Płyta kamienna leżąca w polu (stanowisko I)
fot. Ryszard Nowicki
Smolniki, archeolog, garnek, bursztyn, pięściak, palenisko
Na Pałukach ziemia nadal garnki rodzi
Droga z Szubina do Łabiszyna prowadzi przez Smolniki. Do miejsca, w którym uczeń Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Kowalewie Wielkopolskim Krzysztof Lis znalazł naczynia jest około 2 km, licząc od przejazdu kolejowego. Mimo, iż teren jest płaski, droga asfaltowa wije się i ma pięć ostrych zakrętów. Przypatrując się uważnie ukształtowaniu terenu można dostrzec niewielkie wzniesienie, z lewej strony przecięte drogą. Tam stoi budynek, w którym mieszkają państwo Lisowie.






Odkrycie (stanowisko I)
Jerzy Lis, ojciec Krzysztofa, potrzebował ziemię do przysypania kiszonki. Daleko nie szukając, załadowali z sąsiadem piasek z pobliskiego wzniesienia. Wysypując go na kiszonkę zauważyli fragmenty glinianych naczyń. O znalezisku usłyszał Krzysztof. Razem z wujem Ryszardem poszli w miejsce, skąd była brana ziemia.
"Odsypałem może 20-30 cm piasku i poczułem garnek" - mówi Krzysztof. "Ostrożnie kopaliśmy z dwóch stron. Odsłoniliśmy jeden, potem drugi i w końcu trzeci cały garnek. Czwarty stał obok. Przy dotknięciu rozleciał się. Na dnie rozsypanego naczynia zobaczyłem kości. Trzy naczynia stały na ciosanym kamieniu - mówi odkrywca. Ostrożnie przenieśliśmy gliniane garnki do domu. Nie zaglądałem od razu, co jest w środku. Czekałem cierpliwie aż przeschną. Bałem się, że mogą popękać. Kiedy były już suche wysypałem z nich piasek. W dwóch naczyniach - małym i średnim - był jakiś osad. W największym garnku zobaczyłem w piasku sporo małych kości".
Biorę do ręki urny, o których mówi Krzysztof. Wszystkie wykonane są z niepalonej gliny, bez użycia koła garncarskiego. Największa urna ma 11 cm wysokości i 12 cm średnicy. Widać ślad po oderwanym uszku oraz skromny ornament. Znajduje się w niej duża ilość kości. Średnie naczynie (wysokość 9 cm, średnic 9 cm) oraz małe (wysokość 5,5 cm, średnica 7 cm) mają zachowane uszka, ale są pozbawione ozdób.
Naszej rozmowie przysłuchuje się 7-letni Leszek, brat Krzysztofa. Malec z ciekawością zagląda do największego garnka i miesza w nim paluszkiem. Widać, że czegoś szuka. Wyjmuje kostki i patrzy na nie z dużym zainteresowaniem. "Myślę, że to będą kości ptaków, bo są takie małe" - mówi Leszek. Po chwili przynosi karton, w którym są fragmenty glinianych naczyń. "Zebrałem je z kiszonki" - mówi chłopiec. Wyjmuje różne kawałki, patrzy, porównuje okruchy. "Wydaje mi się, że są z różnej gliny, bo różnią się kolorem" - dodaje Leszek.
Przyniesione przez Leszka fragmenty urn są wykonane z niepalonej gliny. Są wśród nich okruchy, które były poddane procesowi wypalania. Widać to dobrze na przekroju skorupki - zewnętrzna część jest ceglasta, charakterystyczna dla gliny wypalonej. Środek jest czarny, a wewnętrzna ścianka - koloru gliny. Wygląda to tak, jakby ktoś dopiero niedawno wpadł na pomysł, aby garnki wypalać.
Kłopoty z górką
"Z tą górką były zawsze problemy" - mówi Dorota Lis. "Stale się z niej kurzy. Dawniej była o wiele większa. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu, zasłaniała widok zabudowań Szubina. Teraz ze starego domu możemy zobaczyć budynki w mieście. Najgorzej to zawsze jest wiosną" - ubolewa matka Krzysztofa. "W marcu wieją tak silne wiatry, że czasami jest prawdziwa burza piaskowa. Cały piasek niesie w stronę domu. Na Wielkanoc całe mieszkanie wysprzątane, a z górki się kurzy. Okna są pozamykane, a ja biorę szufelkę i miotełkę, aby z parapetów zebrać piasek. Pół góry już wywiało. Chcieliśmy już tam las zasadzić w tamtym roku, ale pieniędzy nie starczyło.
"I zawsze były jakieś przeszkody przy oraniu pola na górce" - mówi Jerzy Lis. "Za każdym razem wyorywałem kamienie różnej wielkości. Niektóre były duże. Trudno było je z pola usunąć. Skorup to zawsze pełno leżało. Kamienie zbieraliśmy, bo przeszkadzały w orce. Kładliśmy je przy drodze pod bez. Dużo tego nanosiłem. Widać było, że kamienie są łupane. Ludzie to wszystko pozbierali. Kto potrzebował kamień do budowy, ten brał. Siałem żyto i łubin, aby się tak nie kurzyło. Ale to pomagało tylko trochę. Przy każdej orce zawsze coś się wykopało".
"Kiedy szłam do szkoły, a było to w 1937 lub 1938 roku, to widziałam wykopane urny" - mówi Stanisława Lis, babcia Krzysztofa. Po drugiej stronie drogi mieszkał Michał Chełminiak. Przy orce natrafił na garnki. Wykopane zostały na górce, na stoku od strony Szubina. Urny postawione były przy drodze. Miały pojemność około 2 litrów. "Pamiętam, że ktoś przyjechał i oglądał te naczynia. Ale później wybuchła wojna i wszystko ucichło".
"Teraz to jest tu sucho. A jeszcze nie tak, dawno w miejscach, gdzie są łąki, ryby łowiłem" - mówi Jerzy Lis. "Same trzęsawiska i mokradła były naokoło. Torfu to zawsze było dużo. Melioracja i uregulowane koryto Czarnego Rowu mocno osuszyły teren. Chociaż mostek i tak trzeba co jakiś czas umacniać". Jerzy Lis dłuższą chwilę patrzy zamyślony na urny. Po chwili uśmiechając się mówi - "na szafę tego nie postawię, bo może w nocy zaczną wychodzić. Bynajmniej na polu same nie urosły".
Wuj Henryk opowiadał, że natrafił na piec kamienny. Kamienie były wiązane gliną, a w środku miało znajdować się dużo popiołu. "Tylko czy można jemu wierzyć?" - zastanawia się Dorota Lis. "Czasami opowiadaliśmy sobie takie bajki" - dodaje.
Stanowisko I
Krzysztof pokazuje miejsce, w którym znalazł naczynia - na zachodnim stoku górki, od strony Szubina, blisko szczytu. Układa urny, tak jak stały, kiedy je odkopał. Wszystkie znajdowały się na płycie z kamienia łupanego, o wymiarach 19x17,5 cm.
Z ojcem Krzysztofa obchodzę górkę. Widać dużo leżących kamieni różnej wielkości, łupanych i gładzonych. Największy z leżących na polu ma wymiary 63,5x46 cm i 12 cm grubości. Niektóre kamienie z jednej strony są mocno osmolone. Przy szczycie widoczne są liczne łupki krzemienne. Im bliżej szczytu, tym występuje ich więcej. Są porozrzucane po całym polu.
Jest i bursztyn!
"W tamtym miejscu było dużo bursztynu. Robotnicy, którzy stawiali śluzę, wykopali bursztyn, który całymi siatkami zabierali ze sobą do domów. Trochę i mnie udało się znaleźć" - mówi Jerzy Lis.
Podchodzimy do śluzy postawionej na Czarnym Rowie, który przepływa tuż obok górki (stanowisko I). Napis pozostawiony w betonie przez robotników informuje o dacie wykonania betonowych elementów śluzy. Było to 14 lipca 1989 roku.
W domu oglądam około 30 okruchów bursztynu, które znalazł Jerzy Lis przy śluzie. największa bryłka ma 3,5 cm długości. Niektóre okruchy bursztynu są przełupane. Mają one najczęściej chropowatą powierzchnię. Jeden kawałek bursztynu (o długości 2 cm) jest inny od pozostałych. Jest cały wygładzony i ma przerwane oczko.
Pięściak
Państwo Lisowie mówią także o znalezionym kamieniu. Kamień wydaje się być krzemiennym pięściakiem (5,7 cm wysokości, 3,4 cm szerokości, grubość 2,3 cm).
Stanowisko II oraz III
Henryka Lisa, brata Stanisławy odnajduję w sklepie spożywczym w Drogosławiu. Na pytanie czy coś słyszał o urnach w Smolnikach życzliwie się uśmiecha. Zaprasza do stolika. Zaczyna opowiadać. Po chwili jesteśmy w samochodzie i jedziemy do Smolnik.
"Po raz pierwszy wyorałem urny w lipcu 1947 r. na górze" (stanowisko I) - mówi Henryk Lis. "Pługiem natrafiłem tam też na palenisko. Zbudowane było z głazów i oblepioną gliną. W środku znajdowała się masa popiołu. Palenisko mieściło się na stoku od strony Szubina. Część kamieni przeszkadzających w orce usunąłem z pola. Lemiesze często pękały. Palenisko wyraźnie zataczało łuk i mogło mieć około 1,5-2 m średnicy. Część tego paleniska i kamieni powinna być jeszcze w ziemi, o ile nie została później wyorana. Ta górka znacznie się obniżyła" - wspomina Henryk Lis. "Wiatr wywiał z niej sporo piasku. Była o wiele wyższa. Rocznie o dobrych kilka centymetrów maleje. Wyorałem razem około 20 urn o pojemności 1,5-2 litrów. W niecce urna była obstawiona kamieniami i od góry przykryta większym głazem. W każdym grobie była tylko jedna urna. Niektóre urny miały szlaczek - jakby odciśnięto co kawałek gałązkę. Natrafiłem też na takie, które miały zdobienia w kształcie końcówki dachówki czy falbanki. Dużo krzemieni znalazłem. Długie iskry z nich krzesałem. Wyorałem sporo kamieni. Niektórych nie mogłem unieść. Zwykle były to kamienie polne, jakby na pół porozbijane. W kilku urnach był popiół. Kości w nich nie spotkałem. Popiół miał kolor żółty, jakby był to kompost lub jakaś mierzwa. To wszystko wyorałem na zachodnim stoku wzniesienia od strony Szubina".
Henryk Lis pokazuje miejsce, w którym natrafił na palenisko. "Ziemia w tym miejscu zawsze była inna i zboże inaczej rosło" - mówi. Są jeszcze dwa takie miejsca, gdzie występuje ziemia jakby zmieszana z popiołem i gliną. Też znajdują się na wierzchołkach pagórków. Oddalone są wszystkie od siebie około 500-600 metrów.
W odległości około 500 m od stanowiska I zatrzymujemy się na niewielkim wzniesieniu (stanowisko II). "Tutaj znajduje się dużo większe palenisko od tamtego" - mówi Henryk Lis. "Natrafiłem na piec podczas prac polowych. Kamieni nie rozbierałem, więc powinien być nadal w ziemi. W tym miejscu zboże też inaczej rośnie, gleba musi być w coś zasobniejsza" - dodaje. "Znalazłem tutaj sporo kul kamiennych, okrągłych i pięknie wygładzonych. Były one trochę większe od piłeczki golfowej".
W odległości około 600 m od stanowiska II znajduje się kolejne charakterystyczne miejsce. Pomiędzy stanowiskiem II a III znajduje się dom, w którym mieszka Henryk Lis. W ogródku widać dużo kamieni łupanych i gładzonych - są pobielone i służą jako podstawa klombów.
"W tym miejscu (stanowisko III) ziemia się nie kurzy" - mówi Henryk Lis. Wyraźnie czuję pod nogami ziemię mocniejszą, bardziej zbitą. Kawałek dalej od wskazanego miejsca buty mocno zagłębiają się w ziemię.
"Wyorałem tutaj bardzo dużo kości, coś takiego jakby ptasie nogi. Piszczelowate kości, chyba były pochodzenia zwierzęcego. Tylko w tym miejscu występuje żużel" - dodaje. Dwa razy zagłębia łopatę w ziemi. Na powierzchni widać bryłki spieczonej ziemi. Są także kawałki zwęglonego drewna.
Dęby
Wracając ze stanowiska III Henryk Lis wspomina, że były tutaj same bagna i trzęsawiska. Niedaleko obecnego Czarnego Rowu płynęła Stara Gąsawka - tak nazywali te rzeczkę jego rodzice i starzy mieszkańcy. Czarny Rów został poszerzony i uregulowany, a po Starej Gąsawce pozostało dobrze widoczne w terenie suche koryto.
Dochodzimy do pola, gdzie wyorywane są inne przedmioty. "Wystarczy głębiej wjechać pługiem, aby zahaczyć o konar dębowy. Są one wszystkie zwęglone i bardzo ciężkie. Najdłuższe mają ponad 3 m długości. Wyorałem sporą ilość takich kawałków, które traktorem zawiozłem na podwórko. Po odłupaniu mniejszych kawałków lepiej paliły się w piecu niż węgiel" - wspomina brat Stanisławy Lis.
"Tam, gdzie wyorałem urny (stanowisko I), znalazłem kiedyś kamienną siekierkę. Taki dziobak, wygładzony z szarego kamienia. Nie miała przewierconego otworu. Widzi pan, nikt na to wcześniej nie zwracał uwagi" - mówi sympatyczny pan Henryk.
Pytań i wątpliwości jest wiele. Można je wyjaśnić tylko poprzez przeprowadzenie kompleksowych badań archeologicznych.
PS. Jak powiedziała nam Olga Romanowska-Grabowska, zastępca Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, odkryte wykopaliska znajdą prawdopodobnie miejsce w Muzeum Ziemi Szubińskiej; dotyczą Szubina i w Szubinie jest ich miejsce.
Obecnie odkryte cmentarzysko łużyckie bada Józef Łoś z Muzeum im. Loena Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Za dwa tygodnie przedstawimy Państwu jego wypowiedź na temat odkrycia. (dk)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze