Reklama

Moje najradośniejsze i pechowe gwiazdki

Od najmłodszych lat Wigilia i Święta Bożego Narodzenia kojarzyły mi się z subtelną wonią przeróżnych zapachów. Podłogi wyszorowane na glanc wydawały cudowny zapach, sporządzonej na naturalnych surowcach przeróżnych, smakowitych potraw.

Tomek i Stasiek Czabańscy z prezentami gwiazdkowymi otrzymanymi w Wigilię Bożego Narodzenia 1929 r.

    Jednego czego nie lubiłem (i nie jadam do dziś) to tradycyjnego karpia. Nie wiem skąd wzięła się awersja do tej ryby i ryb w ogóle. A przecież wychowałem się nad jeziorami, obfitującymi w przeróżne ryby...
    Z początkiem lat trzydziestych, mając już na karku trzy lata, przed wypatrywaniem pierwszej gwiazdy, biegłem z domu na drugą stronę ulicy, do bramy posesji p. Juliana Smorowskiego (dziś ten dom stanowi własność miasta), a mieści się tam m. in. zakład fotograficzny p. Zbigniewa Chojnackiego i sklep rękodzieła artystycznego p. Mariusza Niewolskiego. W owej bramie, która zachowała się do dziś, piękną ozdobę stanowią 2 metalowe płaskorzeźby przedstawiające głowy lwów. Składałem życzenia tym przemiłym zwierzakom, wpychając im w paszcze opłatek, ale niegrzeczne lwiątka ignorowały mą zbożną misję...
    Nasz obszerny salon zamknięty był na cztery spusty. Wpuszczano nas tam wieczorem, kiedy choinka upajająco pachnąca żywicą, ozdobiona bombkami i iluminowana świeczkami, stanowiła cudowne tło do rozłożonych pod drzewkiem prezentów. Ma pierwsza Gwiazdka, którą zachowałem w pamięci była bardzo bogata. Otrzymałem w darze od Gwiazdora, wraz z mym bratem Tomkiem, wspaniałego konia na biegunach. Był to kosztowny majstersztyk mistrza tapicerskiego a jak się wówczas ten fach określało - siodlarskiego - p. Franciszka Płazalskiego. Naszego bliskiego sąsiada mieszkającego (w rozebranym przez hitlerowców w 1940 r.) domu. Dziś mieści się tam zakład usług fotograficznych, w nowo wybudowanym pawilonie - p. Zdzisława Bąka - nad Gąsawką.
    Oj, wykosztował się wówczas tato mój, gdyż za dwa konie zapłacił sporą w owych latach sumę, wynoszącą aż 200 zł.
    Pomimo tak bogatego podarunku, nie byłem zadowolony, gdyż mój starszy brat otrzymał dodatkowo - ówczesne cudo techniki - kabriolet poruszany pedałowym, nożnym napędem.
    Zachowało się pamiątkowe zdjęcie z owej bogatej Gwiazdki, które niedawno ofiarował mi jeden z mych przyjaciół. Fotografia ta, wykonana oczywiście trochę później, w lecie 1930 r. przedstawia mnie (pierwszy z prawej) i mego starszego brata Tomka, jako szarżujących ułanów. W tle ów samochód, przedmiot mej zazdrości...
    Owo zabytkowe już zdjęcie wykonał ceniony w Żninie fotografik prowadzący wówczas atelier "Wanda" - p. Ludwik Tomczak. Rodzinne, fotograficzne tradycje, przez wiele lat kontynuował syn - Tadeusz Tomczak, prowadzący zakład fotograficzny przy ul. T. Kościuszki. Obecnie, w trzecim już pokoleniu, nowoczesną fotografią w technice wideo zajmuje się syn Tadeusza i wnuk Ludwika - Jerzy Tomczak.
    Pamiętam też doskonale jedną z późniejszych Gwiazdek, kiedy nasza gosposia - Bronia Malakówna, wyciągnęła mnie na pasterkę. Rozleniwiony i rozespany, oprzytomniałem w kościele, żnińskiej farze rozjaśnionej blaskiem wielu, wielu świec, które dodawały świątyni specyficznego uroku.
    Kiedy słynny na Pałukach organista p. Paweł Piwkowski zagrał kolędę, a wierni do wtóru gromko zaśpiewali "Triumfy Króla Niebieskiego", zadziwił mnie początek owej pastorałki.
    Zastanawiałem się, czyżby Król Niebieski, czyli Pan Bóg grał w karty... A wyjaśniam czytelnikom "Pałuk", że skojarzenie to powstało z faktu, iż często w lecie podglądałem z kolegami, grających w karty ówczesnych emerytów z panem Gronowskim na czele (pan Gronowski słynął w Żninie z codziennego wyśpiewywania donośnym basem godzinek w miejscowej farze). Otóż mąż ów, co chwilę wykrzykiwał na ławce w parku żnińskim (czyli "borku", jak się wówczas mawiało_ - "mam same trumfy" (czyli atuty) "i was rozłożę!!!" I p. Gronowski ze zjadliwym uśmiechem zgarniał z puli pieniążki...
    A ja, malec pomyliłem "triumfy" z "trumfami"... No cóż, starszym ludziom też zdarzają się pomyłki i to nieraz znacznie grubsze...
    W końcu lat trzydziestych, a miałem wówczas już lat 10-11, w wigilijny ranek schroniliśmy się pod mostem na Gąsawce, przy ówczesnej ulicy Kościelnej (dzisiaj 700-lecia). Wspólnie z braćmi: Ignasiem i Kaziem Płazalskimi, Bodziem Kossowiczem i Antkiem Wabichem, zastanawialiśmy się, co też dostaniemy na Gwiazdkę od rodziców (byliśmy już na tyle dojrzali, iż w Gwiazdora nie wierzyliśmy). Każdy z nas chwalił się niemożebnie, co za dary otrzyma. Przechwałkom przysłuchiwał się nasz rówieśnik, Boleś Dubielak, noszący nie wiadomo dlaczego przezwisko "Szubin". Był to biedny chłopak, panieńskie dziecko, mieszkający z mamą swą na strychu posesji p. Kurdelskiego, także przy naszej Kościelnej ulicy (dzisiaj ten dom posiadają spadkobiercy, a mieści się tam m. in. prywatny sklep rybny).
    Otóż Boleś Dubielak dumnie stwierdził: "wy możecie sobie te gwiazdkowe podarunki wsadzić gdzieś. Ja na Gwiazdkę nie dostanę nic, bo mój tata zginął w czasie I wojny światowej pod Verdun"... Tym stwierdzeniem Boleś znokautował nas.
    W domu, już w czasie wigilijnej wieczerzy, suto obdarowany miałem kwaśną minę. Powiedziałem memu tacie, iż jestem w rozterce. Boleś Dubielak ma ojca bohatera!!! I z wyrzutem rzekłem ojcu: "dlaczego tato, który był także na I wojnie światowej nie poległ tam, na polu chwały?"
    Ojciec uśmiechnął się pod przystrzyżonym wąsikiem i powiedział: "myślałem, że jesteś już dorosłym, w pewnych sprawach uświadomionym chłopakiem" - i dodał - "później chyba z pewnością zrozumiesz, iż w stwierdzeniu Bolesia Dubielaka coś nie gra. I radzę ci" - zakończył tato, groźnie marszcząc gęste brwi: "ucz się lepiej matematyki, abyś potrafił dobrze liczyć"!!!
    Pierwsza okupacyjna Gwiazdka w 1940 r., którą ostatni raz przed wysiedleniem spędziliśmy jeszcze w rodzinnym domu przykro utrwaliła mi się w pamięci. W Wigilię był mróz i rankiem poszliśmy poślizgać się na Małym Jeziorze. Upadłem nieszczęśliwie, uderzając skronią w twardy lód. Straciłem na moment przytomność. Do domu przyprowadził mnie starszy przyjaciel - Leon Kajdan. Całe święta, z lekkim wstrząsem mózgu, przeleżałem w łóżku i zapamiętałem pochylonego nade mną doktora p. Durzyńskiego, którego opiece byłem przez moich rodziców powierzony. Wyleczył mnie szybko i skutecznie. Lecz przez długi czas na widok zielonkawego lodu w kałużach, czy jeziorach dostawałem torsji...
    Później nastąpiły okupacyjne Gwiazdki, na wysiedleniu w Garwolinie i te następne też smutne, szczególnie w latach pięćdziesiątych, kiedy panował w kraju komunistyczny terror, a zamiast Gwiazdora, wszechobecny był Dziadek Mróz. Ale to już odrębna historia, którą być może, w przyszłości także zrelacjonuję na łamach "Pałuk".
    Życzę wszystkim czytelnikom "Pałuk" spokojnych i wesołych świąt Bożego Narodzenia.

Reklama

Stanisław Czabański
Pałuki nr 96-97 (48-49/1993)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/12/2024 09:32
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości