Dyrektor szkoły: Nie wiem do dziś, o co w tej sprawie chodziło
Musieli przeprosić na karnym apelu
Wczoraj w żnińskim sądzie zeznawali rodzice uczniów szkoły średniej, którzy w 1987 roku zostali pobici przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej w Żninie.
Postępowanie przygotowawcze prowadził w tej sprawie Oddział Komitetu Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku. Oskarżonymi są dwaj byli milicjanci: Janusz F. i Jan S. Pierwszemu prokurator postawił zarzut, że w nocy z 2 na 3 maja 1987 roku dopuścił się zbrodni komunistycznej, która polegała na znęcaniu się fizycznym i psychicznym nad Piotrem K. oraz Waldemarem P. Znęcanie polegało na biciu ówczesnych uczniów Technikum Mechanicznego w Żninie. Milicjant chciał wiedzieć, kto zlecił uczniom namalowanie na murach bloków i kamienic haseł antykomunistycznych. Jan S. jest oskarżony o poświadczenie nieprawdy w książce wydarzeń i w książce kontroli zatrzymań w areszcie, ponieważ nie wpisał w nie zatrzymania obu uczniów, a następnie bezprawnie pozbawił ich wolności na kilka godzin osadzając w areszcie. Wczoraj asesor Robert Tuchciński przesłuchał kolejnych świadków, w tym rodziców i znajomych poszkodowanych. Artur M., kuzyn Waldemara P. zeznał, że o sprawie dowiedział się od ojca Waldemara P. Według Artura M. wujek opowiadał, że Waldek wraz z Piotrem K. został zatrzymany, kiedy malowali na terenie Żnina napisy o treści antysocjalistycznej.
- Dowiedzieliśmy się od wujka, że Waldek w trakcie zatrzymania lub przesłuchania został pobity. Z późniejszych relacji złożonych przez członków mojej rodziny dowiedziałem się, że na Waldku wymuszono przyznanie się do rzeczy, których on nie popełnił. Te wyjaśnienia wymuszono poprzez bicie. Waldek przyznał się do rzeczy, których nie zrobił, a które ja zrobiłem, to jest do malowania podobnych napisów w wakacje 1986 roku - dodał Artur M.
Konrad P., ojciec Waldemara wyjaśnił, że w dniu zdarzenia był z żoną na weselu. Około 500 rano przyjechał po nich starszy syn Gerard. W drodze do domu opowiedział, że do mieszkania weszła milicja i wyciągnęła z łóżka Waldemara. Matka zatrzymanego chłopca się zdenerwowała i poszła na milicję. Według Konrada P. około południa żona wróciła do domu z Waldkiem.
- Żona mówiła, że Waldek pisał na murach jakieś hasła. Żona mówiła, że na drugi dzień wybierze się z Waldemarem do doktora, bo był posiniaczony od pobicia. Syn za wiele nie mówił, był zapłakany. Widziałem pobicia. To były takie pręgi na rękach, poniżej nerek. Więcej śladów miało być na nogach, ale tego nie widziałem. Żona poszła z synem do doktora Ć. Po zdarzeniu zaprosił nas do szkoły dyrektor szkoły, w której uczył się Waldemar. Ja udałem się z żoną do szkoły. Tam był dyrektor M. Nie pamiętam jak dokładnie przebiegała ta rozmowa. Wiem, że dyrektor mówił, żeby syn już tak więcej nie robił. Ja pytałem się syna kto go pobił. Syn mówił, że pobiła go milicja. Później się dowiedziałem, że syna pobił F. Po 1989 roku interesowałem się tą sprawą. Byłem na policji. Pierwszy policjant mówił mi, że mam iść z tym do prokuratora. Nie poszedłem, bo nie chcieli na policji powiedzieć kto miał dyżur w dniu zdarzenia. Po jakimś czasie znowu się byłem spytać, kto miał wtedy służbę, ale na policji powiedzieli mi, że nie mogą mi takich informacji udzielać - zeznał Konrad P.
Jerzy K., ojciec Piotra K. przyznał, że kolegą syna był Waldemar P. Chodzili razem do szkoły. 2 maja 1987 roku wieczorem Piotr K. poszedł do Waldemara. Nie wrócił jednak na noc. Rodzice zaniepokoili się, że syn nie wraca. Nad ranem w mieszkaniu zadzwonił dzwonek. Za drzwiami stała matka Waldemara P. i zapytała rodziców Piotra K. czy wiedzą, że obaj chłopcy przebywają w komendzie milicji. Jerzy K. wraz z matką Waldemara P. pojechali na komendę, by zobaczyć co się wydarzyło.
- Przyprowadzono synów na salę. Na tej sali nie było milicjantów, tylko był dyrektor szkoły. Syna przyprowadziło 2 albo 3 milicjantów. Milicjanci powiedzieli, że synowie malowali jakieś hasła. Syn mi powiedział, że został pobity za to, że malował. Syn powiedział to w obecności tych milicjantów. Milicjanci mówili, że coś namalowali. Zabraliśmy syna do domu. Około 800 rano przyjechał milicjant w mundurze i drugi po cywilnemu i powiedzieli, że muszą zrobić w domu rewizję. Znaleźli jakieś ulotki „Polska Walcząca”, „Solidarność”. Syn nie mógł siedzieć ani stać, bo był strasznie pobity. Podczas malowania napisów został zatrzymany jako pierwszy. Nie chciał się przyznać z kim był. Dostał parę pał i przyznał się. Wsadzili go w „nysę” i zabrali, żeby pokazał im gdzie mieszka Waldemar. Na posterunku syn dostał pały, by się przyznał do tego, kto namawiał do malowania haseł. Był bity. Musiał siedzieć z wyprostowanymi rękami i skurczonymi nogami. Syn pokazał mi obrażenia, jakich doznał w trakcie pobicia. Był cały posiniaczony na plecach, pośladkach, udach. Na drugi dzień zostaliśmy wezwani do szkoły. Dyrektor zwołał apel i w obecności nauczycieli i uczniów powiedział, że nieładnie zrobili i że to jest nawet przestępstwo oraz że zostaną wobec nich wyciągnięte konsekwencje. Że mają być wydaleni ze szkoły. Ja byłem na tym apelu. Musieli przeprosić, że więcej się taka sytuacja nie powtórzy. Ze szkoły nie zostali wyrzuceni. Obniżono im oceny z zachowania. Dyrektor oznajmił, że my jako rodzice mamy pokryć koszty zamalowania tych napisów. Na drugi czy trzeci dzień po zdarzeniu przyszedł do mnie Henryk T. i powiedział, żeby syn poszedł do lekarza. Ja po rozmowie z synem stwierdziłem, że nie pójdziemy z tym do lekarza, bo może być jeszcze gorzej. I syn nie poszedł obawiając się konsekwencji. Syn nie znał milicjanta, przez którego został pobity. Może rok po zdarzeniu syn mówił, że zna tego milicjanta, który go pobił - wyjaśnił Jerzy K.
Zbigniew S., znajomy Jerzego K. powiedział, że w dniu zdarzenia po południu wybrali się do państwa K. w odwiedziny. Kiedy weszli do mieszkania, matka Piotra K. była zapłakana. Powiedziała, że syn i kolega zostali pobici. Zbigniew S. poszedł do pokoju Piotra K., by zobaczyć ślady pobicia.
- Powiedział, że jest tak pobity, że na tyłek nie może usiąść. Jak pani K. ściągnęła synowi koszulkę, to widziałem pobite plecy - zeznał Zbigniew S.
Doktor Wiesław Ć. wyjaśnił, że sporządzał wiele obdukcji. Nie pisał, że interesant został pobity przez milicjanta. Mógł co najwyżej wpisać, że pacjent podaje, że został pobity.
Były dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych Stanisław M. oświadczył, że w późnych godzinach nocnych otrzymał z komendy telefon, że zostali zatrzymani uczniowie szkoły. Natychmiast wsiadł w samochód i pojechał na komendę. Na milicji poręczył za uczniów. Wyjaśnił, że nie było wcześniej z nimi problemu i dzięki temu uczniowie zostali zwolnieni do domu. Sprawę uznał za błahą i liczył, że zajmie się nią wychowawca i komisja składająca się z wychowawców. Nie pytał zarówno na komendzie, jak i w szkole, o co chodziło. Czekał, aż uczniowie sami do niego przyjdą. Przyznał, że wcześniej nie było zdarzenia, żeby w środku nocy był wzywany na komendę w sprawie uczniów.
- Szkoła nie wyciągnęła żadnych konsekwencji wobec tych uczniów. Nie wiem do dziś o co w tej sprawie chodziło. W mojej szkole nigdy nie było apeli karnych - zeznał były dyrektor.
Stanisław M. dodał, że zna oskarżonych, ponieważ pracowali w Żninie, a gród Śniadeckich jest małym miastem. Ich znajomość była - jak to określił - okazjonalna. Nie pamiętał, czy w dniu zdarzenia oskarżeni milicjanci byli na komendzie. O pobiciu nic nie słyszał.
W czasie oddawania materiału do druku rozprawa cały czas trwała. Przesłuchiwani byli m.in. wychowawczyni Jolanta K., brat Waldemara P. oraz były komendant żnińskiej milicji.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 861 (33/2008)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze