Agnieszka Chęś rozmawia z Josephem Rothsteinem
Jak żyje się w Żninie ochotnikowi Korpusu Pokoju?
Rozmowa z Josephem Rotsteinem.
Agnieszka Chęś: - Jak to się stało, że znalazłeś się właśnie w Polsce?
Joseph Rothstein: W zgłoszeniu do "Korpusu Pokoju" można podać miejsce, w którym chciałoby się pracować. Mój pierwszy wybór to był południowy Pacyfik - jakaś wyspa z dala od ludzi. Chciałem, by było to coś takiego jak Floryda, lubię ocean, w ogóle wodę. Wtedy jednak nie było to możliwe. Mogłem poczekać jeszcze rok, poszukać czegoś. Dano mi alternatywę przyjechania do Polski. Byłem tu już trzy lata temu w trakcie mojej podróży po Europie. Pamiętałem, że język jest bardzo trudny, próbowałem wtedy kupić bilet z Katowic do Budapesztu i nie mogłem tego zrobić. Pomyślałem, że ten trudny język będzie dla mnie wyzwaniem, a przebywanie w kraju postkomunistycznym, gdzie wszystko właśnie się zmienia, będzie wielką przygodą. Właśnie dlatego zgłosiłem się do "Korpusu Pokoju", by przeżyć przygodę i poznać coś nowego.
- Jakiego typu przygód oczekujesz?
Kupowanie chleba, wyjście do sklepu po zakupy, gdy próbuję rozmawiać przez telefon, gdy podróżuję lub staram się porozumiewać po polsku - to są w jakiś sposób przygody, nic wielkiego czy niezwykłego, po prostu codzienne życie w zupełnie innych warunkach, czasem lepszych, czasem gorszych - nie można tego jednoznacznie stwierdzić, bo Ameryka nie jest czymś lepszym, jest jedynie inna.
- Jakie było Twoje wyobrażenie o Polsce i Polakach przed przyjazdem?
W Ameryce jest wielu Polaków, choć ja osobiście nie znałem żadnego. Widać też obecność polskiej kultury. Moja rodzina pochodzi z Litwy, słyszałem więc o uniach polsko-litewskich, o Jagielle. Z powodu komunizmu nie można było wiedzieć dużo o Polsce, czy uzyskać prawdziwe informacje. Wiedzieliśmy tylko, tyle ile rządy chciały, abyśmy wiedzieli. Sytuacja poprawiła się od 1981 roku, a potem też gdy Wałęsa został prezydentem. Nie wiedziałem dużo o tym kraju nim tutaj przybyłem. Obawiałem się, że jecie tylko ziemniaki, kapustę i kiełbasę, że w zimie nie będzie można kupić żadnych owoców czy warzyw - co oczywiście nie jest prawdą. Nie spodziewałem się także, że ludzie będą tacy mili.
- Na czym polega Twoja praca w fundacji, jakie są Twoje obowiązki?
Mam pomóc rozpocząć działalność tej fundacji - co to znaczy naprawdę nie wiem. Ciągle jeszcze próbuje znaleźć swoje miejsce. Fundacja ma kilka projektów, nad którymi pracujemy: trasa rowerowa ze Żnina do Szubina, oczyszczenie Małego Jeziora Żnińskiego, zorganizowanie Centrum Edukacji Ochrony Środowiska w Słębowie, gdzie jest mały park leśny. Mamy nadzieję na uzyskanie na ten cel finansowego wsparcia od Centrum Edukacji Ekologiczej z Budapesztu. Będę tutaj przez dwa lata. Myślę, że w tym czasie znajdę coś w czym moje siły będą w pełni wykorzystane, znajdę tutaj miejsce dla siebie. Jak na razie tej pracy i obowiązków nie mam zbyt dużo.
- Jak oceniasz pomysł założenia Fundacji, kiedy zobaczymy pierwsze rezultaty jej działania?
Region jest bardzo mały, więc Fundacja może mieć duży wpływ i znaczenie. Nie wiem na ile i jak szybko rezultaty będą widoczne. Myślę, że za dwa lata Małe Jezioro będzie oczyszczone, a na wiosnę zaczną się prace przy budowie drogi rowerowej. W tym ostatnim przedsięwzięciu chcą pomóc Zakłady Rowerowe "Romet", możliwe też, że uda się nam znaleźć zagranicznych sponsorów.
- Czy w Stanach Zjednoczonych działają podobne instytucje?
W Stanach sytuacja jest trochę inna, bo takie fundacje są utrzymywane przez członków i indywidualne osoby a wasza wspierana jest przez samorządy i rząd - to mała różnica. W Ameryce ochronie środowiska poświęca się więcej uwagi. Są reklamy w telewizji i mnóstwo różnych innych działań uświadamiających problemy zanieczyszczenia. Każde miasto ma dla przykładu swój program segregowania i odzysku odpadków - śmieci różnego rodzaju wrzucane są do oddzielnych pojemników. W Polsce spotkałem się z tym tylko w kilku dużych miastach, np. w Katowicach. Ludzie myślą o ochronie środowiska tam, gdzie zanieczyszczenia są już poważnym problemem. W małych miastach, gdzie nie ma dużych fabryk, nie zwraca się na to uwagi.
- Czy twoja pensja obciąża fundację?
Fundacja opłaca wynajęcie mieszkania dla mnie, a "Korpus Pokoju" zapewnia mi pensję równą średniej krajowej w Polsce. Jest to więc podział kosztów. Nie są to wielkie zarobki, a ja nie jestem bogatym Amerykaninem, ale to zupełnie wystarcza na to by tutaj żyć i podróżować.
- Czy praca, to co tutaj robisz spełnia twoje oczekiwania?
Na razie nie. Sprawy fundacji nie zaczęły się pomyślnie, nie jest ona jeszcze zarejestrowana. Wszystko, choć idzie na przód, dzieje się bardzo powoli. Jestem cierpliwy i czekam - zobaczymy jak to się dalej potoczy.
- Zadaniem ochotników "Korpusu Pokoju" jest także realizowanie programu edukacyjnego. Czy masz jakieś konkretne plany z tym związane?
Chciałbym zorganizować zajęcia konwersacyjne w Domu Kultury. Będzie mógł przychodzić na nie każdy, kto uczył się lub uczy angielskiego. Ludzie często znają gramatykę i słownictwo, ale nie mają szansy, żeby rozmawiać. Będziemy mówić o wszystkim, o Żninie, o nas samych, może o ekologii, a może o tym kto będzie prezydentem w Polsce. Spotkania będą odbywały się raz w tygodniu, nie wiem jeszcze w jaki dzień. W połowie września wyjeżdżam na weekend do Sopotu do szkoły językowej. Po powrocie zadecydujemy konkretnie o wszystkim.
Chciałbym także jeden dzień w tygodniu przeznaczyć na naukę w szkołach, czy spotkania z klubami ekologicznymi, jeżeli takie macie. Opowiadałbym o ochronie środowiska i problemach z tym związanych, to byłoby połączenie angielskiego i ekologii. Chciałbym dotrzeć do wszystkich szkół, jeżeli będzie to możliwe.
- Od kilku miesięcy żyjesz w odmiennych warunkach, wśród innych ludzi. Jak się czujesz w Polsce, jakie masz problemy i do czego trudno ci się przyzwyczaić?
Nie mam żadnych specjalnych problemów. Łatwo przyzwyczajam się do nowych warunków i szybko adaptuję się w nowych miejscach. Jestem zupełnie niezależny, sam sobie gotuję i sprzątam. Mam ładne mieszkanie, spotykam wielu ludzi. To mały kraj, wszędzie jest blisko. Mogę podróżować pociągiem i w ciągu kilku godzin dojechać do Gdańska czy Katowic. Brakuje mi prowadzenia samochodu, jestem całkowicie zdany na usługi transportu publicznego, ale to jest jeden z wymogów stawianych ochotnikom "Korpusu Pokoju" - rezygnacja z samochodu. Związane jest to między innymi z tym, że moje ubezpieczenie nie obejmuje roszczeń z tytułu wypadków komunikacyjnych.
Czasem czuję się trochę samotny. Piszę wtedy dużo listów i krótkie opowiadania, dużo odpoczywam i relaksuję się. Lubię uczyć się polskiego. Język jest trudny, ale nauka daje mi naprawdę dużo satysfakcji. Widzę, że Polacy podziwiają, gdy próbuję mówić ich językiem.
- Czy jest coś co mile cię tutaj zaskoczyło?
Przede wszystkim to jak mili i uprzejmi są ludzie. W czasie trzech pierwszych miesięcy mojego pobytu w Polsce mieszkałem w Łodzi. Gdy spotykasz tam ludzi w miejscach publicznych nie uśmiechają się. Myślisz, że są zimni, nieprzyjemni. Tutaj, gdy mówię ludziom "dzień dobry" odpowiadają mi, gdy chcę z kimś rozmawiać odzywa się do mnie. Kilka razy rozmawiałem z osobami zupełnie nieznajomymi i było to miłe. Czasem myślę, że jestem jedynym Amerykaninem w promieniu 100 kilometrów, może są jeszcze jacyś w Bydgoszczy czy Toruniu? - Może właśnie stąd te przejawy sympatii.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze