W pracy chirurga nie brakuje momentów trudnych. Jeden z zabiegów Wojciech Kiliński wykonywał w Wigilię. Właśnie dlatego pamięta ten przypadek, ponieważ przyszło mu go wykonywać w tym szczególnym dniu. Pacjent był operowany sześć godzin. Miał krwawienie z przewodu pokarmowego. Trzeba było wykonać resekcję jelita grubego. Później zespolenia. Pacjent ważył 120 kg. Rzadko zdarzają się tak długie operacje, ale akurat ten pacjent miał wiele schorzeń, wiele zrostów, guz. Zabieg przebiegał nie tak jak trzeba. Rodzina czekała z Wigilią. Dopiero po jakimś czasie otrzymała informacje o przedłużającej się operacji. A ordynator spóźnił się na Wigilię.
Doktor Wojciech Kuliński, ordynator oddziału chirurgicznego, powtarza, że nie można popadać w rutynę. To pewnie dlatego to skupienie. Niby zabieg nieskomplikowany, ale ryzyko jest. Im trudniejsza operacja, tym ryzyko większe, ale nawet przy nieskomplikowanych zabiegach ono zawsze istnieje.
„Prowadzenie oddziału to nie jest praca jednoosobowa, to jest praca zespołowa“ - podkreśla Wojciech Kuliński. Na zdjęciu: ordynator Wojciech Kuliński (pierwszy z prawej) podczas operacji z lekarzem Joanną Świątek (w okularach) i instrumentariuszką Marzeną Jarocką. fot. Remigiusz Konieczka
To był pierwszy zabieg tego dnia. Pacjent znieczulony od pasa w dół, podczas całej operacji był przytomny. Pytał chirurga, kiedy znowu będzie mógł zagrać w siatkówkę. Taki luźny wtręt, by rozluźnić atmosferę. Lekarz odpowiedział krótko, że niedługo i zaczął operować. Pacjent nie widzi, co dzieje się po drugiej stronie parawanu zrobionego z wielkiego prześcieradła, którym nakrywa się operowanego. Tam, gdzie stoi zespół operacyjny, nie ma miejsca na żarty. Pacjent rozmawia cały czas z anestezjologami i z pielęgniarkami. Chirurg i jego zespół czasem zażartują, coś śmiesznego powiedzą, ale mimo tego w oczach widać skupienie. Ordynator oddziału chirurgicznego Wojciech Kuliński podczas zabiegu to skupienie w oczach ma. Zwykły zabieg przepukliny, a jednak w pewnym momencie musi działać nierutynowo. - Każdy pacjent jest inny. Tak jak są niepowtarzalne rysy twarzy, tak samo jest z wnętrzem człowieka. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takimi samymi szczegółami narządów wewnętrznych. Dlatego nigdy nie można popadać w rutynę - mówi Wojciech Kuliński.
Ordynator oddziału chirurgicznego w szubińskim szpitalu zdecydował się na studia medyczne w ostatniej klasie liceum. Długo zastanawiał się, jaki wybrać kierunek. Gdzieś w głowie pojawiła się na moment weterynaria. Ale ostatecznie wygrała medycyna. Przyszły chirurg udzielał się przed studiami w szpitalu jako wolontariusz. Wybór ułatwiło to, że wuj Wojciecha Kulińskiego był chirurgiem. - Zacząłem wolno przekonywać się do pójścia na medycynę - mówi Wojciech Kuliński.
Ordynator pochodzi z Płocka, a na studia wybrał się do Gdańska. Do Warszawy miał bliżej, ale Trójmiasto wydawało mu się bardziej atrakcyjne. Przy wyborze miejsca studiów decydowały też czynniki pozamedyczne. Wojciech Kuliński lubi wodę i pływanie. Po studiach pływał nawet jako lekarz okrętowy. - Woda mnie bardziej pociągała niż atrakcje stolicy.
O wyborze kierunku studiów, a potem specjalizacji, zdecydowało to, że w pracy chirurga dość szybko widać efekty związane z powrotem do zdrowia. Jednak początki, jak to na medycynie, były trudne. Najtrudniejsza była anatomia. Studenci musieli uczyć się jej po polsku i po łacinie. Tysiące nazw trzeba było znać na pamięć. Największy odsiew był na I roku. Jedna czwarta studentów odpadła. Wojciech Kuliński zdał za pierwszym razem. Zaliczył nieźle pierwszy rok i - jak sam przyznaje - tak się tym sukcesem zachłysnął, że na drugim roku miał dwa egzaminy w drugim terminie.
Ukończył studia z wynikiem ponad dobrym i przeniósł się do Bydgoszczy. Dla absolwenta medycyny Bydgoszcz była atrakcyjnym miastem, ponieważ bardzo potrzebowano tam lekarzy. Ponadto Wojciech Kuliński, będąc jeszcze na V i VI roku studiów, wziął stypendium zobowiązując się do jego odpracowania w szpitalu im. Jurasza. W grodzie nad Brdą powstawała Akademia Medyczna, co była szczególnie atrakcyjne dla początkującego lekarza. Oprócz tego żona ordynatora pochodzi z Bydgoszczy. Te wszystkie czynniki zdecydowały, że młody lekarz przeprowadził się w 1978 roku do Bydgoszczy.
W Juraszu przez pierwszy rok był stażystą. Staż polegał na trzymiesięcznej pracy na oddziale chirurgii, internie, pediatrii i wewnętrznym. Chciał zostać chirurgiem ogólnym, ale nie było wtedy w Bydgoszczy wolnych miejsc dla chirurgów. Ani w Juraszu, ani w Bizielu. Rok pracował na torakochirurgii. Torakochirurgia zajmuje się chirurgią klatki piersiowej z wyjątkiem serca. Ten kierunek nie do końca odpowiadał młodemu lekarzowi. Przepracował tam dwa lata. Potem w Bizielu zrobiło się wolne miejsce i Wojciech Kuliński się tam przeniósł. W tym właśnie szpitalu zrobił specjalizację z chirurgii ogólnej. W 1982 r. specjalizację pierwszego stopnia, a w 1986 roku - drugiego stopnia.
- To co przyciąga lekarzy do chirurgii, to właśnie to, że można zaobserwować dość szybko efekty leczenia - wyjaśnia Wojciech Kuliński. - Najczęściej nie są to choroby przewlekłe i nawet jak pacjent przyjdzie z ostrym przypadkiem, to można radykalnie usunąć go i po dwóch, trzech tygodniach pacjent wraca do pracy. Efekt naszej pracy widać dość szybko. Poza tym każdy zabieg operacyjny wiąże się z jakimś ryzykiem. Dla pacjenta, ale też dla chirurga. To ryzyko, to wydzielanie adrenaliny i chęć niesienia pomocy innym, zachęca młodych lekarzy do wyboru chirurgii. Rzucanie sobie wyzwań, chęć udowodnienia, że będę miał najmniej powikłań, że będę najlepszy, że będę chciał pomóc pacjentowi, powoduje, że zabiegowcy mają specyficzny charakter w podejściu do pracy. Pewnie dlatego później część rezygnuje, odchodzi. Bycie zabiegowcem to cecha charakteru, którą trzeba mieć, by być dobrym, profesjonalnym i efektywnym. W tej profesji trzeba czasem zaryzykować. Ryzyko wpisane jest w zawód lekarza, a szczególnie zabiegowca. Ryzyko stanowi koszty, a koszty są czasem zbyt wysokie. Dlatego istotna jest umiejętność znalezienia złotego środka. Zaryzykować, ale nie kosztem życia pacjenta.
Ten okres pracy Wojciecha Kulińskiego to ciągłe dokształcanie się i unowocześnianie technik pracy. Na zaproszenie jednego z senatorów Wojciech Kuliński wyjechał do ówczesnego Berlina Zachodniego. Pracował tam przez rok. Później cztery lata pracował w RPA. Prowadził zespół złożony z pięciu lekarzy. Każdy z nich był z innego kraju. Miał do dyspozycji nowy i bardzo dobrze wyposażony szpital. Lekarze mieli zapewnione mieszkanie i bardzo dobre warunki pracy. Kiedy w Polsce PRL stał się historią i narodziła się RP, postanowił wrócić.
- Wróciłem, bo w Polsce się zmieniło. Po powrocie do Polski chciałem zrobić coś takiego, co widziałem w RPA: stworzyć mały zespół lekarzy na prowincji. Nie tylko w dużych miastach, w ośrodkach akademickich, ale w małych miastach można podobnie pomagać pacjentom. Równie dobrze i profesjonalnie - wyjaśnia Wojciech Kuliński.
Początki pracy w Szubinie były dla nowego ordynatora dość trudne. Poprzedni ordynator został zwolniony, jedyny lekarz ze specjalizacją złamał rękę i zostało czterech rezydentów bez specjalizacji. Ten najbardziej doświadczony potrafił tylko zdejmować paznokcie. - Wszystkich musiałem uczyć od podstaw i nie ukrywam, że wyszkoliłem ich skutecznie, bo dwóch z tych lekarzy jest dzisiaj ordynatorami. Jeden w Strzelnie, a drugi w Wąbrzeźnie - mówi Wojciech Kuliński. - To co założyłem na początku, doprowadziło do tego, że udało się zbudować dobrą markę tego oddziału.
Wojciech Kuliński ma żonę pracującą jako lekarz radioterapeuta w Centrum Onkologii w Bydgoszczy, dwóch synów i piątkę wnucząt. Lubi jeziora, morza i oceany. Kilka miesięcy był lekarzem na statku przetwórni Dalmoru. Pływał na południu Oceanu Atlantyckiego. Na statku była mała sala operacyjna. Wykonywał zabiegi, leczył drobne urazy, wykonywał szycia. Zrobił uprawnienia do nurkowania. Należy do klubu płetwonurków. Uzyskał uprawnienie do prowadzenia łodzi motorowych, w tym roku wziął na barkę całą rodzinę i spędził wakacje na wodzie. - Drogi wodne są bardzo ciekawe. Cisza, spokój i obcowanie z przyrodą - mówi ordynator.
Od chwili, kiedy Wojciech Kuliński został ordynatorem oddziału chirurgicznego w Szubinie, mija właśnie 20 lat. W rozmowie z Pałukami podkreśla, jak bardzo zmieniło się leczenie przez te dwie dekady. Wtedy było ponad 40 łóżek na oddziale. Pacjentów leczyło się znacznie dłużej. W tej chwili pacjent, który przychodzi np. na operację przepukliny, jednego dnia jest przyjmowany, drugiego operowany, a trzeciego idzie do domu. Wtedy pacjent był przyjmowany, operowany i leżał w szpitalu aż do zdjęcia szwów. Najczęściej trwało to tydzień. Zabiegi, które teraz są wykonywane, są mniej inwazyjne. Wykonywane są najczęściej metodą laparoskopową. Tą metodą rutynowo wykonywane jest usuniecie pęcherzyka żółciowego, wyrostka robaczkowego itd. Wcześniej chirurg musiał dotrzeć do organów jamy brzusznej poprzez szerokie nacięcie powłok jamy brzucha. Oprócz laparoskopu chirurdzy używają teraz innych nowoczesnych metod i sprzętu, np. staplerów, czyli zszywaczy do jelit.
- Technika i metody tak bardzo poszły do przodu, że z tych 40 łóżek zostało 23 i nie zawsze są wszystkie zajęte, mimo że ilość zabiegów się nie zmieniła - mówi ordynator.
Na oddziale wykonywanych jest ok. 700 zabiegów rocznie. Kiedyś było to 500-600 zabiegów. Ich ilość wzrasta, ale już przy zmniejszonej ilości łóżek na oddziale. Najczęściej wykonywane są operacje pęcherzyków, przepuklin, żylaków i hemoroidów oraz operacje przewodu pokarmowego. Wykonywane są też operacje wyrostków, ale jest ich teraz mniej ze względu na zmianę metody leczenia i diagnostyki zapalenia wyrostka robaczkowego.
Praca lekarzy zmieniła się ze względu ma postęp techniczny. To po pierwsze. Po drugie - zmieniła się ze względu na konieczność wypełniania większej ilości dokumentów. Jak wyjaśnia Wojciech Kuliński, wynika to z zabezpieczenia pacjentów i personelu medycznego przed roszczeniami. Personel obowiązują ustalone procedury. Są to czynności, które muszą być wykonane. - I mimo że je wykonaliśmy prawidłowo, to coś się stało. Dokumentacja nas broni. Im więcej procedur, tym więcej trzeba wypisywać dokumentów. Szczegółowo opisujemy w nich stan pacjenta i co zostało wykonane podczas leczenia. Dzięki temu bezpieczeństwo pacjenta jest większe, a ochrona prawna lekarzy przed zarzutami niestaranności, skuteczniejsza. W ciągu 30 lat pracy kilkukrotnie zwiększyła się ilość dokumentów.
Zmniejszyć tego, zdaniem ordynatora, się nie da, bo pozbawi to pacjentów i lekarzy wspomnianej ochrony. Postęp medycyny wiąże się z zachowaniem staranności w wypełnianiu procedur. Są zasady, których nie można przeoczyć. Rzeczy, które trzeba wykonać. Coraz mniej jest miejsca na indywidualność. Więcej czasu poświęca się na wypisywanie dokumentów, niż na badanie i rozmowę z pacjentem.
- To jest paradoks czasów. Każdy z nas to robi, bo kiedy coś się stanie, to przy wypełnionych procedurach, dokumenty chronią lekarzy. Cały czas powtarzam lekarzom, że nie możemy popadać w rutynę. Ona gubi ludzi. Wszystkich. Zdarzy się jeden pacjent na dziesięciu, do którego trzeba podejść nierutynowo. Każdy jest inny - podkreśla ordynator.
W ryzyko wpisane są też powikłania. Im zabieg jest większy, tym ryzyko jest większe. Lekarze zawsze starają się przestrzegać wszystkich procedur, żeby ryzyko ograniczyć. Na oddziale notowane są zgony, 1-2 na rok, pacjentów beznadziejnie chorych, których się nie udaje operować.
Zdaniem Wojciecha Kulińskiego, najważniejszy jest zespół. - Prowadzenie oddziału to nie jest praca jednoosobowa. To jest praca zespołowa. Ja bez dobrego zespołu pielęgniarek i lekarzy niewiele bym znaczył - mówi. - To wszystko, co zrobiliśmy, te osiągnięcia, mamy dzięki pracy całego zespołu. Nawet najlepszy organizator, szczególnie w oddziałach zabiegowych, mało znaczy. Żeby kompleksowo pacjenta przygotować do zabiegu, zoperować, prowadzić po zabiegu, potrzebna jest bardzo dobra opieka pielęgniarska. A oprócz tego prawidłowo prowadzona dokumentacja medyczna.
W zespole na oddziale chirurgicznym ordynator ma do dyspozycji dwóch asystentów z II stopniem specjalizacji (jeden z nich posiada specjalizację z chirurgii naczyniowej) i dwóch rezydentów, czyli lekarzy, którzy się kształcą. Z lekarzami pracuje 12 pielęgniarek i oddziałowa. W prowadzeniu dokumentacji medycznej pomaga sekretarka medyczna. Do tego zespołu trzeba dodać zespół sprzątający. Mimo że jest zarządzany przez zewnętrzną firmę, to pracownice również identyfikują się z zespołem. Ordynator wyjaśnia, że w trakcie doby pacjent z lekarzami widzi się przez godzinę, a przez 23 godziny pozostaje pod opieką pielęgniarek.
- Ten zespół pielęgniarski jest bardzo oddany dla pacjenta. Nasze pielęgniarki są wyśmienite. Jesteśmy zgranym zespołem - podkreśla Wojciech Kuliński.
Na oddziale chirurgicznym dzień pracy rozpoczyna się ok. 715. Wtedy zespół zbiera się na odprawie. Lekarz dyżurny relacjonuje przebieg dyżuru personelowi, który przyszedł na dzienną zmianę. Mówi o tym, co się zdarzyło po południu poprzedniego dnia i w nocy. Mówi, ilu pacjentów przyjął, jakie zabiegi zostały wykonane, jak pacjenci się czują po zabiegach z dnia poprzedniego. Mówi też o tym, czy i jakie przeprowadził konsultacje. Odprawa trwa kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Wszystko zależy od ilości przypadków, od ilości omawianych problemów.
- Dyskutujemy też o pacjentach wątpliwych, czyli takich, u których trzeba ocenić sposób leczenia, zakwalifikować do zabiegu; jak anestezjolodzy ocenili pacjentów już przyjętych do planowanych zabiegów operacyjnych. To wszystko odbywa się między 715 a 745 - wyjaśnia Wojciech Kuliński.
Po odprawie jest obchód, który też trwa około pół godziny. Lekarze przechodzą od łóżka do łóżka. Lekarz dyżurny mówi o nowych pacjentach, pozostali lekarze patrzą na stan pacjentów już wcześniej przyjętych, również tych po zabiegach, dają zalecenia i przechodzą do następnej sali.
- To co jest naszą zmorą, to podejście niektórych pacjentów, którzy się zapisują, a nie przychodzą. Nie mamy dużych kolejek. Dwa miesiące. W poniedziałek nie przyszło dwóch. Teraz jeden. I to na zabieg planowany. Zapisują się, a nie przychodzą. To nam burzy plan, a inni pacjenci niepotrzebnie czekają. Ponadto nasze możliwości w tym czasie są niewykorzystane. Jeśli pacjent nie przyjdzie, to dzwonimy do następnych z kolejki, ale mało kto decyduje się na operację z dnia na dzień. Mamy oczekujących, ale ostatnio nikt z nich się nie zgodził. Gdybyśmy wiedzieli dwa dni wcześniej, że pacjent nie przyjdzie - wtedy jest inna sytuacja. Można wnioskować, że rzeczy, które łatwo przychodzą, nie do końca się szanuje. Gdyby była symboliczna odpłatność za wizytę, to mobilizowałoby, dyscyplinowałoby pacjentów do respektowania terminów. Niewiele: 5-10 zł. Bo przecież dochód z tego byłby żaden. Nawet dziś dzwoniłem i na pięć telefonów dwie osoby odebrały. Nie wiem, jak ten problem rozwiązać. Naprawdę nie wiem - rozkłada ręce chirurg.
Okazuje się, że pacjenci nie tylko nie przychodzą na planowe zabiegi operacyjne, ale również na wizyty w poradni specjalistycznej. Lekarze z oddziału przyjmują również pacjentów w poradniach chirurgicznych. Wojciech Kuliński przyjmuje w Szubinie i Koronowie. Chirurg asystuje położnikowi przy cesarskim cięciu. Najczęściej po południu. Jeśli pacjent przyjdzie na izbę przyjęć z urazem, to chirurg wykonuje różne zabiegi. Wzywany jest do szycia, złamania, stłuczenia.
Praca teoretycznie zaczyna się o 700 i kończy o 1500, ale praca - jak wyjaśnia ordynator - ma charakter płynny, bo rano lekarz dyżurujący w nocy zostaje na oddziale, a po południu ten, który będzie pełnił dyżur przez kolejną noc, też zostaje. Jeśli jest trudny zabieg, to lekarze przyjeżdżają z domu, by asystować i pomagać. Na oddziale przyjmowanych jest około 130 pacjentów miesięcznie, w miesiącach świątecznych i wakacyjnych pacjentów jest mniej, co daje średnią 1.300-1.400 pacjentów rocznie. Pracy jest dużo, ale są też chwile na odpoczynek.
Wieczorem, około 1800, lekarz dyżurny również wykonuje obchód. Orientuje się, jaki jest stan przyjętych pacjentów, daje im do podpisania zgodę na zabieg, tłumaczy, na czym zabieg będzie polegał, orientuje się, kto gorączkuje, komu podać leki przeciwbólowe po zabiegu. W nocy zagląda do tych najciężej chorych, by monitorować ich stan. - Patrzy się na ich parametry. Na aparaturze sprawdzamy ich tętno, ciśnienie, saturację, czyli utlenienie krwi, puls oksymetr, ilość oddechów. Mierzone są wszystkie parametry życiowe pacjentów po zabiegu operacyjnym. Monitoring jest pełen - mówi Wojciech Kuliński.
Przed zabiegiem operacyjnym chirurg musi umyć dłonie. Mycie trwa około 3 minut. fot. Remigiusz Konieczka
Na oddziale są trzy dni operacyjne: poniedziałki, wtorki i czwartki. W te dni o 830 pierwszy pacjent jedzie na salę operacyjną. Zespół dwóch lekarzy idzie na operację, a dwaj pozostali wykonują wypisy pacjentów, którzy wychodzą ze szpitala. W wypisie opisywany jest stan ogólny, zalecenia, to co zostało zrobione. W ciągu dnia wykonywanych jest od czterech do pięciu zabiegów. Lekarz po dyżurze nie schodzi z oddziału, ale pomaga pozostałym, choć - jak zaznacza ordynator - nie uczestniczy w zabiegach operacyjnych. Plan operacyjny ustalany jest dzień wcześniej. Dzień przed operacją wykonywane są szczegółowe badania, żeby określić stopień ryzyka zabiegu.
- Ryzyko zabiegu zawsze jest. Na całym świecie - uświadamia Wojciech Kuliński. - Obojętnie jakiego zabiegu. Może tylko badanie USG nie, ale każda endoskopia niesie za sobą ryzyko. Im mniejszy zabieg, tym mniejsze ryzyko. Nawet najmniejsze zabiegi niosą ryzyko i żeby je ograniczyć do minimum, przyjmujemy pacjentów i robimy im badania. Są to badania podstawowe, które określają nam kondycję pacjenta i stopień ryzyka. Wieczorem, jak zbierzemy wszystkie badania, to przychodzi anestezjolog i proponuje pacjentowi odpowiedni sposób znieczulenia. Stosuje się znieczulenia tzw. podpajęczynówkowe, od pasa w dół, są znieczulenia miejscowe, ogólne, w zależności od rodzaju operacji. Natomiast rano według kolejności pacjenci jadą na salę operacyjną.
Nowy blok operacyjny w szubińskim szpitalu jest nowoczesny. I nie chodzi tu tylko o samą aparaturę, ale również o rozplanowanie pomieszczeń. Innymi drzwiami wchodzi personel, innymi wjeżdża pacjent. Ordynator wchodząc na blok musi zdjąć ubranie, w którym chodzi po oddziale. Ubiera jeden z kilkudziesięciu rozłożonych na półce czystych kompletów. To specjalny komplet składający się z bluzki i spodni. Można w nim chodzić tylko po bloku operacyjnym. Na nogi zakłada gumowe, wysterylizowane buty. Na głowę jednorazowy czepek, a na twarz maskę.
Kiedy anestezjolog znieczula pacjenta, do zabiegu przygotowuje się zespół lekarzy. Przed operacją czas na mycie rąk. Urządzenia aplikujące płyny dezynfekujące uruchamiają się po zbliżeniu dłoni. Woda z kranu też leci tylko wtedy, gdy zbliży się dłoń. Mycie trwa trzy minuty. Potem lekarze zakładają kitle i rękawiczki. Jeszcze krótkie przygotowanie pacjenta i już. Operacja się zaczyna.
Podczas zabiegu - mimo rozmów - słychać odgłos aparatury monitorującej stan pacjenta. Pacjent z personelem rozmawia cicho. Zespół komunikuje się też cicho. Na sali jak w bibliotece. Lepiej głośno nie rozmawiać. W tle gra radio. Przy muzyce lepiej się pracuje. Instrumentariuszka ma pełne ręce roboty. Co chwilę podaje odpowiednie narzędzia. Jak poda jedno, drugie musi być przygotowane. Lekarze zmieniają komplet rękawic. Nad tym czuwa instrumentariuszka. Nad stanem pacjenta anestezjolog. W pewnym momencie chirurg odchodzi od stołu. Zakończył operowanie. Lekarz asystujący zszywa pacjenta. Wtedy atmosfera się rozluźnia. Personel żartuje i pacjent wraz z nim. Zabieg się udał. Pacjent opuścił blok operacyjny.
W zabiegu wzięli udział: lekarze chirurdzy - Wojciech Kuliński i Joanna Świątek, instrumentariuszki - Marzena Jarocka i Joanna Przyszlakowska, anestezjolodzy - Aleksander Jabłoński i Magdalena Makieła-Hejnicka, pielęgniarka anestezjologiczna - Dorota Kaniewska, nad wszystkim czuwała oddziałowa Violetta Kuczma.
W pracy chirurga nie brakuje momentów trudnych. Jeden z zabiegów Wojciech Kiliński wykonywał w Wigilię. Właśnie dlatego pamięta ten przypadek, ponieważ przyszło mu go wykonywać w tym szczególnym dniu. Pacjent był operowany sześć godzin. Miał krwawienie z przewodu pokarmowego. Trzeba było wykonać resekcję jelita grubego. Później zespolenia. Pacjent ważył 120 kg. Rzadko zdarzają się tak długie operacje, ale akurat ten pacjent miał wiele schorzeń, wiele zrostów, guz. Zabieg przebiegał nie tak jak trzeba. Rodzina czekała z Wigilią. Dopiero po jakimś czasie otrzymała informacje o przedłużającej się operacji. A ordynator spóźnił się na Wigilię.
- Miałem różne przypadki, nawet beznadziejne. Zdarzały się operacje, w których nie wiadomo było, czy pacjent przeżyje, ale ta wiara pacjenta i nasza powoduje, że pacjenci wychodzą. Są i porażki. Nie jestem Bogiem ani nikt z nas - podkreśla Wojciech Kuliński.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1290 (44/2016)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze