Reklama

O nazwie wsi Gościeszyn

Gościeszyn, nazwa, pochodzenie, baśń
     O nazwie wsi Gościeszyn
     Dawno temu, przy trakcie wiodącym ze Żnina do Trzemeszna, tuż na skraju lasu stał szynk. Samotny dom budził zaciekawienie wędrowców, gdyż spośród innych, dalej stojących chat, wyróżniał się wielkością. Tajemniczości temu domowi dodawało jego położenie. Tak samo tajemniczo szumiały drzewa na skraju lasu. O ile w dzień hasający po drzewach wiatr szumiał przyjaźnie i zachęcał do wejścia w jego głąb, o tyle w nocy szumiące drzewa budziły grozę i wręcz ostrzegały przed zrobieniem nierozważnego kroku i zagłębieniem się w jego czeluść.

     Rzadko też bowiem ktoś się odważył przejeżdżać nocą przez ten las. Chodziły słuchy, że grasują w nim zbóje, którzy łupią każdego napotkanego podróżnego. Nierzadko też ci, których czas naglił do pośpiechu i nie zważali na zapadający zmierzch, a zapuścili się w jego otchłań, już z niego nie wyszli. Nikt też nie dowiedział się nigdy o ich dalszym losie.
     Dom stojący na skraju lasu miał inne przeznaczenie, niż zwykłe chaty. W nim bowiem mogli zaznać odpoczynku i nabrać sił do dalszej drogi. Drewniany, kryty strzechą, na górze posiadał kilka izb do spania, a na dole większe pomieszczenie, które sąsiadowało z kuchnią, skąd było można przynieść jadło spragnionym wędrowcom.
     Właścicielem tego szynku był Gościmił wraz z żoną Jarmiłą. Po domu błąkał się także ich dorastający syn, Myślibor. Starzy dwoili się i troili, gdyż obowiązków było co niemiara i aby temu podołać musieli ciężko pracować. Właśnie dzięki tej pracy zatrzymujący się w gospodzie byli zawsze zadowoleni z obsługi, mieli dobre jedzenie i nazajutrz wypoczęci mogli ruszać w dalszą drogę.
     W domu parze szynkarzy pomagała służąca Bogna, która podawała jadło do stołów, a wieczorem przygotowywała posłanie dla zatrzymujących się na noc podróżnych. Bogna starała się też zawsze pomagać Jarmile. W kuchni przygotowywała produkty, aby szynkarzowa mogła spokojnie ugotować obiad.
     Natomiast innego usposobienia był syn Myślibor. Jego nie interesowało to, co robią domownicy. Że dzięki temu ma co jeść i gdzie spać. Często wymykał się z domu do pobliskiego lasu i obserwował ptaki, gapił się i podziwiał chmury snujące się po niebie. Co mu za myśli kołatały w tej młodzieńczej głowie, nikt nie wiedział. Ze swych marzeń nie zwierzał się rodzicom, a tym bardziej Bognie. Z czasem jednak następowały w nim zmiany. Z tej bezczynności wyrwały go opowiadania podróżnych o napadach zbójców. W lesie wypatrzył gałązki i wystrugał sobie procę. Wyszukiwał jakieś punkty na drzewach i zaczął do nich strzelać. Z początku szło mu to opornie. Kamień wyrzucony z procy leciał nie tam, gdzie go strzelec zamierzał skierować, ale sam sobie wybierał drogę. Jednak adept nie zniechęcał się i dzięki uporowi zaczął doskonalić swój kunszt. Najpierw pociski zaczęły trafiać coraz bliżej celu, czasem nawet osiągały go, chociaż nie za każdym razem, kiedy strzelec przymierzał się do strzału. Wreszcie jednak codzienne wyprawy w las i samozaparcie zrobiły swoje i strzelec był zadowolony, bo każde przymierzenie się powodowało, że wypuszczony pocisk uderzał tam, gdzie powinien.
     Opowieści o grasujących nocą zbójcach w lesie stawały się coraz głośniejsze. Coraz częściej mówiło się, że jest ich trzech, że są okrutni i że ich hersztem jest niejaki Czortek. Zasadzali się nocami przy leśnych traktach na nierozważnych wędrowców, a następnie z maczugami wyskakiwali z kryjówki i krzycząc zastraszali podróżnych, mordowali i rabowali. A jeśli trafili na kupców, to także zabierali wszystkie towary. Trupy nieszczęsnych wyciągali w las, a tam dzikie zwierzęta roznosiły kości tych biedaków pośród drzew. Sami natomiast przepadali na jakiś czas w niedostępnych gąszczach, gdzie mieli swoją kryjówkę. Tam ucztowali, dzielili łupy, odpoczywali i szykowali się do następnego napadu.
     Czortek trzymał swoich dwóch podwładnych żelazną ręką. Byli oni zupełnie mu posłuszni i ślepo wierzyli we wszystko, co powiedział. Trzeba przyznać, że rozumem przewyższał ich pod każdym względem. Widać było, że zbójeckie rzemiosło mu służy, że lubuje się w sprawianiu krzywdy bliźnim. Dlatego też traktował ich z góry przypominając przy każdej okazji, że bez niego by zginęli.
     - Jo myśle za wos wszyskiych. Wy jyno mota mnie słuchać i robić to, co koże - często powtarzał.
     On decydował, kiedy i gdzie mają się zaczaić na podróżujących przez leśne drogi. potrafił też ocenić, czy warto takiego nieszczęśnika napaść, czy też go przepuścić, bo nie wygląda na zasobnego. Zatem on decydował, czy ci ludzie będą żyli, czy pojadą lub pójdą dalej, czy też ich droga życia zakończy się przy tym spotkaniu.
     Od pewnego już czasu zbóje czuli się panami w tym lesie. Byli przeświadczeni, że nikt im nic nie może zrobić. Przeciwnie, to oni wyrządzali ludziom krzywdę, to oni decydowali o dalszym losie wędrowców. Ale nie wylewali łez nad krzywdą ludzką. Tak im to rzeźnickie zajęcie weszło w krew, że wykonywali je bez zastanowienia i bez cienia litości. A bezkarność tak ich rozzuchwaliła, że Czortek postanowił zmienić taktykę i przeprowadzać napady również w dzień. Zrazu czynili to ostrożnie i dla zmniejszenia możliwości wykrycia często zmieniali miejsce napadu. Ten niecny proceder udawał im się bez jakichkolwiek przeszkód. Czuli się już tak pewnie, że wkrótce zaczęli napadać w dzień, a noce przeznaczali na odpoczynek. Szybko zacierali ślady swoich zbrodni i znikali w leśnych ostępach, gdzie mieli już kilka swoich kryjówek.
     Pewnego dnia herszt zrobił swoim kamratom niespodziankę, która wprowadziła ich w osłupienie.
     - Jutro po ciymku wyłaziymy zes boru - rzekł. - Pódziymy sie naźreć do szynku.
     I rzeczywiście. Następnego dnia po zapadnięciu zmroku banda wyszła z lasu i skierowała się w stronę szynku. Psy zaczęły ujadać, ale rzucony przez Czortka ochłap mięsa uspokoił je. Zbóje obeszli dom dookoła zaglądając przy tym do każdego okna. Sprawdziwszy, czy ktoś przebywa w środku, ocenili stan zagrożenia w stosunku dla siebie i wparowali z krzykiem i wymachiwaniem maczug. Kilku przebywających akurat ludzi z przerażeniem odskoczyło od stołów i uciekło na dwór. Czortek złapał karczmarza pod gardło, przyłożył mu pod nos maczugę i groźnie rzekł.
     - Tero bydziesz nosiył futer nom. Bydziymy tu przyłazić czynsto i zowdy mosz nom wyrychtować izbe na górze, a wef ni mo być futer i popitka. Tak mo być zowdy, jak ty przyńdziymy!
     Szynkarzowi trzęsły się nogi z przerażenia, ale biedak nie widział innego wyjścia, jak tylko przystać na warunki herszta. Szynkarka usłyszawszy hałas wyjrzała tylko z kuchni, ale zobaczywszy, co się dzieje, natychmiast schowała głowę z powrotem. Gospodarz szybko zaprowadził nieproszonych gości do izby na górze i żeby mieć chwilowy spokój, po drodze zabrał ze sobą dzban z winem. Zostawił ich w izbie i wyszedł po jedzenie.
     Jeden z oprychów zszedł natychmiast za nim, pozamykał wszystkie drzwi i okna, a potem przykazał, że dopóki oni tu będą, to nikogo nie można wpuszczać. Bo tak rozkazał Czortek. A wykonania rozkazu będą pilnować i biada temu, kto złamie polecenie herszta. Przypłaci to głową. Następnie wszedł do kuchni i pokazując palcem wskazał jadło, jakie mają dostarczyć do izby na górze.
     - I pamiyntej łe popitce - dokończył.
     Długo w nocy rozbrzmiewały wrzaski i śpiewy. W ten sposób zbóje dawali upust swej radości, że nie muszą chować się w lesie w swych kryjówkach. Potem zrobiło się coraz ciszej, słychać było tylko bełkot pijanego herszta, aż wreszcie i on ucichł. Pomimo to gospodarze nie odważyli się wejść do góry i sprawdzić, co się dzieje? Aż wreszcie zmęczeni czuwaniem nad spełnianiem żądań oprychów, zasnęli.
     Rankiem obudziło ich walenie do drzwi. To nowi goście zaczęli przychodzić do szynku. Gościmił z niedowierzaniem zajrzał na górę, ale gdyby nie puste dzbany i misy z niedojedzonymi resztkami pomyślałby, ze to był tylko przykry sen. Jednak nieporządek w tej izbie przeczył temu całkowicie.
     Następnego wieczora zbóje nie przyszli, a i kilka kolejnych nocy upłynęło w spokoju. Szynkarz pomyślał, że może podwinęła im się noga i gdzieś przepadli podczas zbójowania. Ale że złego licho nie bierze, wkrótce okazało się, że były to pobożne życzenia, bo któregoś wieczora banda znowu zawitała. Tak powtarzało się co jakiś czas. Szynkarz z przerażeniem spoglądał na kurczące się zapasy jadła i napitków. Zarobek był coraz mniejszy, bo ludzie dowiedzieli się, że szynk nachodzą zbóje i aby uniknąć niemiłego spotkania, coraz rzadziej zaglądali do środka.
     - Znowy goście wef szynku - szeptali cicho między sobą, kiedy ucztowanie przeciągało się, a hałasy słychać było na całą okolicę. Zamykali wtedy szczelnie okiennice i zapierali drzwi, ażeby zbójców nie kusić łatwym wejściem do domów.
     Ale im ani w głowie było opuszczać przytulną izbę w szynku. Nie po to wychodzili z lasu, aby szwendać się w ciemnościach po wsi. Mieli tu dobra wszelkiego pod dostatkiem i cały szynk do swojej dyspozycji. Szynkarze zaszywali się wtedy w najdalszy kąt, aby ich nie drażnić swoim widokiem. Tylko gospodarz wychodził spełniać wszystkie polecenia nieproszonych gości.
     Taka bierność wszystkich rozzuchwaliła ich do tego stopnia, że zaczęli na stałe odwiedzać szynk. I to ich wkrótce miało doprowadzić do zguby, gdyż zapomnieli o ostrożności.
     Myślibor pojmował, że rodzice tak dłużej nie zdzierżą. Od pewnego czasu obserwował już bandę, ale robił to tak dyskretnie i ostrożnie, że Czortek ze swymi oprychami wcale nie zauważył śledzących oczu. Nadal też doskonalił swoją umiejętność strzelania z procy. Ale teraz uważny obserwator mógłby się domyśleć, że coś zamierza przedsięwziąć. Zrobił kilka strachów na wróble, naznaczył na nich najważniejsze miejsca i ciągle celował w te punkty uzmysławiając sobie, że strzela do Czortka. Wkrótce nabył takiej umiejętności, że wystarczył tylko jeden strzał, aby mógł bez trudu trafić w zamierzone miejsce. Pozostało tylko jeszcze oswoić się z widokiem zbójów i wybrać odpowiednie miejsce na zasadzkę. Długo podpatrywał zbójów, aż wreszcie zorientował się, że mają oni swoje określone ścieżki, którymi przychodzą do szynku. Jednak nadal byli ostrożni, bo nigdy nie szli dwa razy tą samą ścieżką i nie wiadomo było, którą akurat wybiorą. trzeba więc było upatrzyć sobie jedną z nich i cierpliwie czatować, aż zbóje ukażą się na niej w całej okazałości.
     Pewnego wieczora Myślibor jak zwykle czekał w ukryciu na Czortka i jego kompanów. Nie miał wielkiej nadziei, że tym razem uda mu się ich spotkać. Wszak już wiele takich wieczorów spędził czatując na oprychów. W pobliżu miał schowane rzemienie licząc, że będzie musiał ich związać. Przygotował też gałęzie, które mógł w każdej chwili wyciągnąć na ścieżkę licząc, że zatrzymają się przy nich i będą sobie próbowali zrobić przejście. A wtedy łatwiej będzie mu oddać celny strzał z procy.
     Tym razem szczęście mu dopisało. W pewnej chwili usłyszał niewyraźne głosy i śmiechy. To zbóje szli do szynku tak pewni siebie, że nie zachowywali nawet żadnej ostrożności. Ale tym razem srogo się zawiedli. Napotkawszy nieprzewidzianą przeszkodę rzeczywiście zatrzymali się i wtedy usłyszeć było można nagły świst pocisku, po czym odgłos pacnięcia i jeden zbój zwalił się na przeszkodę. Dwaj pozostali nie zorientowali się, że im także grozi niebezpieczeństwo i nachylili się nad kamratem chcąc pomóc mu wstać. I wtedy rozległ się świst drugiego pocisku, ponownie nastąpiło pacnięcie i wkrótce potem odgłos padającego ciała. To drugi zbój padł na przeszkodę. Trzeci, zobaczywszy, że dwaj pierwsi leżą i nie dają znaku życia, tak przestraszył się tego co nastąpiło, że z krzykiem zawrócił i pognał w las zapominając o strasznej maczudze.
     Myślibor tylko czekał na to. Szybko schwycił przygotowane rzemienie i wybiegł na ścieżkę. Mocno związał ręce i nogi oprychom, wyrzucił maczugi w las i pognał do domu, aby poinformować rodziców o swym wyczynie. Matka zaczęła lamentować, ale ojciec dowiedziawszy się więcej szczegółów natychmiast posłał służącą po sąsiadów. Zabierając ze sobą konia udali się oni razem na miejsce, gdzie odważny Myślibor przygotował zasadzkę. Tam zabrali związanych zbójów kładąc ich na drągi przymocowane do uprzęży. Okazało się, że Myślibor trafił w herszta i jednego z jego pomocników. Zbóje jeszcze się nie ruszali i mogli ich sobie obejrzeć z bliska bez obawy utraty życia, które tylu ludziom odebrali. Zawieźli ich do szynku, ale tym razem szynkarz był mniej gościnny, bo nie zaprowadził ich do izby na górze, a zamknięto ich w masywnej klatce stojącej na podwórzu.
     Szybko rozległa się wieść po okolicy, że Myślibor ustrzelił zbójów i że zamknięci przebywają w klatce na podwórzu szynku. Ludzie z niedowierzaniem słuchali tych relacji i chodzili oglądać oprychów. W obawie przed ich uwolnieniem zawsze na straży stało kilku wyrostków, którzy z zazdrością spoglądali na Myślibora i jego procę. Ciekawscy widząc związanych i zamkniętych w klatce uwierzyli, że teraz nic im już nie grozi.
     Około południa w szynku pojawili się kupcy, a dowiedziawszy się wszystkiego ofiarowali się doprowadzić związanych do Trzemeszna, gdzie mieli ich przekazać kupcom udającym się do Gniezna.
     Od tego czasu nastał spokój w okolicy. W szynku ponownie zaczęli gościć przejezdni, a dowiedziawszy się, że w pobliskich lasach nic już im nie grozi i to dzięki Myśliborowi, tym chętniej przejeżdżali tą drogą i polecali ją innym rozpowiadając wszem i wobec o radosnym wydarzeniu. Dzięki gościom, którzy chętnie odwiedzali teraz szynk i zostawiali pieniądze za dobrą obsługę, gościniec ponownie zaczął rozkwitać i przynosić gospodarzom dochód. Wkrótce podróżni przynieśli wiadomość, że Czortka i jego kamrata spotkała zasłużona kara, bowiem kasztelan w Gnieźnie kazał ich powiesić za żebro na haku. Niedługo też grzybiarze zapuszczający się w odległe ostępy lasu napotkali kości wisielca. Domyślano się, że jest to trzeci oprych, który już sam nie potrafił żyć i wymierzył sobie sprawiedliwość. A może gryzło go sumienie?...
     Od tego wydarzenia właśnie nosi nazwę dzisiejszy Gościeszyn. - Goście w szynku - tak wtedy mówiono. Goście - szynk, z biegiem czasu zanikła literka “k”, a dwa człony połączono w jeden. Niektórzy zaś twierdzą, że to od imienia szynkarza wieś przejęła nazwę. Dziś po owym szynku nie ma nawet śladu. Także las oddalił się znacznie od tej wsi. Do tej pory też nikt nie odnalazł skarbów po Czortku i jego kamratach. Do dziś gdzieś tam w lesie leżą i czekają na szczęśliwca. Lepiej to, bo przez nie wiele ludzi straciło życie i pewnie każdy znalazca patrząc na nie widziałby krew niewinnych ludzi. A baśń o tej wsi będą od dziś ludzie przekazywać z pokolenia na pokolenie.

Leszek Gołębiewski
Pałuki nr 582 (15/2003)

Reklama

 

Przejdź do forum.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości