Jo Rothstein podsumowuje swój pobyt w Żninie.
Dominik Księski: - Miałeś być w Żninie dwa lata, po roku wyjeżdżasz. Dlaczego?
Joseph Rothstein: - Jak wiesz, przyjechałem do Żnina, aby pomóc w starcie Pałuckiej Fundacji Ekologicznej. Korpus Pokoju przydzielił mi miejsce właśnie tu, nie był to mój wybór. Przyjechałem do Żnina z wielkimi nadziejami, podekscytowany nowością i gotów do pomocy tam, gdzie mnie potrzebują. Korpus Pokoju nie przysyła ekspertów. Nie jestem żadnym ekspertem i nigdy tak nie twierdziłem. Korpus Pokoju przysyła Amerykanów, którzy chcą przez dwa lata żyć życiem ludzi w innych krajach i którzy pracują w organizacjach, które tego potrzebują, wnosząc w nie amerykański punkt widzenia.
Gdy przyjechałem, fundacja nie miała dyrektora. Pierwszym działaniem fundacji był jego wybór. W zgłoszeniu wysłanym przez Urząd Miejski do Korpusu Pokoju, w którym proszono o przydzielenie ochotnika, napisano, iż dyrektor fundacji będzie płynnie mówił po angielsku. Było dla mnie oczywiste, iż naturalną sprawą będzie moja pomoc w ocenie znajomości języka angielskiego przez kandydatów w procesie ich wyboru - tu mógłbym pierwszy raz pomóc.
- Widocznie komisji konkursowej nie przyszło do głowy, że przyszły podwładny może uczestniczyć w wyborze szefa.
- Widocznie. Nie uczestniczyłem w tym w ogóle. Także moje sugestie co do tego, aby ogłosić konkurs w różnych gazetach o szerokim zasięgu, nie zostały przyjęte.
Ogłoszenie o konkursie na dyrektora zostało ogłoszone jedynie w "Pałukach". Ile osób znających angielski, interesujących się ochroną środowiska i szukających pracy czyta "Pałuki"? Spośród trzech osób, jakie się zgłosiły jedna znała angielski, ale nie ta została wybrana.
Oto punkt, w którym zaczęły się problemy fundacji. Z tym, że - jak się później dowiedziałem - jednak nie było ważne, w ilu gazetach anons o poszukiwaniu dyrektora został wydrukowany, gdyż stanowisko obsadzono jeszcze przed konkursem. Decyzje nie leżały już w rękach ludzi, którzy rozpoczęli budowę fundacji. Władze polityczne w Bydgoszczy powstanie fundacji wykorzystały do wymiany personalnej na stanowisku dyrektora Urzędu Rejonowego, które chcieli obsadzić kimś ze swoich.
W wyniku politycznej manipulacji rękami zarządu fundacji wybrano pana Bogdana Świercza na dyrektora fundacji, on zrezygnował ze stanowiska dyrektora, które zostało wolne i można je było obsadzić kim innym.
To, co było pierwotnie wspaniałą ideą, stało się polityczną grą. Choć pan Bogdan Świercz nie mówił po angielsku i nie miał zawodowego przygotowania w kierunku ochrony środowiska, byłem szczęśliwy, że w końcu fundacja ma dyrektora i że mogę zacząć pracę.
Najpierw były dwa miesiące przed wyborem dyrektora. Potem cztery miesiące przed utworzeniem biura. W momencie, gdy biuro rozpoczęło działalność, podczas mego pierwszego spotkania z panem Świerczem, próbowałem, posługując się mą kulawą polszczyzną, odpowiedzieć na pytanie o mą rolę, jako ochotnika Korpusu Pokoju, pracującego w Polsce. Wspomniałem o projekcie innego ochotnika Korpusu Pokoju w Poznaniu, który opracował trasę rowerową z Frankfurtu do Poznania i - ponieważ w Ameryce wiele tras po starych liniach kolejowych przekształca się w drogi rowerowe, zaproponowałem, by uczynić coś takiego między Żninem a Szubinem, podłączając ewentualnie szlak do trasy poznańskiej. Stało się to pierwszym projektem fundacji.
- Projekt ten jest realizowany. Wróćmy jednak do pytania, czemu opuszczasz Żnin.
- Nie czuję, aby moja praca była fundacji potrzebna. Wiele razy za to odczułem, iż nie byłem traktowany poważnie, jak partner, raczej jako ktoś, z kim nie wiadomo, co począć i kto nie powinien za dużo wiedzieć.
Najlepszy przykład tego da historia mej podróży do Giżycka, która nadawałaby się na świetny felieton. Krótko po pierwszym spotkaniu pan Świercz powiedział mu, iż Pałucka Fundacja Ekologiczna wyjeżdża do Giżycka na spotkanie z działaczami tamtejszej fundacji Ochrony Jezior Mazurskich. Spotkanie było wyznaczone miesiąc wcześniej na piątek, 21 czerwca i dyrektor zaproponował mi wspólny wyjazd. Bardzo czekałem na tę podróż, będącą początkiem działalności fundacji na zewnątrz.
W czwartek rano przed wyjazdem, nie mając do tego czasu żadnych informacji dotyczących planów podróży, poprosiłem znajomą, aby zadzwoniła do pana Świercza i spytała o szczegóły wyjazdu. Usłyszała: "- Nie ma miejsca dla niego".
Zapytałem, kto jeszcze jedzie, na co dyrektor fundacji odpowiedział, że burmistrz Gołąb z Barcina i jej gość, razem trzy osoby. Wiedziałem, że polskie samochody są małe, ale żeby aż tak?
Krótko mówiąc, byłem zaskoczony i skonfudowany: Jestem, czy nie jestem częścią Pałuckiej Fundacji Ekologicznej? Byłem zły, ale zdecydowałem się jechać mimo wszystko. Opuściłem Żnin w czwartek o 13.00 i przyjechałem do Ełku około 24.00, gdzie zatrzymałem się na na noc u koleżanki z Korpusu Pokoju, pracującej w tym mieście. Następnego ranka chwyciłem pociąg, jadący z Ełku do Giżycka. Nie miałem adresu spotkania, wiedziałem tylko, że zaczyna się o 10.00 i muszę zdążyć. W Urzędzie Miejskim byli wielcy - zdobyłem wszystkie informacje, wsadzono mnie w samochód i zawieziono na miejsce zebrania. Była 11.15. Lepiej późno, niż wcale.
Dyrektor fundacji i burmistrz Gołąb byli bardziej niż zaskoczeni. Od Pana Świercza usłyszałem tego dnia dwa słowa, od pani Gołąb - żadnego. Dotąd nie znam pomysłu na wytłumaczenie tej sytuacji. Na pewno jednak wiem, że nie tak powinna wyglądać współpraca z kimś, kto ma pracować dla fundacji.
Cały czas jednak pocieszałem się, że jest to okres przejściowy, że gdy fundacja zostanie zarejestrowana, działać będzie inaczej i rozwinie skrzydła. Jak wiemy, sąd odrzucił wniosek o rejestrację. Teraz statut został poprawiony, fundacja od nowa tworzy się, rejestracja - jak sądzę, potrwa również tyle samo, co poprzednio, czyli ponad pół roku - nikt tego nie wie, a bez rejestracji fundacja nie może legalnie działać. Zostałoby mi pół roku lub kilka miesięcy - cóż przez ten czas mógłbym w Żninie zrobić?
- Czemu jednak teraz rezygnujesz, a nie w momencie odrzucenia rejestracji fundacji przez sąd?
Pozbywanie się złudzeń trochę trwa. Nadal jestem pewien, że koncepcja regionalnej fundacji dla rozwiązywania regionalnych spraw to wielka idea. Ale dobre idee są jak dziury w serze - każdy je ma. Dobre idee potrzebują dobrej realizacji. To jest najtrudniejsza zawsze sprawa.
- Jeśli można by podsumować Twój pobyt w Żninie, trzeba wspomnieć jeszcze o klubie angielskim, którego zajęcia odbywały się nieregularnie w Domu Kultury i o Twej pomocy w zdobywaniu funduszów na program staży i szkoleń dla 14 dziennikarzy z Białorusi, Ukrainy, Litwy i Rosji, jaki realizuje od roku nasz tygodnik i który - jeśli wszystko się powiedzie - zostanie zrealizowany w tym roku.
- Jeśli były propozycje wykorzystania mojej pomocy - starałem się pomóc. Wszystkich moich przyjaciół, jakich w Żninie przez ten rok poznałem bardzo będzie mi żal opuszczać. Chciałbym też podziękować wszystkim, którzy mi pomogli, za ich opiekuńczość i życzliwość. Opuszczam Żnin z ciężkim sercem, ale muszę patrzeć w przyszłość.
- Dziękując Ci za to, co zrobiłeś dla naszego miasta, życzę Ci w tej przyszłości większych sukcesów, niż tu. Powodzenia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze