Zupełnie przypadkowo trafiłem w Internecie na wiadomość, że 12 sierpnia w Oćwiece odbędzie się spotkanie z Lucyną Miszczak, autorką książki Jak to w Oćwiece pod sosnowym dymbym prawdziwki rosły. Nazwisko autorki nic mi nie mówiło, ale tytuł od razu mnie zaintrygował.
Po pierwsze, ze względu na jego gwarowy charakter (moja bajka!), a po drugie z powodu tytułowej Oćwieki, darzonej przeze mnie szczególnym sentymentem, malowniczej pałuckiej wsi, gdzie w licealnych i studenckich czasach, w latach 70., przez kilka lat z rzędu spędzałem dwa sierpniowe tygodnie na harcerskich obozach organizowanych przez niezapomnianego żnińskiego harcmistrza Franciszka Woźniaka.
Z przytoczonych wyżej powodów moja obecność na spotkaniu wydała mi się obowiązkowa. Punktualnie o 16:00 wiejska świetlica wypełniona była po brzegi, głównie, jak potem się okazało, mieszkańcami Oćwieki i pobliskich miejscowości. Po krótkim powitaniu sołtysa wsi i równie krótkim zagajeniu Jacka Mielcarzewicza, członka Stowarzyszenia Sympatyków Gąsawy - organizatora tegoż spotkania, również króciutko, o książce, a także o tym, jak doszło do jej napisania i wydania, opowiedziała sama autorka. Dowiedzieliśmy się, że wydawnictwo zmaterializowało się w efekcie realizowanego przez Gminę Gąsawa programu Ocalić od zapomnienia i że nie jest przedsięwzięciem komercyjnym, w związku z czym nie będzie sprzedawane, a jedynie rozdawane i przekazywane do okolicznych bibliotek.
Autorka, rodowita oćwieczanka, określiła swą książkę jako zbiór wspomnień z dzieciństwa oraz wczesnych młodzieńczych lat i nadmieniła, że zamieściła też w swej książce fakty z historii Oćwieki, legendę o pochodzeniu nazwy tej miejscowości, a także opisała jej mieszkańców. Trudno było spodziewać się dyskusji i pytań dotyczących treści książki, gdyż pośród licznych uczestników spotkania, oprócz samej autorki, były na sali chyba jeszcze tylko dwie osoby znające już jej treść. Zamiast dyskusji Lucyna Miszczak zaproponowała więc poczęstunek z przygotowanych głównie przez nią samą smakołyków pamiętanych z dzieciństwa. Był swojski chlyb ze smolcym, sznytki chleba z gynstom śmietanom i jagodami, kiszóne łogórki, bioły syr swoji roboty, syrnik i różniste ciostka. Ten kulinarny zestaw niegdysiejszych miejscowych smaków inspirował biesiadujących do wspomnień, co dało się słyszeć w kuluarowych rozmowach.
Ale prawdziwa burza wspomnień miała dopiero nadejść, o czym zapewne wszyscy czytelnicy, tak jak i ja, przekonali się później, przy lekturze książki. Do połowy przeczytałem ją od razu w sobotę, w Żninie, w domu mojej siostry, pozbawionym prądu z powodu szalejącej dzień wcześniej nawałnicy. Tylko do połowy, bo choć czytało się to znakomicie, moje stare oczy w pewnym momencie przestały rozróżniać małe literki oświetlane migającym płomieniem świecy. Następnego dnia, już w Toruniu, przy cywilizowanym oświetleniu, łakomie rzuciłem się na ponad trzydzieści pozostałych do przeczytania stron. Uczta w oćwieckiej świetlicy, choć wyborna, była niczym w porównaniu z tą duchową, zaserwowaną mi przez Lucynę Miszczak.
Tak właściwie to dopiero teraz powinno odbyć się to sobotnie spotkanie. Teraz już miałbym pojęcie z kim się spotykam i wiedziałbym, o co zapytać. Z zapowiedzi autorki można było spodziewać się pozycji dość hermetycznej i atrakcyjnej jedynie dla mieszkańców Oćwieki lub bywających tu niegdyś systematycznie wczasowiczów. Okazało się jednak, że jest to książka dla znacznie szerszego grona czytelników. Sądzę, że z ogromną przyjemnością zatopią się w lekturze wszyscy ci Pałuczanie, których dzieciństwo i młodość przypadało na lata 60. i 70. ubiegłego wieku i bez względu na to, czy mieszkali w Czewujewie, Gąsawie, Sulinowie, Janowcu, Jaroszewie czy Żninie, jakże znajome wydadzą im się opisane w książce Lucyny Miszczak stosunki sąsiedzkie, dziecięce zabawy, młodzieńcze wybryki, a opisane tu anegdoty przywołają zapewne w pamięci inne, związane z ich miejscowością, ale klimatem podobne tym z książki o Oćwiece. Książkę czyta się jednym tchem i z ogromną przyjemnością, a sprawia to potoczysty, gawędziarski stylu pisarski, który wiele mówi o charakterze, temperamencie i zdolnościach literackich autorki.
Lucyna Miszczak z lekkością i łatwością od dowcipu, czasami uroczo rubasznego, przechodzi do obrazowych opisów przyrody i krajobrazu. Z wielką swobodą przeplata swą opowieść zręcznymi dialogami, których gwarowa forma sprawia, że nie odnajdujemy w nich cienia fałszu czy sztuczności. Brzmią niezwykle naturalnie i prawdziwie również wtedy, gdy przybierają baśniowy, wręcz magiczny charakter, jak choćby dialog autorki z jej matką, wyjaśniający intrygujący tytuł książki.
Prawdziwą perełką są liczne realia wiejskiego życia w opisywanych czasach. Z dialogów i zajmujących opisów dowiadujemy się, jak wyglądały zakupy, dziecięce zabawy, prace polowe, rybołówstwo, grzybobranie, stosunki sąsiedzkie. Beztroskie, mocno związane z naturą życie niewielkiej, otoczonej lasami i jeziorami wsi, położonej z dala od miasta, z solidarnymi i życzliwymi sobie mieszkańcami, jawi się w książce jako prawdziwie sielankowa kraina szczęśliwości. I choć zdajemy sobie sprawę, że jest to obraz zapewne nieco wyidealizowany przez autorkę, to mimo wszystko bez reszty poddajemy się nostalgii, jaką lektura książki wywołuje i zaczynamy tęsknić za prostym, nieskażonym cywilizacją życiem, tak zajmująco i pięknie wskrzeszonym przez Lucynę Miszczak.
Szkoda, że książka nie trafi do szerokiego grona czytelników, bo jej lektura sprawiłaby frajdę niejednemu Pałuczaninowi w wieku +50, a może też zachęciłaby mieszkańców innych pałuckich miejscowości do naśladowania pani Lucyny. Już widzę oczyma wyobraźni w witrynie Księgarni Pałuckiej opasły, bestselerowy zbiór wspomnień wielu autorów tworzący swoistą historię Pałuk.
Mirosław Kaźmiyrz Binkowski
Pałuki nr 1332 (34/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze