Maciej Tobijański pokazuje zestaw, który miał w uchu podczas jazdy samochodem
fot. Arkadiusz Majszak
Sąd, słuchawka, Maciej Tobijański, samochód, telefon, policja
Poprawiał słuchawkę czy rozmawiał przez telefon
Maciej Tobijański nie chce zapłacić mandatu za wykroczenie, którego - w jego opinii - nie popełnił. Zapowiada, że wykorzysta wszelkie możliwości prawne, by udowodnić, że podczas jazdy samochodem nie rozmawiał przez telefon komórkowy, tylko korzystał z zestawu bluetooth.
Maciej Tobijański z Kcyni pracuje w podżnińskich Bożejewiczkach. W połowie grudnia tuż po 15:00 wracał z pracy do domu. Wsiadając do samochodu rozpoczął rozmowę telefoniczną z jednym z przyjaciół. Przebył fragment odcinka krajowej piątki, a następnie skręcił w ulicę Skromną w Żninie. Skręcając z Dąbrowskiego na Aliantów zauważył z prawej strony drogi policyjny radiowóz. Upewniwszy się, że jedzie z prawidłową prędkością, kontynuował jazdę w kierunku Kcyni. Mężczyzna przyznaje, że rozmowę prowadził podczas jazdy bez żadnych obaw, ponieważ korzystał zestawu słuchawkowego bluetooth. Zaznacza, iż telefon komórkowy leżał na przednim siedzeniu samochodu z prawej strony, a w uchu miał słuchawkę.
- Rozmowa trwała przez cały czas mojej jazdy, również w momencie, kiedy przy ulicy Aliantów mijałem stojący z boku radiowóz. Sądzę, że w momencie mijania radiowozu wykonałem prawą ręką jakiś gest, związany z poprawieniem słuchawki bluetooth. Gest ten zapewne został dostrzeżony z radiowozu i stał się powodem dalszych wydarzeń - uważa Maciej Tobijański.
Chwilę później zauważył we wstecznym lusterku, że radiowóz ruszył. Policjanci jechali za nim jakieś 200-300 metrów. W pewnym momencie dostrzegł sygnalizację światłami radiowozu i uświadomił sobie, że jest zatrzymywany.
- Zatrzymałem się więc na poboczu i włączyłem światła awaryjne. W mijającym mnie radiowozie dostrzegłem policjanta, który dawał mi znaki, abym jechał za nimi i wskazał mi jako miejsce zatrzymania wjazd na pobliską stację paliw - relacjonuje Maciej Tobijański. I dodaje, że w momencie, kiedy uświadomił sobie, że jest zatrzymywany, powiedział do kolegi, z którym prowadził rozmowę: chyba mnie zatrzymują i zakończył połączenie. Z relacji naszego rozmówcy wynika, że kiedy otworzył drzwi swojego samochodu, usłyszał od policjanta, że za późno włożył słuchawkę.
- Policjant dodał - prawdopodobnie w reakcji na moje zdziwienie - „rozmawiał pan przez telefon”. Kiedy spytałem, czy mają na to jakiś dowód, np. zdjęcie, usłyszałem w odpowiedzi, że oboje widzieli. Zaprzeczyłem pokazując telefon leżący na siedzeniu pasażera, co jednak nie zmieniło nastawienia policjantów. Wysiadając z samochodu oświadczyłem, że jeśli mam zostać ukarany za używanie telefonu, to nie przyjmę mandatu, ponieważ nic takiego nie miało miejsca i owszem, rozmowę prowadziłem, ale używając dozwolonego zestawu - zaznacza Maciej Tobijański.
Według mieszkańca Kcyni, policjanci zaprosili go do radiowozu, gdzie doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań. Relacjonuje, iż jeden z policjantów nie przyjmował żadnej argumentacji z jego strony i twierdził, że oboje widzieli z odległości 50-70 cm, jak trzymał w ręku telefon.
- W mojej ocenie jechałem w odległości 7-10 metrów od policjantów, z całą pewnością nie było to 50-70 cm. Odległości sugerowane przez policjanta są absurdalne i w żaden sposób nie pokrywają się z prawdą. Moment, kiedy mijałem radiowóz, miał miejsce około 15:10. W tym czasie słońce, które akurat tego dnia świeciło, jest już bardzo nisko, a ulica Aliantów w miejscu, o którym mówimy, jest mocno zacieniona. Poruszający się z prędkością 50 km/h samochód pokonuje w ciągu 1 sekundy prawie 14 metrów. Z doświadczenia wiadomo, że osoby znajdujące się w jadącym samochodzie widać dobrze tylko pod określonym kątem. Mogłem więc znajdować się w polu dobrego widzenia obojga policjantów w czasie z pewnością nie dłuższym niż jedna sekunda. W tak krótkim czasie za możliwe można uznać jedynie dostrzeżenie pewnych gestów, a z pewnością niemożliwym jest natomiast dostrzeżenie i rozróżnienie konkretnego przedmiotu. - uważa Maciej Tobijański. Jego zdaniem z oceny funkcjonariuszy wynika, że rozmawiał przez telefon jadąc samochodem ponad 2 km, od chwili kiedy wyjechał z zakładu pracy i nie odłożył telefonu nawet, kiedy widział stojący z boku radiowóz. Zaznacza, iż pomijając wszystkie niewygodne ruchy związane z wykonaniem tak karkołomnego ciągu czynności, musiałby być człowiekiem kompletnie bezmyślnym i lekceważącym całkowicie przepisy ruchu drogowego.
- Niestety oboje policjanci nie mieli zamiaru wysłuchać moich wyjaśnień. Wykonywane wobec mnie gesty zniecierpliwienia, westchnienia, syczenia odbieram jako co najmniej lekceważące, co z pewnością nie mieści się w zakresie czynności służbowych. Nie uznaję również za argument stwierdzeń w rodzaju: „to są bajeczki, nie takie tłumaczenia słyszałem, nie tacy się już tutaj tłumaczyli” - ocenia Maciej Tobijański.
Kcynianin nie tylko nie przyjął mandatu, ale i wniósł skargę na czynności wykonywane przez policjantów podczas zatrzymania do komendanta wojewódzkiego policji w Bydgoszczy. Sprawa została przekazana Komendzie Powiatowej Policji w Żninie. 22 stycznia otrzymał w tej sprawie odpowiedź od komendanta powiatowego policji w Żninie podinsp. Leszka Krzeszewskiego. Wynika z niej, iż Maciej Tobijański miał prawo do odmowy przyjęcia mandatu. W związku z tym zarzut dotyczący błędnej interpretacji ze strony policjantów w kwestii popełnionego wykroczenia nie został rozstrzygnięty w postępowaniu skargowym, gdyż zostanie rozpatrzony przez sąd, który wskaże w wyroku, czy działanie policjantów było zasadne. Podczas postępowania skargowego sprawdzono również, czy podnoszone przez Macieja Tobijańskiego zarzuty dotyczące niewłaściwego zachowania się policjantów są słuszne.
Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego nie potwierdzono, aby funkcjonariusze policji dopuścili się działań niezgodnych z prawem lub etyką zawodową policjanta (...). Ponadto szczegółowa analiza zakresu wykonanych na miejscu interwencji czynności służbowych przez podległych mi policjantów była zgodna z par. 4 ust. 1 Rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji z dnia 18 lipca 2008 r. w sprawie kontroli ruchu drogowego, a także zgodnie z zarządzeniem nr 609 komendanta głównego policji z dnia 25 czerwca 2007 roku w sprawie sposobu pełnienia służby na drogach przez policjantów - czytamy w odpowiedzi komendanta powiatowego policji w Żninie.
Maciej Tobijański nie zgodził się ze stanowiskiem komendanta i ponownie przesłał skargę do Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. Na początku marca otrzymał odpowiedź, że ponowna analiza opisanej sytuacji nie daje podstaw do zmiany stanowiska, gdyż policjanci działali zgodnie z przepisami.
23 stycznia policjanci skierowali wniosek do żnińskiego sądu o ukaranie mieszkańca Kcyni.
Zatem rozstrzygnięcie tego organu będzie wiążące zarówno dla pana, jak i dla policji - czytamy w odpowiedzi z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.
Nadkom. Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy komendanta powiatowego policji w Żninie wyjaśnia, iż policjanci zatrzymali do kontroli drogowej kierowcę peugeota. Zdaniem nadkomisarza, powodem kontroli było to, że kierowca rozmawiał podczas jazdy przez telefon komórkowy. Policjanci przedstawili kierowcy powód zatrzymania oraz poinformowali, że popełnił wykroczenie, za które grozi mandat i punkty karne. Kierowca się z tymi zarzutami nie zgodził i ostatecznie - na co zwraca uwagę nadkomisarz - o sprawie zdecyduje sąd.
Maciej Tobijański uważa, że postępowanie policjantów naruszyło jego prawo do obrony. Twierdzi, iż funkcjonariusze nie pozwolili mu się wypowiedzieć oraz dokończyć zdania, kiedy próbował się bronić.
Czuje się niewinny, a wręcz pokrzywdzony bezpodstawnym oskarżeniem i próbą ukarania za coś, czego nie zrobił. Zaznacza, iż nie chodzi o uniknięcie zapłacenia mandatu czy wpisania punktów karnych. W jego opinii niedopuszczalne jest, by ktokolwiek był karany za czyn, którego nie popełnił. Zwraca uwagę, że jest gotów w każdej chwili zeznawać pod przysięgą i poddać się wszelkim wyznaczonym testom na prawdomówność. Tego samego chce również domagać się od funkcjonariuszy podczas sprawy w sądzie. Przed sądem będzie się również domagał odtworzenia rozmowy z kolegą. Jest bowiem w 99% pewien, że jadąc samochodem powiedział do kolegi, że chłopaki stoją.
- Musiałbym być kretynem, żeby przejeżdżając koło policjantów mieć przy uchu telefon - zwraca uwagę Maciej Tobijański. Zapowiada również: - To może być proces 100-lecia o 200 zł. Nie pozwolę się ukarać za coś, czego nie zrobiłem. Radzę również uważać innym kierowcom, bo być może jadąc samochodem i drapiąc się po głowie usłyszą zarzut, że rozmawiali przez telefon.
Nadkomisarz Krzysztof Jaźwiński podkreśla, że podczas jazdy samochodem można rozmawiać korzystając z zestawu słuchawkowego. Rozmowa bezpośrednio przez telefon komórkowy jest wykroczeniem.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1205 (11/2015)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze