowe dymby rosną. Tam muszą być prawdziwki”. A ja miałam tych lat siedem czy osiem i poszłam do tego lasu. Wiedziałam że sosna musi mieć igły, dąb musi mieć liście, ale po prostu szukałam czegoś, co ma trochę igieł i trochę liści. I to był taki sosnowy dąb. I to funkcjonowało długie lata. Jak ktoś szedł do lasu to się mówiło: „Przynieś tam kawałek sosnowygo dymbu”. Tak rodzice próbowali tym swoich dzieciakom umysł zaprzątnąć czymś innym, a zazwyczaj był to psikus jednak - powiedziała pani Lucyna, która opowiedziała też o codziennym życiu mieszkańców Oćwieki z czasów jej młodości.
Na spotkaniu w żnińskiej bibliotece obecny był również Józef Winiecki, prezes Stowarzyszenia Sympatyków Gąsawy, który również z Oćwieki pochodzi. Dzięki jego zaangażowaniu (wchodził w skład zespołu redakcyjnego pierwszego wydania książki i zaangażował się w wydanie drugie) te wspomnienia pani Lucyny mogły się ukazać w 2023 roku (nakład 2000 sztuk), tym samym ocalając kawałek oćwieckiej historii od zapomnienia. Wydanie publikacji zostało dofinansowane z budżetu gminy Gąsawa i Samorządu Województwa Kujawsko-Pomorskiego.
Po spotkaniu Lucyna Miszczak podpisywała w żnińskiej książnicy swoją książkę.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze