Żnin, uniwersytet III wieku, Powstanie Wielkopolskie, Dariusz Kucharski
O historycznych walkach
26 stycznia 2012 r. w Żnińskim Domu Kultury odbył się kolejny wykład dla studentów Uniwersytetu III Wieku im. Wandy Dobaczewskiej w Żninie.
Pochodzący ze Żnina Dariusz Kucharski opowiedział, jak wyglądała sytuacja na terenie dawnych ziem Rzeczypospolitej Polskiej, które od 1772 roku były pod zaborem pruskim. W tym czasie polityka pruska, a potem niemiecka, przyniosła wielkie zmiany, nie tylko cywilizacyjne, ale także ludnościowe.
- Doszło do całkowitego niszczenia państwowości polskiej. Dzisiaj w historii się o tym troszeczkę celowo zapomina, mówi się, że Niemcy są naszymi wielkimi przyjaciółmi. Ja nie ukrywam, że być może są dużymi naszymi bliskimi sąsiadami, natomiast z tą przyjaźnią jest bardzo różnie, również z tą tak zwaną pamięcią historyczną niestety wcale nie jest tak dobrze - powiedział Dariusz Kucharski. Jako przykład postępowania Prusaków w pierwszych dniach po zajęciu przez nich tych terenów podał zamek w Bydgoszczy, który decyzją króla pruskiego został w trybie natychmiastowym rozebrany. Zamek ten, wybudowany przez Kazimierza Wielkiego, był jednym z większych zamków obronnych Rzeczypospolitej.
- Okres napoleoński to jest taki czas, kiedy społeczność polska uwierzyła, że możemy być wolni i wcale ta wolność nie będzie nam dana. Jak spojrzymy w bezpośrednie działania naszych przodków, to stwierdzimy, że działali z pewnym przygotowaniem, z pełną determinacją i w ich głowach tak naprawdę nie powstawała koncepcja, żeby postarać się, to może nam sąsiedzi dalsi, czyli Francja, Wielka Brytania pomogą. Wręcz przeciwnie - działali, robili swoje. Powstanie Wielkopolskie jest jednym z tego doskonałych przykładów, że jeśli sami nie będziemy dbać o swoje, to nie będziemy nic z tego mieli.
Za czasów Bismarcka z pełną determinacją wszelki opór był likwidowany, a wszystko to działo się w majestacie prawa (rugi pruskie, Hakata). Tworzenie w całym zaborze pruskim wyższych uczelni było zakazane.
Wykładowca powiedział, że przed I wojną światową, o czym często się nie mówi, najbardziej polskimi miastami ze względu na liczbę polskiej ludności były Wilno (ponad 84% Polaków) i Lwów (ok. 70%). - Warszawa nie była miastem tak polskim, jakbyśmy sobie wyobrażali. Podobnie było w Łodzi, lepsza była sytuacja w Krakowie. To jest bardzo istotne przy wszelkich przemyśleniach na temat tego, co się działo w 1918 roku, jaki to był wielki problem, jak działać, żeby to wszystko ułożyło się i żeby z tego rozrzutu całego cokolwiek można było skleić, aby to wszystko powstało.
Także społeczność wielkopolska w 1918 roku zaczęła się zastanawiać, co zrobić, by Polska była. Powstawały tajne organizacje, a najsilniejsze środowisko polityczne związane było z Romanem Dmowskim (partie narodowe). Powstawały też zgodnie z duchem czasu różnego rodzaju rady robotnicze i żołnierskie. - Proszę tych rad nie traktować jako środowisk komunistycznych, ponieważ odniesienie do rad robotniczych i żołnierskich miało całkowicie inny wymiar, wielu oficerów i podoficerów wstępowało do tych struktur widząc w nich krok do dokonania wielu zmian politycznych i społecznych. Powstała także Straż Ludowa oraz Służba Straży i Bezpieczeństwa. W lutym 1918 roku powołano Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego.
11 listopada 1918 roku Józef Piłsudski przejął władzę, przybywszy dzień wcześniej z Magdeburga do Warszawy. Od tej chwili tak zwane obywatelskie przejmowanie władzy następowało coraz szybciej. - To też było jakimś takim dynamitem dla różnych ziem, że jednak można myśleć i działać.
Cały czas w sposób tajny przygotowywano oddziały zbrojne, brakowało jednak wyższej kadry dowódczej. Motorem do działań był przyjazd do Poznania Ignacego Jana Paderewskiego. - Była przy nim na dworcu Straż Ludowa i Służba Straży i Bezpieczeństwa. Dzięki temu oddział niemiecki na czele z oficerami nie mógł wręczyć dekretu szefa administracji dla poznańskiego, że Ignacy Jan Paderewski nie ma prawa przebywania na tym terenie. Nie zostało to wręczone, zostało to uniemożliwione. Paderewski przejechał do centrum miasta, zatrzymał się w hotelu "Bazar", w którym było centrum życia gospodarczego i kulturalnego Polski. Był to hotel i zarazem miejsce prowadzenia interesów, biznesów, rozmów przedsiębiorców i przemysłowców Polski.
Polacy z radości zaczęli wywieszać flagi polskie i aliantów, czyli francuskie, brytyjskie i amerykańskie, co rozwścieczyło Niemców. Doszło do obstrzeliwania budynków, w których byli Polacy, w tym także strzelano w budynek hotelu Bazar, gdzie przebywał Paderewski. - To spowodowało, że oddziały polskie, tu szczególnie dynamiczne i chcące działać były oddziały POW, ale nie tylko one, zaczęły samoistnie przystępować do działań zbrojnych przeciwko Niemcom. Doszło do walk, które rozpoczęły powstanie. - Poszedł sygnał od poszczególnych dowódców jednostek, i POW, i Straży Ludowej, do poszczególnych miast - Gniezna, Mogilna, Wrześni, aby rozpoczynać działania zbrojne przeciwko Niemcom.
Działania rozchodziły się z Poznania w różne strony. - 28 grudnia 1918 roku w celu zjednoczenia wszystkich jednostek, które były pod różnymi dowództwami, Naczelna Rada Ludowa powołała Główną Komendę Wojsk Powstańczych i mianowała kpt. armii niemieckiej będącego w Wielkopolsce - Taczaka - na majora i jako głównego dowódcę armii powstańczej.
Oddziały powstańcze nazywano często od nazw miejscowych, w przypadku Żnina mówi się o tzw. kampanii juncewskiej i oddziale kampanii żnińskiej. 30 grudnia udało się zdobyć Wągrowiec i Gołańcz, a dzień później Kcynię. 1 stycznia 1940 roku w godzinach rannych oddziały powstańcze weszły do Żnina. Dariusz Kucharski powiedział, że na wspomnienie tutaj zasługuje osoba Tadeusza Lerchenfelda, który pochodził z Bydgoszczy, a przez kupno majątku w Chomiąży Szlacheckiej w 1909 roku związał się z tymi terenami. - On pojechał do Poznania. Udało mu się zdobyć broń do prowadzenia działań na tym terenie, wracając jechał przez Wągrowiec, a tam powstańcy już byli. To musiało być około trzydziestego grudnia. I on 75 sztuk karabinów z amunicją musiał zostawić powstańcom miejscowym do dalszej walki. Udało mu się przedostać do Żnina. Jego oddział nazywany oddziałem janowiecko-juncewskim stacjonował w górnej części Żnina, tam gdzie stał stary wiatrak i w tamtejszych budynkach mieli swoją bazę. I 1 stycznia na ten oddział jakby przypadkowo jechał żandarm niemiecki. Zauważył, że jest oddział powstańczy i zaczął uciekać. I według przekazów został trafiony jego koń. Zwróciło to uwagę Niemców, którzy stacjonowali na wysokości ulicy Szpitalnej. Doszło do pierwszej strzelaniny. To wyzwoliło działania zbrojne już w całym Żninie, w wyniku których doszło do walk o miasto. I właśnie 1 stycznia, stąd nazwa tej ulicy, od tamtej strony do miasta nastąpiło jakby natarcie tego oddziału Tadeusza Lerchenfelda.
Żnin udało się zdobyć, choć nie od razu. Naturalnym ogranicznikiem była rzeka Gąsawka. Powstaniec Franciszek Lewandowski widząc przeprawiających się na drugą stronę Niemców postanowił im to uniemożliwić. Jeden z wycofujących się Niemców strzelił do niego. Była to pierwsza ofiara powstania w Żninie. Pierwszym komendantem powstania w Żninie został właśnie Tadeusz Lerchenfeld, a drugim kapitan Kazimierz Rychlewski, który dowodził już do końca powstania.
1 stycznia 1919 roku w każdym mieście, także w Żninie, w momencie wejścia powstańców wybierano tzw. wolną drogą wyborczą 12 rajców miasta. Jednocześnie tak jak w innych miastach, tak i w Żninie ustanowiono tzw. Komitet Obywatelski, przygotowujący pewne działania już wcześniej do walk. I właśnie w tym komitecie znaleźli się: Kazimierz Rychlewski, lekarz Wojciech Jączyński, piekarz Balski i Michał Kolasiński.
- Ulica Powstańców Wielkopolskich jest właśnie ulicą nadaną na pamiątkę, iż tą ulicą drugi atak 11 stycznia poszedł celem odzyskania powtórnie miasta - powiedział wykładowca.
Najmłodszy żniński powstaniec miał w grudniu 1918 roku 17 lat i był to Jan Prus z Podgórzyna. Nieco starsi byli: Woźniak, Kapłoński i Franciszek Sobczak.
Najcięższe walki powstańcze były na wysokości Szubina i Rynarzewa. Jak zauważył wykładowca: - Polacy mieli jedną ważną rzecz, którą doskonale wykorzystywali - znali język niemiecki. Bardzo często, próbując podejść oddziały niemieckie w godzinach nocnych, rozmawiali w języku niemieckim. Wielu z nich było w armii pruskiej, znali więc pewne zachowania, komendy w jakich należy się odzywać, a że ciemność była ich sprzymierzeńcem to podchodzono i całe posterunki likwidowało. To działało na ich korzyść.
Po wykładzie dr Dariusz Kucharski podpisywał studentom indeksy.
Zdjęcia w naszej galerii.
Barbara Filipiak, 27 I 2012
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze