Alina Winiaszewska z Łabiszyna (z prawej) wraz z Danutą Kaczmarek (z lewej), bioenergoterapeutką z Bydgoszczy udzielały bezpłatnych porad z zakresu bioterapii i radiestezji podczas tegorocznych Targów Medycznych w Bydgoszczy
fot. Róża Bleja
Alina Winiaszewska, Łabiszyn
Kobieta z pasją
Alina Winiaszewska wraz z mężem Edmundem mimo sędziwego wieku rzadko bywają samotni. Ich dom na ulicy Bydgoskiej w Łabiszynie jest zwykle pełen ludzi z różnych stron i w różnym wieku. Jego gospodyni ujmuje niezwykłym ciepłem i pogodą ducha. Wręcz zaraża optymizmem. Jest kobietą wielu pasji, zainteresowań i zawodów. Jesień swojego życie przeżywa niezwykle intensywnie zajmując się energobioterapią.
Alina Winiaszewska nie kryje, że jest kobietą spełnioną. Co prawda zapracowaną, aż nadto jak na swoje 75 lat, ale szczęśliwą. Praca wypełnia jej życie bez reszty. Przyjmuje ludzi w gabinecie swojego domu codziennie od 11 aż do późnego wieczora. Czas na sen ma dopiero, kiedy jej dom opuści ostatnia z osób, które po pomoc przyszły danego dnia. Zdarza się, że sen przerywa telefon od jednej z takich osób, która nagle poczuła się gorzej. Pani Alina stara się wówczas przesłać jej energię na odległość. Tak wygląda jej każdy dzień. Choć każdy z tych dni jest do siebie bardzo podobny, to jednak różne są problemy i ludzie, którzy z nimi do pani Aliny przychodzą. Praca ta wymaga wiele energii i siły, której pozazdrościć by mogło jej wiele dużo młodszych osób. Na odpoczynek energobioterapeutka stara się wyznaczyć choć jeden dzień w tygodniu. Może wówczas odreagować i odpocząć od ludzi, tym bardziej, że praca z nimi nie jest jej jedynym zajęciem, a tylko jedną z jej licznych pasji.
Alina Winiaszewska pochodzi z Połajewa nad jeziorem Gopło, gdzie jej babka, a następne matka prowadziły warsztat tkacki. Z lnu powstawały śnieżnobiałe płótna, starą, nie praktykowaną już metodą jego pozyskiwania. Tak powstawały pościele, koszule, obrusy oraz ludowe stroje. Pani Alina dokładnie pamięta przepięknie haftowane suknie, w które od święta stroiła się jej babcia.
- "Skoszony len wiązało się w snopki i moczyło się w wodzie. Następnie rozkładano tak by wysechł. Suchy len łamało się na tak zwanych cierlicach i wyczesywano z niego włosy. Len przędło się na kołowrotkach, tkano, a następnie otrzymane taką metodą płótna rozkładano nad wodą. Skrapiane wodą wysychające płótna za każdym razem robiły się coraz bielsze. Na takich śnieżnobiałych płótnach wyszywano później przeważnie na kolorowo przepiękne wzory. Babcia, a następnie mama uzupełniały tą pasją pracę w swoich gospodarstwach" - wspomina pani Alina.
Życie związała jednak nie z ziemią kujawską, a z Pałukami. Jeszcze przed wojną wraz z rodzicami zamieszkała w Załachowie pod Łabiszynem. Tu jej mama i siostry przeniosły wzory kujawskie. Pani Alina nauczyła się wyszywać, najpierw wzorów kujawskich, a później także pałuckich, które najbardziej sobie upodobała. Wspólnie z mamą i siostrami tkała zresztą przez całą wojnę materiały dla potrzebujących ubrań mieszkańców Załachowa. Czas wojny pozostał w jej pamięci jako okres trudny, w którym brakowało przede wszystkim jedzenia. Aby je zdobyć jako kilkunastoletnia dziewczynka przebrana za chłopca łowiła ryby.
- "Akurat dojrzewało żyto, kiedy policjant niemiecki naszedł moją mamę i powiedział, że widział jak jej syn łowi ryby. Obserwowałam go z daleka. Schowałam wędkę, rozpuściłam włosy zrzuciłam spodnie i pobiegłam do domu. Nie mam syna, tylko córkę wskazała na mnie moja mama, co zmyliło Niemca" - wspomina z nostalgią pani Alina.
W sposób szczególny pozostał w jej pamięci okres wyzwolenia, kiedy wraz z koleżankami jako 15-letnia dziewczyna pobiegła do wyzwalanego spod okupacji Łabiszyna. - "Walki trwały jeszcze w kościele na Górce, a wokół leżało pełno trupów. Wbiegliśmy do niemieckiego magistratu na przeciw kościoła. Znaleźliśmy w nim całą masę porozrzucanych papierów. Z ciekawości otworzyłam jedną ze znajdujących się tam szaf. Prosto na mnie spadł trup niemieckiego żołnierza. Uciekliśmy z krzykiem, a kiedy byliśmy już przy moście, cały magistrat wyleciał w powietrze. Sądziliśmy wówczas, że trup był podłączony do ładunku wybuchowego" - wspomina kobieta.
Przez lata okupacji pani Alina wypełniała czas samodzielną nauką, bo przecież o możliwości edukowania się w szkole nie mogło być mowy. Czytała więc książki, a nawet je przepisywała, żeby nie zapomnieć umiejętności pisania w języku ojczystym. Dzięki książkom poznawała inny, często lepszy od otaczającej ją rzeczywistości, świat. Po wojnie zamiast do klasy piątej zdała egzamin do siódmej klasy. Była zdolnym i niezwykle pilnym uczniem. Dostała się do seminarium nauczycielskiego w Bydgoszczy i jeszcze w trakcie nauki podjęła się pracy nauczyciela w szkole wiejskiej w Wąsoszu i Chometowie. Uczyła tam matematyki, fizyki i chemii oraz języka rosyjskiego. Skończyła kurs księgowości i zdecydowała się na zmianę pracy. Przez wiele lat pracowała jako główna księgowa w bydgoskim szpitalu na Kapuściskach. W 1969 roku rozpoczęła pracę w Łabiszynie, jako kierownik biblioteki, gdzie w pełni mogła oddać się swojej książkowej pasji. A ponieważ cały czas haftowała, postanowiła założyć koło haftu ogólnego, a później również haftu pałuckiego przy łabiszyńskiej bibliotece. Pierwsze hafty na wyspie łabiszyńskiego Domu Kultury prowadziła mama pani Aliny, później podjęła się tego obowiązku ona sama i prowadzi koło do tej pory.
W 1991 roku przeszła na emeryturę i oddała się swojemu kolejnemu powołaniu, jakim jest radiestezja i energobioterapia. Umiejętności radiestezyjne odkryła u siebie po raz pierwszy w wieku 27 lat. Cierpiała wtedy na ataki duszności. Ich przyczyn nie mogli dojść najlepsi specjaliści. To skłoniło Alinę Winiaszewską do samodzielnego poszukiwania przyczyn swojej choroby. Najpierw przestawiła swoje łóżko w inne miejsce. - "Okazało się, że stało ono na żyle wodnej, co stanowiło przyczyną moich cierpień" - relacjonuje pani Alina. Przestudiowała wiele książek dotyczących radiestezji i zaczęła ją praktykować. Od tamtej pory z powodzeniem odnajdywała żyły wodne w domach swoich przyjaciół i znajomych. Jednak umiejętności radiestezyjne połączyła z energobioterapią dopiero będąc na emeryturze. Wiedzę na temat ludzkiego organizmu czerpała głównie z książek. Podjęła się wówczas kursów czeladniczych i mistrzowskich w dziedzinie energobioterapii, hipnozy, a nawet psychotroniki.
Dziś jej dom wypełniają ludzie. Jest wśród nich wielu przyjaciół rodziny. Przyjeżdżają z daleka, ale przychodzą też osoby z bardzo bliska. Szukają niekonwencjonalnych metod leczenia chorób, których podłoże - jak mówi pani Alina - niejednokrotnie tkwi w psychice. Szczera rozmowa z taką osobą jest dla niej podstawową informacją. Ważne jest, czym się zajmuje dana osoba, gdzie i z kim przebywa, a także gdzie śpi. Pani Alina umie słuchać ludzi, potrafi rozpoznać trapiące ich niepokoje. Przychodzą do niej osoby, którym medycyna konwencjonalna nie może już pomóc ze względu na zaawansowanie schorzenia rakowego. Wówczas również ona nie może pomóc. Natomiast dzięki jej pomocy skalpela uniknęły osoby przygotowywane do operacji, co potwierdziły przeprowadzone przed i po przeprowadzonych przez panią Alinę zabiegach badania.
Energię przekazuje poprzez dotyk. - "Energia jest siłą uzdrawiającą obecną w całym wszechświecie. Trzeba umieć ją pobrać i przekazać tym, którym jest ona najbardziej potrzebna. Nie każdy człowiek jednak posiada umiejętności jej przekazywania innym ludziom" - mówi energobioterapeutka. Leczenie wspomaga ziołami, które od tysięcy lat pomagają wyleczyć rozmaite schorzenia. Nie tylko leczy, ale leczyć uczy innych. Prowadzi wykłady, zasiada w komisji egzaminującej przyszłych radiestetów i energobioterapeutów. Jest skarbnikiem w Ogólnopolskim Cechu Energobioterapeutów z siedzibą w Bydgoszczy. Mimo sędziwego wieku i wielu zajęć sama uczy się cały czas. Zawsze odkrywa coś, czego do tej pory nie zdążyła się jeszcze nauczyć.
- "Zawsze ciągnęło mnie do tego, aby poznawać świat. Zmieniając zawody mogłam się wiele nauczyć, o wiele więcej niż gdybym przez całe życie wykonywała tylko jeden" - mówi Alina. Już będąc na emeryturze nauczyła się języka angielskiego, a później korepetycji udzielała łabiszyńskim dzieciom. Jak mówi, pewnie dlatego, że zawsze na sercu leżał jej zawód nauczyciela. Aktywnie działa w Kole Przyjaciół Biblioteki w Łabiszynie, którego jest przewodniczącą. Wraz z mężem śpiewa w łabiszyńskim Klubie Seniora. No i oczywiście w wolnych chwilach wyszywa. Organizuje pałuckie wystawy sztuki ludowej w Szubinie, Żninie, Łabiszynie, a także w Bydgoszczy na Babim Lecie. Posiada duży zbiór pałuckich wzorów utrwalonych na własnoręcznie wyszytych obrusach. Pani Alina nigdy ich nie sprzedawała, tym bardziej teraz nie zamierza tego robić. W przyszłości zasilą one zbiory jednego z pałuckich muzeów.
Pani Alina chciałaby, aby do przejęcia jej obowiązków przygotowały się już osoby młode. Ona czuje się już coraz bardziej zmęczona natłokiem obowiązków i tempem życia, jakie sobie narzuciła. Dziś chciałaby troszkę zwolnić i odpocząć.
Czy ludziom młodym osoba taka jak ona może wskazać receptę na to, aby dobrze przejść przez życie? Alina Winiaszewska jest przekonana, że receptę na dobre i szczęśliwe życie trzeba sobie wypracować samemu. Tak samo jak receptę na miłość.
- "Trzeba podkładać stale na ogień, żeby się palił, tak aby miłość nigdy nie wystygła" - mówi 75-letnia gospodyni patrząc z uśmiechem na swego męża, z którym są razem już od 54 lat. W jej życiu ważna jest harmonia i zadowolenie z życia. - "Zawsze cieszyliśmy się z tego, co mieliśmy i pewnie dlatego zawsze byliśmy zadowoleni".
Róża Bleja
Pałuki nr 668 (49/2004)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze