Reklama

Kościół przede wszystkim jest misyjny

Prawie po siedmiu latach pobytu w Wenezueli powrócił z jednej z tamtejszych placówek parafialnych ksiądz Włodzimierz Dziadek z Barcina. W Polsce będzie tylko do 15 sierpnia. W najbliższych tygodniach będzie odpoczywał i załatwiał sprawy paszportowe i wizowe. Następną jego placówką misjonarską będzie jedna z parafii katolickich w mieście Tampa na Florydzie w Stanach Zjednoczonych.

Duchowni rzymskokatoliccy wywodzący się z Barcina są dziś w różnym wieku. I w różnych miejscach, nie tylko na terenie gnieźnieńskiej diecezji. Najdłuższą posługą mogą się wykazać ksiądz Lambert Mikołajczak, obecnie proboszcz parafii w Srebrnej Górze oraz ksiądz kanonik Tadeusz Zabłocki, będący proboszczem jednej z parafii w Solcu Kujawskim. Obaj za kilka lat będą obchodzić swoje 50. jubileusze kapłaństwa. Kolejne pokolenie księży z Barcina reprezentuje Michał Górny, od wielu lat pełniący swoją posługę w Niemczech. Księdzem z Barcina, proboszczem w Kozielsku, jest obecnie, ksiądz Bogdan Łybek. Dla dwóch innych księży rodem z naszego miasta, czas pewnej stabilizacji na placówce w charakterze proboszcza jeszcze nie nadszedł. Obaj są wikariuszami: ksiądz Jarosław Zimny w jednej z parafii w Bydgoszczy, a ksiądz Mariusz Wiśniewski w Kruszwicy.

Karol Gapiński

Reklama

     MOJE POWOŁANIE

     - Moje dzieciństwo zaczęło się przy ulicy Wyzwolenia 10 w Barcinie - opowiada ksiądz Włodzimierz. - Później żeśmy się przeprowadzili z rodziną na ulicę 4 Stycznia a następnie na Lotników w Barcinie. Teraz nasz dom rodzinny mieści się przy ulicy Polnej.

     Dalej ksiądz wraca wspomnieniami do tego, w jaki sposób zaczął zastanawiać się nad swoim powołaniem kapłańskim:

     - Moje kapłaństwo w zasadzie zaczęło się od służby ministranckiej w kościele pod wezwaniem św. Jakuba w Barcinie na starym mieście. Wtedy proboszczem był tam nieżyjący już obecnie ksiądz Ziberts. Po ukończeniu trzeciej klasy Liceum im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu, którego byłem uczniem, wyjechałem do Niepokalanowa na dwa tygodnie na zamknięte rekolekcje. Organizował je przykościelny ruch świecki pod nazwą "Światło - życie", do którego należałem. No i wtedy tam zacząłem myśleć trochę o moim powołaniu. Całe życie popołudniowe, po szkolnych zajęciach spędzałem w Barcinie. Wtedy przecież nawet lekcje religii nie odbywały się w szkołach, lecz w przykościelnych salkach katechetycznych. Po ukończeniu czwartej klasy i zdaniu matury w roku 1976 podjąłem decyzję o pójściu do seminarium - wspomina ksiądz Dziadek.

Reklama

     KOŚCIÓŁ MÓWIĄCY O MISJACH

     Po dwunastu latach pracy w placówkach diecezji gnieźnieńskiej Włodzimierz Dziadek wyruszył na misję do Wenezueli. O swoim misjonarstwie zaczął zresztą przemyśliwać już mniej więcej w ósmym roku kapłańskiej posługi.

     - Dzisiaj w zasadzie cały Kościół mówi o misjach, bo Kościół jako podstawa przede wszystkim jest misyjny. Misjonarzem można zostać będąc osobą świecką. Zresztą nawet Europy dotyczy idea misjonarska ujęta w programie "Nowa ewangelizacja". Zatem misjonarzem można być również w Barcinie. Trzeba odkrywać fundamenty ewangelii w sposób nowy, dlatego, że czasami ludzie będąc w kościele myślą przede wszystkim o sakramentach, nie myślą natomiast o misji Kościoła. Tymczasem człowiek ochrzczony ma w Kościele trzy funkcje: misyjną, kapłańską i królewską, to znaczy żyć w rzeczywistości Królestwa Bożego - ksiądz Dziadek wyjaśnia ideę misyjną. - Wyjeżdżając na misję stajemy się świadkami wiary. Lecz jadąc z misyjną posługą trzeba mieć świadomość przede wszystkim jednego: potrzeby słuchania. Trzeba poznać kulturę, trzeba poznać tych ludzi i ich język. Żeby później im pomagać.

Reklama

     KOŚCIÓŁ RADOSNY

     Kościół w Wenezueli, jak to określa ksiądz Dziadek, jest Kościołem radosnym, ludycznym. Dla tamtejszych wiernych Kościół wydaje się być naprawdę bramą do zbawienia. Nastawieni są oni bardziej na to, żeby poznać wiarę.

     - W grudniu 1995 przybyłem do parafii pod wezwaniem św. Anny. Była to placówka, na którą składało się szereg wiosek. A zwyczaj jest taki, że w każdej, nawet najmniejszej wiosce znajduje się kościół lub kaplica. Jeśli jej nie ma, to wierni robią wszystko, żeby stanęła. Miałem w dyspozycji cztery kościoły i osiemnaście kaplic. Przez trzy tygodnie pracowałem na tym terenie wspólnie z księdzem miejscowym. Ten jednak uległ wypadkowi i zostałem w pracy sam. Wskutek tego zdarzenia parafia straciła też samochód. We wszystkie parafialne miejsca kultu przemieszczałem się korzystając ze środków transportu, który zapewniali wierni - opowiada ksiądz. - Kościół latynoamerykański jest bardzo radosny. Wierni w Wenezueli na mszach św. i innych nabożeństwach przede wszystkim sami śpiewają i grają, a także klaszczą i tańczą. Nie ma tam takiej tradycji, jak akompaniament organisty. Instrumentem dominującym jest gitara i quatro - rodzaj mandoliny na cztery struny. Tańczy się na przykład w takich momentach mszy św. jak podziękowanie po komunii św. A używa się również bębnów. I wszystko to jest inicjatywą wiernych.

Reklama

     MISJONARZE Z PAŁUK

     W diecezji, w której księdzu Dziadkowi przyszło pracować, zastał między innymi dwóch jeszcze księży-misjonarzy pochodzących z terenu Pałuk. Konkretnie z Szubina. Są to: ksiądz Florian Cieniuch, który w Wenezueli spędził już 16 lat i ksiądz Henryk Jankowski, pracujący w kraju nad Orinoko od 17 lat. Księża ci pracują w miastach i na wioskach. Mniej więcej co trzy lata pojawiają się na krótkie urlopy w ojczyźnie.

     Ksiądz Henryk Jankowski, o czym dobrze pamięta sam Włodzimierz Dziadek, w czasach kiedy ten ostatni kształtował w sobie jako chłopiec ideę powołania kapłańskiego, był księdzem prefektem odpowiedzialnym za młodzież w barcińskiej parafii św. Jakuba.

Reklama

     ESTOY DE LA PARROQUIA SAGREDO CORAZÓN DE JESUS

     - Jestem z parafii Serca Pana Jezusa - tak mógł o sobie mówić ksiądz Włodzimierz Dziadek od października 1996 roku, kiedy to został przydzielony do tej placówki. Znajduje się ona w Punto Fijo (czyt. punto fiho). To największe miasto na półwyspie Paraguana stanowiącym część prowincji Falcon. Tam też mieści się siedziba nowej diecezji wydzielonej pięć lat temu. W tejże placówce ksiądz Dziadek pracował do ostatnich dni swego pobytu w Wenezueli. Punto Fijo po hiszpańsku znaczy punkt widzenia. Wokół znajdują się plaże i rafinerie nad Morzem Karaibskim.

Reklama

     - Moja parafia liczy 25 tysięcy mieszkańców i jest częścią około 250-tysięcznego miasta. Mieści się ona w najuboższej dzielnicy. To są slumsy. Dzielnica ta jest dość niebezpieczna dla nieznajomych. Jednak dla mnie to nie było przeszkodą, bo autorytet księdza jest w Wenezueli bardzo duży. Znacznie większy niż w Polsce. Ksiądz musi w takiej parafii jak moja robić wszystko. Także starać się o żywność i lekarstwa. Wenezuela to kraj teoretycznie bardzo bogaty. Jednak jest on jednocześnie ogromnie skorumpowany. Istnieje duże zróżnicowanie majątkowe społeczeństwa, przy czym biedota stanowi znacznie liczniejszą jego część. Problem stanowi również mafia narkotykowa sięgająca tam z Kolumbii - tak misjonarz z Barcina opisuje zastane realia. - Przez trzy lata nie spadła w samym Punto Fijo ani kropla deszczu. Jest to najbardziej gorący teren Wenezueli. Rosną tam tylko drzewa cuji (czyt. kuhi), kaktusy i palmy. A kiedyś był to teren o dużej wilgotności, jednak przemysł roponośny wszystko przewrócił do góry nogami. Zresztą same rafinerie mogą powodować deszcz emitując gazy, lub w podobny sposób ten deszcz zatrzymywać.

     SIŁA W MINISTRANTACH

Reklama

     Parafię w Punto Fijo ksiądz Dziadek przejął po Jezuitach z Hiszpanii. Przez sześć lat swego pobytu w tejże placówce udało mu się zgromadzić wokół parafialnej wspólnoty 156 ministrantów. Kiedy obejmował parafię zastał tylko 4 chłopców posługujących do mszy św. 

     Niektóre z dzieci w wenezuelskiej parafii księdza z Barcina, choć miały już po piętnaście lat, nigdy jeszcze nie były poza swoim miastem. Dla nich ogromną atrakcją były wycieczki organizowane przez duszpasterza. Dla najmłodszych ksiądz założył również przedszkole.

Reklama

     W parafii jest bardzo dużo ruchów świeckich, apostolskich, co pomagało w organizacji takich nabożeństw, jak na przykład procesje po ulicach miasta, których tradycja jest znacznie bardziej rozwinięta niż w Polsce.

     DO PRACY Z KUBAŃCZYKAMI

     W połowie sierpnia ksiądz Włodzimierz Dziadek wyjedzie na misję do hiszpańskojęzycznej parafii św. Pawła w Tampa na Florydzie. Jest to region, gdzie jest dużo katolików. Kościół tworzą przede wszystkim emigranci z pobliskiej Kuby. Dlatego potrzebują tam misjonarzy z językiem hiszpańskim. Ksiądz Dziadek języka Cervantesa nauczył się jednak dopiero w Wenezueli. Nie licząc dziewięciomiesięcznego kursu w Instytucie Misyjnym w Warszawie, który to kurs odbył przed swoim pierwszym wyjazdem do Ameryki Południowej. - Żeby zostać misjonarzem, również świeckim, trzeba najpierw uzyskać pozwolenie od biskupa. Jeśli chodzi o kursy, które należy przejść, to są także szkolenia medyczne, gdzie poznaje się między innymi sposoby walki z chorobami tropikalnymi - Włodzimierz Dziadek przybliża ewentualnym misjonarzom czekającą ich na samym początku drogę.

Reklama

     Teoretycznie księdzu Dziadkowi zostało jeszcze kilkanaście lat pracy na misjach. Bowiem misjonarzowi przysługuje emerytura po sześćdziesiątym roku życia.

Karol Gapiński

Pałuki nr 541 (27/2002)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/07/2024 17:30
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości