W powojennym Żninie współtworzył i rozwijał ruch turystyczno-krajoznawczy, co później pomogło mu w napisaniu niezwykłych legend pałuckich. Nie zamknął się jednak w lokalnym środowisku, wykraczając w swojej działalności daleko poza Pałuki i Polskę. Sam nauczył się kilku języków, których uczył podczas pracy w żnińskich szkołach, a esperanto nawet w Tanzanii. Znajomość języków wykorzystywał w podróżach do najdalszych zakątków świata, bo jak twierdzi: Turystyka poszerza horyzonty. Ten, kto więcej widział, słyszał racje innych, będzie miał inne podejście do życia. Nie uda mu się łatwo wmówić mądrości, które głosi jakiś Józek z Koziej Wólki.
Feliks Malinowski ur. w 1932 roku na Kaszubach, jest absolwentem Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi, specjalność - geografia fizyczna na UAM w Poznaniu. W 1956 r. ożenił się z Haliną, z domu Klucz. W Żninie mieszka od 1958 r. Pracował w Szkole Podstawowej nr 1 w Żninie, a w 1965 roku przeniósł się do Technikum Ekonomicznego. W 1980 roku został dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego im. Braci Śniadeckich w Żninie. W latach 1984-1994 był wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej w Żninie.
Feliks Malinowski posiada wiele pamiątek z różnych stron świata fot. Marta Złotnicka Marta Złotnicka: Nie jest Pan rodowitym Pałuczaninem. Jak trafił Pan do Żnina?
Feliks Malinowski: Będąc na studiach w Poznaniu poznałem moją przyszłą żonę, a wówczas studentkę Akademii Medycznej, Halinę z domu Klucz, która rodem jest z Pałuk. I tak się złożyło, że po skończeniu studiów pierwsze dwa lata uczyłem w Kościanie, bo żona jeszcze studiowała, i dopiero po dwóch latach, w 1958 roku przeniosłem się do Żnina, ponieważ żona chciała wśród rodziny pracować jako lekarz, chciała pomagać chorym w mieście i na wsi.
Nie było tu miejsca w liceum ogólnokształcącym, więc podjąłem pracę w Szkole Podstawowej nr 1 u kierownika Golca. Ponieważ miałem studia z geografii, a w owym czasie brakowało specjalistów od geografii, więc obsypano mnie od razu dodatkowymi funkcjami jako instruktora nauczania geografii, opiekuna SKKT, szkolnego koła turystyczno-krajoznawczego. Dostałem wszystko, co było związane z geografią, zorganizowałem też pracownię geograficzną. O tych moich osiągnięciach, o pracowni geograficznej pisałem nawet do czasopism fachowych, czyli do Geografii w szkole i tam kilkakrotnie wydawali moje uwagi, moje doświadczenia na całą Polskę, bo jeździłem również z obozami wędrownymi, robiłem zdjęcia, i zdjęcia tych krajobrazów czy rozmaitych zakładów pracy powiększałem i miałem jako pomoce naukowe. Jeśli nauczyciel jedzie z uczniami na wycieczkę, to może później sam przygotowywać sobie pomoce i wtedy lekcja nie jest taka sucha, tylko bardziej zbliżona do tego regionu, o którym mówi. Również na ten temat pisałem do Geografii w szkole.
Jak w tamtych czasach wyglądała szkoła? Jak się uczyło?
Jak to w szkole bywa, zawsze jest trochę zdolniejszych, ambitniejszych uczniów, ale są i lenie, którzy nie bardzo chcą się uczyć, a zarazem mają trudne warunki domowe, i tych trzeba było bardziej przypilnować. Wtedy nie było czasu na długą dyskusję z młodzieżą, tylko często się zdarzało, że się miało jako pomoc dydaktyczną linijkę i w razie czego to się linijką zachęcało do nauki. Nauczyciele starsi, nawet dyrektor, przymykali na to oko, bo nieraz sami musieli stosować tego typu zabiegi, żeby utrzymać dyscyplinę, bo klasy były duże, po ponad trzydzieści osób. Miejscy to jako tako, ale ze wsi, to na lekcjach o czym innym myśleli, niż o tym, o czym mówił nauczyciel. Dlatego utrzymać dyscyplinę i osiągnąć jakieś wyniki było bardzo trudno. W ostateczności trzeba było pomagać sobie linijką. Takie czasy były. Ale ja jako geograf, mimo że byłem takim, nie powiem surowym, ale wymagającym nauczycielem, to poprzez obozy wędrowne, wycieczki, bardzo dużo organizowałem wycieczek rowerowych po powiecie, pieszych, i w związku z tym młodzież jako tako mnie szanowała, bo wymagam, ale z drugiej strony daję coś bardzo interesującego. Zabierałem ich na zloty turystyczne, nawet do oddalonych miejscowości, np. jechaliśmy rowerami do Włocławka. Miałem wówczas dzieciaki, które do szkoły dojeżdżały rowerami, oni wytrwali byli, i myśmy nawet w konkursach rowerowych zdobywali pierwsze miejsca. Szefostwo PTTK było nawet zdziwione, że wszystkie nagrody z takich zlotów przywoziła Szkoła Podstawowa nr 1 w Żninie.
Więc to było, można powiedzieć, korzystanie i z jednej metody, i z drugiej. I dzisiaj, jak spotykam tych uczniów, czy to ze szkoły podstawowej, czy średniej, to zawsze najmilej wspominają te obozy wędrowne, wypady różne, zloty PTTK-owskie. Nie przechodzą na drugą stronę ulicy, tylko z uśmiechem pytają, czy pan profesor pamięta to, czy to.
Później przeniósł się Pan do „ekonomika“.
Z ekonomikiem była taka sprawa, że w 1965 roku władze powiatowe, partia, zadecydowały, że trzeba w Żninie zorganizować drugą szkołę średnią. Ta druga szkoła średnia miała być taka bardziej zawodowa. I postanowiono otworzyć Technikum Ekonomiczne. Poza tym było kilka szkół przysposobienia rolniczego i nie bardzo było wiadomo, co z tymi uczniami, którzy kończą przysposobienie rolnicze, dalej robić. Przysposobienie rolnicze to były dwa lata, a technikum ekonomiczne miało trzy lata. My zbieraliśmy tych najlepszych ze szkoły przysposobienia rolniczego i dalej kształciliśmy w technikum ekonomicznym, dając im wykształcenie średnie. Nabór był bardzo duży, my nie tylko mieliśmy uczniów z powiatu żnińskiego, ale mieliśmy uczennice nawet z Torunia, z Chełmży, w pierwszych latach. Jak się dowiedzieli, że tutaj jest taka szkoła trzyletnia ekonomiczna po dwóch latach przysposobienia rolniczego, to garnęli się do Żnina.
W dalszym ciągu prowadził Pan obozy?
Tak, a nawet później, ponieważ uczyłem języka niemieckiego, nawiązaliśmy kontakt z takim gościem, który tutaj przyjeżdżał do państwa Sowów, i prowadziliśmy wymianę młodzieży między Żninem a Berlinem. My przyjęliśmy tutaj berlińczyków, woziliśmy ich po Wenecji, po Biskupinie, jeden dzień był nawet zaplanowany w Warszawie, bo w tej organizacji pomagało nam PTTK. Byłem członkiem zarządu PTTK i mogliśmy skorzystać z autobusu. PTTK w Żninie wypożyczało nam autokar i mogliśmy tych Niemców bardziej godnie przyjąć, woziliśmy ich do Torunia, byliśmy pod Płowcami, w Kruszwicy, Gnieźnie. Prowadziłem Szkolne Koło Krajoznawczo-Turystyczne, młodzież przy zaangażowaniu nauczyciela bardziej garnęła się do turystyki. PTTK było zadowolone, bo miało więcej członków, a my mogliśmy korzystać z PTTK-owskiego wyposażenia.
Ze żnińskim PTTK związanych było wiele osób, które zasłużyły się dla Żnina i kultury, jak Zbigniew Skorwider czy Janusz Księski.
W dziedzinie kultury najbardziej dla Żnina zasłużyła się pani Elżbieta Żurawska, która była kierowniczką biblioteki, ale była też aktywistką PTTK. Razem z zarządem PTTK organizowała ona żnińskie muzeum w Baszcie. Mnie mianowano opiekunem zabytków, bo jeździłem po powiecie, od razu jak tu przyjechałem, chciałem jako geograf zapoznać się z tym regionem. Po drodze robiłem zdjęcia i spisywałem różne uwagi, dowiadywałem się, że tam jest zabytkowe to, a tam to, tam piękny widok, a tam zabytkowy kamień. Wszystko to spisywałem. Przeglądałem również kroniki szkolne i wpadła mi w ręce kronika z Wójcina z 1910 roku, kierownikiem szkoły był Ignacy Klucz, krewny mojej żony. Kronika pisana była w języku niemieckim, gotykiem. Ale ja, ponieważ w latach okupacji chodziłem do szkoły niemieckiej obowiązkowo, znałem się na języku niemieckim, odczytywałem ten gotyk. Tam były w dwóch, trzech zdaniach zapisywane takie legendy, np. że tu we wsi mówi się, że w tym jeziorze spadła gwiazda, czyli meteoryt i w związku z tym nocami świeci. I takie rozmaite rzeczy. Ja je później rozbudowywałem.
I na bazie tych kilku zdań powstały legendy pałuckie.
Poznawałem region, a znając region mogłem służyć PTTK-owi i pani Żurawska mianowała mnie społecznym opiekunem zabytków, dostałem nawet taką legitymację. Jak gdzieś jechałem, to pytałem zawsze sołtysów i kierowników szkół o zabytki. Jak się okazało, największe to medalion Pucciniego w Marcinkowie Dolnym i Chopin. Ten Chopin, który jest w Żninie, najpierw był w Marcinkowie Dolnym. Ja go tam odkryłem, i tam robiłem pierwsze zdjęcia. On był tam, za przeproszeniem, obsrany przez rozmaite ptaki. Tam były PGR-y i to wszystko podupadało. Jako PTTK staraliśmy się te wszystkie zabytki dokumentować i otoczyć opieką. Ten pomnik Chopina został później z okazji 700-lecia przeniesiony do Żnina, do parku. Inne dziedziny, jakimi się zajmowaliśmy, to były stroje, rzeźby. Był taki rzeźbiarz ludowy w Annowie, ja do niego jeździłem, nawet zrobiłem o nim film. To był autentyczny rzeźbiarz ludowy. Takich rzeźbiarzy było w powiecie kilku, my ich bardzo hołubiliśmy, opiekowaliśmy się nimi.
Jak powstało Żnińskie Towarzystwo Kultury, to ono przejęło tę działalność.
Można powiedzieć, że nazwa się zmieniała, ale aktywiści pozostali ci sami. Największym aktywistą, działaczem był Zbigniew Skorwider, wokół niego skupiali się inni.
W Technikum Ekonomicznym uczył Pan geografii i niemieckiego?
Tak, bo w technikum było już mniej tych godzin geografii i było to tylko trzy lata. Ja na początku uczyłem tam nawet przysposobienia obronnego, żeby ten etat utrzymać, żebym nie musiał chodzić do innych szkół. Ponieważ miałem stopień oficera, bo po skończeniu studiów byłem podporucznikiem, miałem prawo uczyć przysposobienia obronnego. Godzin z niemieckiego miałem nawet więcej niż geografii.
Niemiecki znał Pan z dzieciństwa, ze szkoły?
Chodziliśmy przymusowo do niemieckiej szkoły. Mieszkałem dwa kilometry od Kartuz, w Grzybnie. Krajobraz polodowcowy jest tam bardziej zróżnicowany niż ten pałucki. Wzniesienia są wyższe, jezior jest więcej. I stąd ten region nazywa się Szwajcaria Kaszubska. Gospodarstwo rodziców położone było na górze. Na tej górze w okresie międzywojennym było czterech Niemców i jeden Polak.
W 1939 roku miałem siedem lat. Gdyby wojna nie wybuchła, to chodziłbym do polskiej szkoły. I byłem w niej dwa dni, zanim się o wojnie dowiedzieliśmy. Drugiego dnia już nas polski nauczyciel odsyłał do domu. Później były z dwa, trzy miesiące przerwy, zanim Niemcy zorganizowali szkołę w ramach germanizacji. To był przesmyk między Prusami Wschodnimi a Koszalinem, który Niemcy chcieli zgermanizować. Rozmowa po polsku była zakazana. Ale my w domu rozmawialiśmy po kaszubsku. I jak po wojnie poszedłem do Kartuz do szkoły trochę wyższej niż ta grzybińska, to dla mnie taką trudnością było pisać wypracowania po polsku, bo w domu był kaszubski, a w czasie wojny w szkole niemiecki. Używałem niewłaściwą składnię albo wyrazy kaszubskie. Pani mi zawsze na czerwono podkreślała. Byłem zdenerwowany, bo przecież tak pięknie napisałem wypracowanie. Byliśmy Kaszubami, ale zawsze mówiliśmy, że Kaszubi nie mogą być bez Polski. Ale tu się okazało, że Kaszub Polak miał trudności, miał zatargi z polonistką. Kaszubski uznany jest za język, nie gwarę, bo ma literaturę. Jest ta słynna książka Życie i przygody Remusa.
Po wojnie znał Pan język niemiecki już bardzo dobrze.
Nie mogę powiedzieć, że znałem go bardzo dobrze. Język niemiecki był tylko na te godziny do szkoły, a w domu to już był kaszubski. Z tym nauczycielem trzeba było na siłę rozmawiać po niemiecku, bo już z kolegami na przerwach na podwórku, to po kaszubsku. Starałem się później sam poduczyć niemieckiego. Jak przyszedłem do Żnina, zgłosiłem się na egzamin i oni po egzaminie ustnym i pisemnym dali mi prawo nauczania języka niemieckiego. Na bazie tego zaświadczenia mogłem niemieckiego uczyć w ekonomiku. Ale żeby to jeszcze mądrzej wypadło, potem poszedłem na miesięczny kurs na uniwersytecie w Dreźnie. Byli tam nauczyciele z całej Europy. Po tym kursie dostałem zaświadczenie, w którym oni napisali: wybitna znajomość języka niemieckiego - oczywiście oni przesadzali. Te dokumenty pozwalały bez żadnych ograniczeń uczyć języka niemieckiego, mimo że w szkole średniej normalnie wymagano, żeby skończyć filologię. Ja tego nie skończyłem. W Liceum Ogólnokształcącym uczyłem angielskiego. Byłem na miesiąc u brata, który mieszkał w Anglii, i ten angielski sobie podciągnąłem, bo najlepiej nauczyć się tam na miejscu, gdy trzeba rozmawiać, coś kupić, gdzieś dojść. Potem również poszedłem na egzamin i dostałem zaświadczenie, że znam język angielski na tyle, że mogę uczyć w szkole średniej.
W 1980 roku został Pan dyrektorem żnińskiego liceum. Jak do tego doszło?
Wówczas powstała Solidarność i Zdzisław Bąk, który był dyrektorem, trochę za bardzo podskakiwał. Wówczas w szkole pracowała pani Wanda Szmycińska, ona była przedtem dyrektorką szkoły w Rogowie. Bardzo pracowita, mądra kobieta. Ona zadarła z Bąkiem, a jej mąż był kierownikiem oświaty. Jak Solidarność zaczęła wprowadzać trochę swoich ludzi, to wtedy mieli prawo wyrzucić Bąka, bo inspektor tak zarządził na bazie skarg pani Szmycińskiej i innych nauczycieli. Zrobił się wakat i szukali dyrektora. Najpierw prawdopodobnie proponowali tę posadę panu Franciszkowi Szafrańskiemu, ale pan Szafrański miał szkołę ekonomiczną, gdzie jest dodatek zawodowy, więc powiedział, że może się na to nadać Malinowski. Pytali mnie, ja odpowiedziałem, że się jeszcze zastanowię, ale raczej tak, bo człowiek, dopóki ma jeszcze siły, powinien starać się awansować. Dostałem angaż z kuratorium, ale ten angaż był na jeden rok. Ja powiedziałem: - Nie, nie jestem do rozładowywania kłótni. Albo mi dacie na pięć lat, bo taka jest kadencja, albo wcale. I dostałem angaż na pięć lat. Potem były czasy stanu wojennego, czasy takiego największego zadęcia. Działaczem Solidarności był pan Andrzej Wybrański, on wprowadzał w szkole nowoczesne apele. Ja nie miałem nic przeciwko temu. Wszystkim włosy dęba stawały, co ten Malinowski wyprawia. Ale to nie było przeciwko władzy, tylko to było bardziej patriotyczne. Była w tym jeszcze jedna pozytywna sprawa - że ja byłem przewodniczącym Stronnictwa Demokratycznego. Oficjalnie była to partia koalicyjna PZPR. I nie mogli za bardzo mną pomiatać. Oni się trochę bali, i jako tako Malinowskiego szanowali, za plecami co prawda gadali, ale za dużo nie mogli zrobić. I jak Wybrański rozbudowywał swoją Solidarność, to oni otwierali buzie, ale nic nie mówili. Mnie wzywali do Inowrocławia i gdzie indziej. Zabierałem głos i oczywiście mówiłem, że ta zmiana jest potrzebna. Jak poszedłem na emeryturę, bo ja zgłosiłem, że w 1985 przejdę na emeryturę, ponieważ mi tak lata wykazywały, miałem prawo dostać nagrodę. Ale ponieważ byłem działaczem solidarnościowym, nie dostałem nagrody, a taka nagroda była wliczana do emerytury. Jak to się mówi, ofiarowałem tę nagrodę Solidarności. Mogę być dumny, bo mimo że nie siedziałem, to jednak pewne rzeczy w tym całym zadęciu, w tym wirowaniu robiłem po cichu, kryjąc się za Stronnictwem Demokratycznym.
Za Pana rządów w liceum uczniowie mieli swobodę, mimo ciężkich czasów stanu wojennego.
Największym działaczem ruchu solidarnościowego był w szkole pan Wybrański, ale również pani Janowska, nauczyciele się do tego włączali, i to było ognisko Solidarności w Żninie. I potem, jak ci chłopacy tam trochę nabroili, Najsztub, i byli pozamykani, to się działo w mojej szkole i ja to musiałem przykrywać. Był też taki głupi dowcip, gazetka była przy wejściu do liceum, po prawej stronie, i na tej gazetce chłopaki przyczepili zdjęcie Jaruzelskiego, i napisali - to było trochę wulgarne - zobacz Wojtek, co ci z reform wyszło, i tam były reformy - spodnie, i coś z nich wyszło. Bo Jaruzelski chciał reformy wprowadzać. I ktoś doniósł SB, ale nauczyciele z Solidarności szybko to zlikwidowali. Jak przyszła kontrola, tego już nie było.
Jak był Pan dyrektorem, to zawsze nosił Pan w kieszeni śrubokręt.
Ja mam już taki nawyk z domu, jestem taki mały MacGyver. Ja musiałem w domu wszystko sobie sam naprawić, przybić, zeszyć.
Stronnictwo Demokratyczne było partią również rzemieślników. Tu w Żninie było trochę stolarzy, szewców i oni mi umożliwili pewne drobne remonty w szkole. Na przykład zrobiliśmy taką piękną boazerię. Wcześniej wszystko było tam takie ciemne, ponure, a ja zrobiłem taki ciepły drewniany wystrój. Podobnie budowlańcy mi poprawili boisko szkolne, które ciągle się zarywało, było grząskie. Było to możliwe dzięki współpracy z rzemieślnikami, bo pieniędzy na to wtedy, w tym czasie przewrotowym, nie było.
W 1985 roku przeszedł Pan na emeryturę. Czy został Pan do tego zmuszony?
Ja sam chciałem przejść na emeryturę, bo głupio uwierzyłem, że jak będę już na emeryturze, to łatwo będę miał angaż w szkołach ze względu na niemiecki, angielski, bo rzeczywiście wówczas bardzo tacy nauczyciele byli poszukiwani. Myślałem, że jeszcze przez dziesięć lat nie będę gnić, ale będę w takiej czy innej szkole pracować. Ja od 1985 roku aż do 2001 pracowałem jeszcze w różnych szkołach. Po liceum pracowałem znowu w jedynce, potem w ekonomiku, potem zawodowa szkoła na Browarowej zatrudniła mnie na dwa lata, później w dwójce uczyłem. W ekonomiku bardzo dobrze mi się współpracowało z dyrektorem Szafrańskim, robiliśmy wymiany młodzieży z niemieckim Mettmann, wcześniej nawet z holenderskim Ommen.
Gdy przeszedł Pan na emeryturę, dyrektorem liceum został znowu Zdzisław Bąk.
Tak, on wrócił. Ja chciałem, żeby po mnie dyrektorem była pani Szmycińska, ale ona nie chciała się na to zgodzić. Jak Bąk został dyrektorem, to on nie chciał, żebym dalej pracował w liceum, może bał się, że bardziej będą słuchali Malinowskiego, chociaż byłem już na emeryturze, niż jego. Wdzięczny jestem nieżyjącemu dyrektorowi jedynki Lindzie, że mnie wówczas zatrudnił, bo inaczej zostałbym bez niczego.
Feliks Malinowski zgromadził pokaźną ilość artykułów prasowych informujących o jego wyprawach do najdalszych zakątków świata fot. Marta Złotnicka Zna Pan również język esperanto. Jak się Pan go nauczył, gdzie zetknął się Pan z nim po raz pierwszy?
Mieliśmy różne narady, konferencje, bo w czasach komuny wszystkie instrukcje przychodziły z góry. My byliśmy wzywani na przykład do kuratorium, do Zespołu Geograficznego. Ja jeździłem do Bydgoszczy, do Torunia, bo kuratorium było w Toruniu, czy do Warszawy. I właśnie w Warszawie spotkałem esperantystę, który mnie namówił na to i ja potem w księgarni na ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy zauważyłem słownik esperancki i od razu go kupiłem. Sam się uczyłem, chodziłem też na wieczorki esperanckie w Bydgoszczy. Tam spotykaliśmy się, szlifowałem język. Później zrobiłem nawet kurs esperanto w Żninie, bo jest taka zasada - najlepiej się nauczysz, jeśli kogoś będziesz uczył. Bo wtedy się przygotowujesz, na pamięć uczysz. Ja przygotowując lekcje sam szukałem w słowniku składni i tak dalej, i w ten sposób prowadząc kurs sam się uczyłem. Mieliśmy kontakty z esperantystami z zagranicy, esperantyści przyjechali do ośrodka wypoczynkowego w Wenecji, ja ich oprowadzałem po Żninie. Później przyszła taka sprawa, że w Tanzanii byli esperantyści z Norwegii, ale rząd Tanzanii bał się tych krajów kapitalistycznych. Główne biuro esperantystów z Hagi przyjechało do Bydgoszczy wiedząc, że tu jest ośrodek esperanto na całą Polskę, szukać nauczycieli, którzy chcieliby pojechać do Tanzanii, by kontynuować tam nauczanie esperanto za tych, którzy musieli opuścić ten kraj ze względu na kontrasty polityczne. Malinowski jakoś wygrał konkurs na takiego nauczyciela i pojechałem do Afryki. To był rok 1989.
Jak długo Pan tam był?
Byłem prawie trzy miesiące. Ja ich uczyłem tego esperanta z Pana Tadeusza, miałem całego przetłumaczonego. Po esperancku mówiłem do nich Litwo, ojczyzno moja.
Miałem też w tej Tanzanii problemy, bo byłem szykanowany, obserwowany. Chciałem tam robić dużo zdjęć. Ale wówczas, podobnie jak u nas, w tym kraju ten, kto chciał robić zdjęcia, traktowany był jak szpieg. Raz robiłem zdjęcia jakiegoś krajobrazu i okazało się, że gdzieś tam było mieszkanie wojskowe. Zaraz następnego dnia zabrali mnie na milicję, zamknęli, zabrali mi aparat fotograficzny i chcieli wszystko wyrywać, ale ja powiedziałem: - Chwileczkę, wytłumaczę się. Drugiego dnia przyszedł ktoś mądrzejszy i zapytał, czy było tam napisane, że nie można wchodzić. Odpowiedzieli, że nie, no to dlaczego, przecież on mógł tego nie wiedzieć. Jakoś uratowałem te zdjęcia i siebie. Ale każdy tam chciał być zasłużony dla narodu, że złapał jakiegoś wywiadowcę. Były tam nawet za to jakieś nagrody, w ten sposób najłatwiej kupić bezrobotnych czy jakichś nędzarzy. Ucząc esperanta miałem tam do pomocy miejscowego studenta, który był imigrantem z innego kraju, a takich to tam nie lubią. I on był takim chłopcem do bicia. Widziałem tam takie sceny, że walili, za przeproszeniem, po pysku, tego studenta, który był moim przewodnikiem. Byłem tam też w takim ośrodku dla uciekinierów w Kigwie niedaleko Tabory. Tanzania była co prawda socjalistyczna, ale działo się tam nieco lepiej niż w sąsiednich krajach, stąd uciekinierzy.
Tanzania najbardziej kojarzy się z przyrodą, dzikimi zwierzętami.
Jest to piękny kraj. Główne miasta są tam otoczone rezerwatami przyrody. Wystarczy zjechać z drogi głównej, a od razu wjeżdża się między tubylców i rozmaite zwierzęta. Ale wyjeżdżałem stamtąd po trzech miesiącach zadowolony, bo bałem się, że mogę coś tam złapać i że mogą mi coś tam zrobić. Sytuacja była taka, że aby jechać do Afryki, trzeba się było zaszczepić, a ja się mogłem w Bydgoszczy zaszczepić tylko na żółtą febrę, i się zaszczepiłem, a na te inne choroby, to bym musiał pojechać do Gdyni, ale mi się nie chciało. I odważyłem się jechać tylko z tym jednym szczepieniem. Ja oczywiście ryzykowałem, a oni trochę na to mruczeli, że się na wszystko nie zaszczepiłem.
Wyjeżdżał Pan już za granicę wcześniej, w latach siedemdziesiątych i sześćdziesiątych. Czy nie miał Pan problemów, żeby dostać paszport, wizę?
Paszport jakoś dostałem. Z początku wyjeżdżałem jako turysta do krajów bratnich. Do Niemiec się przechodziło na dowód osobisty, a do Związku Radzieckiego trzeba było już mieć jakiś paszport. Ja paszport miałem, ale najważniejsze było dostać wizę. I do tej Tanzanii ja wizę dostałem poprzez Holandię. Gdy współpracowaliśmy z Holendrami, z miastem Ommen i była ta wymiana młodzieży i oni przyjechali do Żnina, to ja ryzykując dałem im swój paszport, żeby oni w Hadze załatwili dla mnie wizę do Tanzanii. I potem jak Ommen przyjechało z jakąś pomocą, bo oni wówczas pomagali, przysyłali odzież, żywność, i wówczas przysłali mi ten paszport z wizą. Władza w Żninie nie wiedziała, że miałem już wizę i mogłem spokojnie wyjechać do Holandii, a stamtąd już holenderskimi liniami do Tanzanii. Później, po zmianie ustroju, załatwić wizę było o wiele łatwiej.
Był Pan w ponad sześćdziesięciu krajach na świecie, oprócz Antarktydy, na wszystkich kontynentach. Co Panu utkwiło najbardziej w pamięci, zrobiło największe wrażenie?
Wszędzie jest pięknie, ale pewne rejony mają taką tradycję, one tym emanują. Meksyk mi się bardzo podobał, bo ci Majowie, Aztekowie, ołtarze, te słynne piramidy: piramida księżyca, piramida słońca, miasta na szczycie gór; teraz dżungla wchłania stare miasta meksykańskie. Piękne wodospady, Acapulco, tam jest dużo pięknych plaż. Z kolei Chiny, ja tam dużo nie byłem, ale sam Pekin, tzw. Zakazane Miasto i mur chiński, coś pięknego. Byłem tam na kongresie. Nie mogłem się tam dogadać po angielsku, ale w esperanto i dzięki esperanto i esperantystom mogłem tam być. Mam masę zdjęć z wyjazdów. Z Indonezji na przykład. Normalnie jeździ się szosą, a tam kutrem pomiędzy tymi wyspami, tam jest tyle wysepek, a każda wysepka ładniejsza, piękniejsza. Co mnie najbardziej martwiło w Indonezji, to że ludzie żyją tam na co dzień z maszkaronami. Nawet małe dzieci i nikogo to nie drażni. Dzieci się wśród tego bawią. Jak to można znieczulić na rozmaite potwory, wmawia się, że są normalne. Każdy dom ma tam jakiegoś maszkarona i składa mu się ofiary, żeby się tym domem opiekował.
Później jeździłem z żoną do tych państw Afryki, do Egiptu. Turystyka poszerza horyzonty. Ten, kto więcej widział, słyszał racje innych, będzie miał inne podejście do życia. Nie uda mu się łatwo wmówić mądrości, które głosi jakiś Józek z Koziej Wólki. Poza tym ludzie, którzy wiele podróżują, są sympatyczniejsi. Widać to na przykładzie Klubu Podróżnika w żnińskiej bibliotece.
Jeździł Pan również jako pilot wycieczek.
To wszystko zależy od jakiegoś szczęścia, od jakiegoś trafu. Znałem poza esperantem też angielski, znałem niemiecki, to mi bardzo pomagało. Jeśli miałem jechać do Afryki, to tam najbardziej użyteczny jest język angielski, jeśli do Europy - to w tych krajach po okupacji, na Węgrzech, w Rumunii, w Austrii - najłatwiej porozumieć się po niemiecku. Dlatego czułem się tam jak ryba w wodzie. W Chinach to po esperancku, ale już w Indonezji musiałem używać angielskiego. W związku z tym, że znałem angielski i niemiecki, dostałem drugi raz w historii Esperantoturu pilotowanie wycieczki dookoła świata. Pracowałem wówczas w dwójce. Poszedłem do pani dyrektor, bo musiałem jakoś załatwić sobie urlop na miesiąc, półtora, na czas wyjazdu. Pani dyrektor powiedziała, że się zgadza, ale pod warunkiem, że załatwię na ten czas jakieś zastępstwo z języka niemieckiego. Poszedłem wówczas do ekonomika, tam uczył pan Górski, on był wicedyrektorem i jako wicedyrektor miał trochę mniej lekcji, i zgodził się wziąć za mnie to zastępstwo w dwójce. I pojechałem na ten miesiąc na wyprawę dookoła świata. Wyprawa była dookoła świata, ale połowę świata się zwiedzało, a połowę objeżdżało. Leciałem nowozelandzkimi liniami lotniczymi. Pierwsze zwiedzanie to było Los Angeles, byliśmy w Hollywood, później były Hawaje. Na Hawajach byłem cały tydzień. Po zwiedzeniu Hawajów udaliśmy się na wyspę Samoa, tam był postój, później pojechaliśmy do Nowej Zelandii, tam są bardzo ciekawe gejzery. Potem była Australia. Zawarłem znajomość z misiem koala, karmiłem kangury, widać to na zdjęciach. Później byliśmy jeszcze na Cejlonie i z powrotem. Świat jest ciekawy w każdym zakątku. W tej Nowej Zelandii i w Australii bardzo były ciekawe pokazy strzyżenia owiec. Owce się tam trochę przeżyły, jak weszły sztuczne włókna, spadło zapotrzebowanie na wełnę owiec. Oni więc tam wprowadzili hodowlę jeleni. Jak się tam jedzie, to połowa to są pola z owcami, a połowa - z jeleniami. Tych jeleni jest tam na pęczki. Ich mięso idzie na eksport do Japonii. Japończycy nie chcą jeść mięsa owczego, chcą jeść mięso jeleni. Dlatego Australia nastawiła się na taki eksport, co mnie tam bardzo zaskakiwało.
Australia jest takim muzeum przyrodniczym. Tam są stekowce, są one na pograniczu gadów i ssaków. Te stekowce i te workowate, to jest takie ogniwo przejściowe.
Na tym wyjeździe potrzebne były właściwie dwa aparaty fotograficzne, jeden na przeźrocza, drugi zwykły. Ja mogłem sobie pozwolić tylko na jeden. Miałem taki na przeźrocza, ponieważ liczyłem na to, że jak latam po tym świecie, to mogę sobie zarobić trochę na prelekcjach. Potem trudno jest z takiego przeźrocza zrobić zwykłe zdjęcie, ono jest niewyraźne, wykoślawione.
Jest Pan autorem wielu legend pałuckich. Czy inspiracją do ich napisania była kronika szkoły w Wójcinie?
Można tak powiedzieć, choć głównie wzięło się to z tego, że jak byłem w SKKT, to było takie czasopismo Poznaj swój kraj, które chciało, żeby coś do nich pisać. I w takim jednym numerze znalazła się legenda. Była to legenda o Diable Weneckim. To było w roku 1960. Pomyślałem sobie wówczas, że skoro oni takie bzdury publikują, to ja zajmę się właśnie tymi legendami, że będę je spisywał. I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Jak zebrałem dziesięć legend, to złożyłem wniosek do Kujawko-Pomorskiego Towarzystwa Kulturalnego. Legendy pałuckie miały otwierać serię wydawniczą legend z regionu. Ja się przebiłem do nich z terenu, to było takie pierwsze wydanie. To był rok 1981. Wydali ich tylko pięćset sztuk. Później Bogdański dał się namówić, on złożył te legendy. To drugie wydanie było już w czasach późniejszych. Jeszcze później w nakładzie 20 tysięcy sztuk ukazały się legendy na całą Polskę. Dzięki temu w bibliotece bydgoskiej, gdziekolwiek, zapraszali mnie na prelekcje o tych legendach. Legendy wydał też Dominik Księski w 2014 roku, to było ostatnie wydanie. Od tamtej pory napisałem jeszcze sześć legend, teraz jest ich nie 34, ale 40. I to będzie już chyba koniec. Gdy wydawaliśmy z Dominikiem Księskim te legendy, ja sobie pomyślałem, że Żnin ma legendę, Barcin ma legendę, Gąsawa, Rogowo, Szubin, Kcynia, a nie miał Janowiec i Łabiszyn. Na przykład w Łabiszynie mi mówili, że jest tam góra wisielca. Pogrzebałem trochę w bibliotece i napisałem legendę o górze wisielca. Ona się jeszcze załapała do tego ostatniego wydania. W Janowcu na Wełnie jest taki duży most, on jest taki żelazny, ciężki. A ponieważ Janowiec był taki dzielny w sprzeciwie przeciw germanizacji za czasów rozbioru pruskiego, napisałem taką legendę o grajku pod mostem nad Wełną. To są dwie legendy, które powstały krótko przed wydaniem tego ostatniego zbioru. Potem jak to się już ukazało, PTTK mnie prosiło, żeby kemping miał swoją legendę. Napisałem więc legendę o humanitarnej czapli i o Martusi, która wymknęła się babci, gdy ta przysnęła, poza ogrodzenie. Goniąc motylki oddaliła się daleko od domu, weszła w bagno i tam ugrzęzła i byłaby się utopiła, gdyby nie czaple, które zaczęły skrzeczeć, wznosić się i opadać, i dawać sygnały tym, którzy dziewczynki szukali. I w zamian za to burmistrz nadał nazwę małemu jezioru - jezioro Czaple, dla uhonorowania tej czapli. Później obecny burmistrz powiedział, gdy oni odsłonili wodotrysk na ulicy Wodnej, że przydałoby się coś legendarnego. Tam obok był zakon dominikanów, Wodna ma też długą historię. I napisałem legendę o tym wodotrysku, którego wodą uratowano skazańca, który za kradzież pieniędzy w kościele był przywiązany do pręgierza na trzy dni, bez jedzenia, bez wody. Ale prawo tej fontanny było takie, że jeśli oni nie mogą dać wody z własnej studni, to ta fontanna, która była zainicjowana przez klasztor dominikanów, miała odpust, nawet dla grzeszników, jakiejkolwiek by nie doznali kary, to można z niej dawać wodę pragnącym i burmistrz przeciw temu nie mógł nic zrobić. I jedna wdowa, żeby uratować skazańca przy tym pręgierzu, dała mu pić, i on wytrzymał te trzy dni i przeżył dzięki tej fontannie. A potem zaczęto z tej fontanny brać wodę i sprzedawać na różne choroby, a nawet jako lubczyk, nie wiem, czy pomagała, czy nie.
Przez dziesięć lat był Pan też wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej Żnina.
Malinowski miał szczęście i pecha, raz szczęście, a raz pecha. Chodziło o to, że za komuny poza PZPR jakieś tam małe kąski dostawało też ZSL i Stronnictwo Demokratyczne. Jakiś radny musiał być ze Stronnictwa. Myśmy dostali trzech radnych i musiał być wiceprzewodniczący. Później po przemianie wybrali mnie już w wolnych wyborach. Niewieloma głosami, chyba trzema, zwyciężyłem wówczas mojego konkurenta, i różne panie mówiły: - Gdyby nie mój głos, to pan by nie wygrał.
Czym Pan zajmował się w Radzie Miejskiej?
Miałem pod sobą oświatę, sport i turystykę. Za partii, to była tylko walka o pieniądze, żeby na przykład na Pałuczankę coś dostać. Ja świętej pamięci dyrektora muzeum Andrzeja Rosiaka przyjmowałem do pracy. Wcześniej byli różni, i w Domu Kultury, z nadania partyjnego, a on był taki niezwiązany z partią, i ja za nim optowałem, żeby go przyjąć. Natomiast w sprawach gospodarczych nie miałem żadnego udziału, ja tylko byłem takim automatem do głosowania. A potem jak już była Polska wolna, to było więcej kłótni. Wtedy każdy walczył o swoje. Walczyliśmy o takie przyziemne sprawy, o gaz, wodociągi. Później do głosu zaczęli dochodzić młodsi. I słusznie, ponieważ my mieliśmy ze strony komuny pewne zatrucie i mogliśmy nie najlepiej pracować, więc w Żninie chcieli mieć nowe głowy, o nowych pomysłach. Ci którzy byli bardzo aktywni, zostali powytrącani, jedynie pan Szafrański jeszcze dwa razy wygrywał.
Pomagał Pan również w założeniu Fundacji „Dar Serca“.
To było dzieło żony. Nasz syn był w Zachodnich Niemczech, tam pracował i zachorował na białaczkę. I zmarł. Dostaliśmy trochę odszkodowania, poza tym żona widziała tutaj wiele potrzeb, więc założyliśmy tę Fundację Dar Serca. Żona i ja musieliśmy dać jakiś wkład pieniędzy, żeby fundacja czymś mogła dysponować. Żona pracowała bardzo intensywnie, prowadząc kiosk w szpitalu i te zyski przekazywała na fundację. Obok tego funduszu Dar Serca jest fundusz, który mniej więcej idzie razem z tym, imienia Piotra Malinowskiego, dla uczniów bardzo zdolnych. Później do Fundacji Dar Serca dokładały trochę firmy, a co najważniejsze, jak miasto Ommen chciało pomagać, to nie mogło dawać na państwowe firmy, a na fundację mogło. To była dziedzina żony, ona się w to bardzo zaangażowała. Żona bardzo przeżyła śmierć syna. To jest tak, że jak starsi umierają, to nie jest tak źle, ale jak dziecko umiera w okresie pełnego rozkwitu... Syn był bardzo szanowanym inżynierem w zakładach na południu Niemiec. Ale tak to się życie układa.
Trochę się w swoim życiu dla tego Żnina oboje z żoną przysłużyliśmy.
rozmawiała
Marta Złotnicka
Pałuki nr 1313 (15/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze