Reklama

Zmarł Władysław Ludkiewicz. Młodość stracona na Syberii

Władysław Ludkiewicz, długoletni mieszkaniec wsi Ośno w gminie Janowiec Wlkp., a ostatnio pobliskiego Łopienna, ponad 10 lat życia spędził w obozie pracy w Workucie, 160 km od koła podbiegunowego.

     Władysław Ludkiewicz urodził się w 1921 roku w Bokowie i tam mieszkał do 1941 roku, kiedy musiał uciekać przed UPA do Podhajec, powiatowego miasta na Podolu. Tam też organizował pomoc dla swych rodaków, którzy uciekali z Bokowa.
     W czasie wojny był członkiem Związku Walki Zbrojnej, a potem żołnierzem Armii Krajowej w obwodzie Brzeżany koło Podhajec (ps. Zając). NKWD aresztowało go 2 listopada 1944 wraz z kilkoma kolegami, a pozostałych członków jego oddziału wraz z dowódcą por. Zbigniewem Lisem na początku stycznia 1945 r. Miał wtedy 23 lata. Władysław Ludkiewicz mówił, że ironią losu było walczyć z hitlerowcami i bandami UPA, przeżyć wojnę i zostać aresztowanym tuż przed jej zakończeniem.
     Zaczęła się ich gehenna. Aresztowanych przetrzymywano i torturowano w kazamatach w Czortkowie. Pod koniec sierpnia 1945 r. stanęli przed trybunałem wojskowym, który postawił im absurdalny dla nich zarzut zdrady ojczyzny, tj. ZSRR. Władysław otrzymał wyrok 15 lat katorgi na Syberii.
     Po wyroku zesłańców, w tym i Władysława, czekała prawie dziesięciodniowa podróż towarowymi wagonami kolei syberyjskiej w okolice Workuty. Podróż traktowana była przez sowietów jako wstępna selekcja; głodowe racje sucharów, do tego słone śledzie i brak dostatecznej ilości wody, powodowały śmierć chorych i słabych. Ciała tych, którzy zmarli, na kolejnych postojach wyrzucano na zewnątrz.
     Obóz, do którego trafił Władysław Ludkiewicz, miał ok. 30 tysięcy więźniów. Ogrodzony był kolczastym drutem, w środku rozsiane były ziemianki dla więźniów, drewniane szałasy, magazyny, banie czyli łaźnie, stołówki, pomieszczenia strażników i administracji obozowej.
     Po obowiązkowej kąpieli, odwszawieniu, dezynfekcji i ostrzyżeniu dokonano selekcji na grupy do ciężkich robót w kopalniach węgla i uranu, i mniejsze grupy chorych i osób starszych. Podobóz, do którego został przydzielony Władysław Ludkiewicz, nazywał się Kożwa i położony był obok rzeki Peczory. Swoją ciężką pracę rozpoczął w kopalni gliny fajansowej, sąsiadującej z kopalnią uranu. Po pół roku wyniszczającej pracy Władysław, wcześniej wysoki, barczysty mężczyzna, był tak wycieńczony, że ważył tylko 40 kg i nie mógł już chodzić. Trafił do lazaretu. Tam zaopiekował się nim gruziński lekarz, który zaordynował mu specjalne zastrzyki wzmacniające. Okazało się, że lekarz lubił Polaków, dlatego że jego przyjaciel służył kiedyś w polskim wojsku. On też skierował go do specjalnego lżejszego obozu - szpitala. Tutaj Władysław też miał szczęście, spotkał swojego kolegę z AK - Marcina Listwana, który poinstruował co robić, by przebywać w tej namiastce szpitala jak najdłużej i zregenerować trochę siły. Ale kiedy waga Władysława przekroczyła 60 kg, popędzili go poprzez zamarzniętą rzekę Peczorę do odległej o 50 km kopalni węgla i obozu Kirta. Tam przepracował 2 lata i znowu był bliski śmierci. Uratował go łotewski lekarz, z pochodzenia Polak, który po podleczeniu zmienił mu kategorię pracy na nieco lżejszą. Trafił do obsługi kompresora, który tłoczył powietrze do kopalnianych szybów. Po tygodniu pracy, na jego szychcie uszkodzeniu uległ tłok kompresora. Groziło to śmiercią będących na dole górników. Szybko zareagował. Natychmiast wystrugał odpowiedni klin z drewna, zaczopował otwór w tłoku i ponownie uruchomił maszynę. Zamiast pochwały usłyszał jednak od prokuratora i KGB zarzut sabotażu. Przed kolejną karą uratował go Rosjanin, który z nim pracował - Fiodor Michajłowicz. Wstawił się za Władysławem Ludkiewiczem i wybronił tak, że nie tylko nie było kary, a nawet przyznana została nagroda - w postaci szklanki cukru i dodatkowej porcji chleba (miała być machorka, ale pan Władysław nie palił).
     Ta całkiem przyzwoita praca nie trwała jednak długo, ponieważ w letniej powodzi w 1947 r. kopalnia została zatopiona i zaprzestano wydobywania węgla. Wszyscy zesłańcy z kopalni Kirta pieszo musieli wracać przez 3 tygodnie w stronę Workuty.
     Jedną z grup, w której był też Władysław, zatrzymano w obozie przy kopalni Inta. Tutaj też miał trochę szczęścia, bo jego doświadczenie w obsłudze maszyn pozwoliło na pracę w kopalni węgla w dziale mechanicznym, którego szefem był Rosjanin Pszenicznikow. Dobrze traktował więźniów - Polaków, bo - jak sam mówił - Polacy pomogli kiedyś jego rodzinie.
     Istotny przełom w obozowym życiu Władysława Ludkiewicza nastąpił, gdy spotkał lekarza stomatologa, znanego mu ze Lwowa, który również został zesłany do Workuty. Był nim prof. Antoni Stankiewicz, który leczył obozowych naczelników i wojskowych. Otóż zaproponował on Władysławowi funkcję swojego asystenta w obozowym gabinecie i ten po odpracowaniu szychty w kopalni, trzy godziny dziennie przyuczał się do zawodu. Szło mu nadspodziewanie łatwo, tak że ze stolarza i mechanika został pomocnikiem dentysty. Dzięki temu mógł już korzystać z nieco lepszego jedzenia.
     - Świat tak naprawdę chyba nie chciał o tym wiedzieć - mówi Władysław. - Przecież istniało ONZ, Deklaracja Praw Człowieka, a w 1953 r. jeden z obozów wizytowała nawet wdowa po prezydencie Roosevelcie. Pokazywano wszystkim jakiś jeden wzorcowy obóz i udowadniano, jak to władza sowiecka dba nawet o więźniów. Jeden wielki fałsz i obłuda. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie, dlaczego PRL nie upominała się o swych obywateli? Przecież taki gen. Jaruzelski, którego rodzinę też wywieziono na Syberię, a jego ojciec został tam na zawsze, doskonale o tym wiedział. Wszyscy bali się jednego człowieka - Stalina. Dopiero po jego śmierci zesłańcy zaczęli odczuwać jakąś ulgę, a przełom nastąpił po słynnym wystąpieniu Nikity Chruszczowa na XX zjeździe KPZR. Pozwolono nawet zapuszczać dłuższe włosy, pozdejmowano kraty z okien baraków, co było przecież idiotycznym nonsensem, bo cały obóz był ogrodzony drutem kolczastym, pilnowany przez uzbrojonych strażników z psami, a za nim był tylko śnieg i niezmierzona tajga, skąd nie było praktycznie ucieczki. Sensacją stała się pierwsza wypłata jakichś tam pieniędzy, których zresztą nie było na co wydać. Zaczęto przebąkiwać o możliwej amnestii. Część zesłanych Rosjan, a po nich też Polacy, zaczęli pisać skargi do Rady Najwyższej ZSRR na zbyt wysokie wyroki, tym bardziej, że większość kary już odbyli.
     W listopadzie 1954 r. Władysław Ludkiewicz został wezwany do naczelnika obozu, który oznajmił mu, że może wyjść na wolność, pod warunkiem, że przyjmie sowieckie obywatelstwo. Groził, że jak nie podpisze, to do końca życia pozostanie na Syberii i 2 razy w tygodniu będzie się meldował na KGB. Władysław Ludkiewicz odmówił i rzeczywiście musiał się dodatkowo meldować w KGB. Pomogła mu jednak znajomość z terminowania w gabinecie prof. Stankiewicza, który opuścił obóz i powrócił jako obywatel ZSRR do Lwowa. Jeden z jego rosyjskich pacjentów pomógł mu napisać podanie-skargę do Rady Najwyższej w Moskwie, która została rozpatrzona pozytywnie. Nie dość tego, znalazł mu nową pracę w elektrowni i pozwolił nawet zamieszkać u siebie. Miał status tzw. półwolnościowca, niby był na wolności, jednak nie wolno mu było opuszczać obozu, a tym bardziej samej Workuty. Wtedy też Władysław Ludkiewicz poznał swoją przyszłą żonę Genowefę, która tak jak on, jako łączniczka AK na Wileńszczyźnie została aresztowana, skazana i również odbywała karę zesłania w Workucie. Od kiedy byli parą, z jeszcze większą energią rozpoczęli starania o powrót do Polski.
     Najważniejszym problemem było to, że nie wiedzieli, czy ich bliscy żyją, a jeśli tak - to gdzie mieszkają. Warunkiem ewentualnego wyjazdu było zaproszenie od rodziny w Polsce. Poprzez rosyjskich znajomych z elektrowni, gdzie pracował, udało się Władysławowi wysłać listy do Polaków pozostałych po wojnie we Lwowie, a ci zdobyli adresy rodzin w Polsce. Nie wiedział przecież, co się stało z rodziną, a rodzina nie znała jego losów. Rodzice Władysława wraz z bratem repatriowali się na tereny PRL i zamieszkali w Ośnie. Jak się później okazało, przez cały pobyt Władysława na zesłaniu, jego matka Aniela opłakiwała go, a na cmentarzu w Łopiennie każdego roku na Wszystkich Świętych zapalała znicze na jego symbolicznej mogile.
     Ślub Geni i Władysława umożliwił im przyspieszenie spraw repatriacyjnych. 5 grudnia 1955 r. wsiedli do pociągu, który wiózł ich do Polski. Napisy na pociągu głosiły, że oto jadą turyści polscy z Workuty.
     Niezapomnianym momentem było przekroczenie nowej dla nich granicy w Medyce. Wtedy uwierzyli, że ich katorga się zakończyła. Zamieszkali w Ośnie w gospodarstwie rodziców Władysława. Krótko nacieszył się swoją uszczęśliwioną powrotem syna matką, gdyż ta po latach tęsknoty za nim zmarła.
     Władysław Ludkiewicz do końca życia zadawał sobie pytanie, dlaczego opatrzność zgotowała mu taki los, dlaczego najlepsze lata swej młodości musiał spędzić na syberyjskiej katordze.
     Jego walkę z okupantem i syberyjską katorgę docenił Polski Rząd na uchodźstwie w Londynie, który uhonorował go Krzyżem AK i Medalem Wojska. Decyzją Prezydenta RP został awansowany do stopnia porucznika Wojska Polskiego. Był członkiem Związku Sybiraków i Żołnierzy Armii Krajowej. W 2003 r. otrzymał w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej patent Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny, podpisany, co uważał za chichot historii, przez ówczesnego premiera Leszka Millera.
     Razem z nieżyjącą już żoną Genowefą wychowali dwoje dzieci Anielę i Zdzisława, i doczekali się czworga wnucząt. Przez ostatnie lata mieszkał w Łopiennie z drugą żoną Izabelą.
     Władysław Ludkiewicz zmarł 9 marca 2009 roku.
     Cześć Jego Pamięci!

Leszek Pilecki
Pałuki nr 891 (10/2009)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości