Problemy restrukturyzacji "Spomaszu"
Ze Stanisławem Woźnym rozmawia Maria Warda.
Maria Warda: - Jak podsumowałby pan czas swoich rządów w zakładzie?
Stanisław Woźny: - Do konkursu na dyrektora przystąpiły dwie osoby. Ja i jeszcze jedna osoba z zakładu (był to Jan Gawron - ówczesny dyrektor do spraw produkcji - przyp. red.). Z perspektywy czasu uważam, że osoba, która przyszłaby z zewnątrz nie byłaby emocjonalnie i uczuciowo związana ze środowiskiem. Od razu poszłaby bardzo ostro w restrukturyzację. Nie wierzę, żeby człowiek z zewnątrz, który by tu przyszedł, ogarnął co wtedy się działo. Już wtedy ograniczyłby zatrudnienie do minimum 250 osób. Byłoby to wtedy bardzo bolesne. Byłby to kataklizm dla ludzi, ale przyznam, że dla firmy byłoby to korzystniejsze.
Jeśli chodzi o mnie, to po prostu ma się miękkie serce. Trzeba czasem za to płacić. Liczyłem na to, że zakład musi się rozkręcić, że wojsko wróci do łask, że będą pieniądze. Było zwolnienie grupowe uzgodnione ze związkami zawodowymi na 93 osoby. Tak się złożyło, że w 1992 roku zakład otrzymał dotację na obronność 850.000 zł (8.500 mld. zł). W 1993 roku było tej dotacji 950.000 zł (9.500 mld. zł). Była produkcja wojskowa. Wszystko to dawało warunki planistyczne, liczyliśmy na to, iż przetrwamy ten ciężki okres, że coś drgnie w gospodarce krajowej, będzie można to wszystko przemodelować, zrestrukturyzować zatrudnienie. Część ludzi administracji przesunąć do produkcji, wtedy ta struktura organizacyjna firmy powinna być poprawna. Na dzień dzisiejszy to tak wygląda, że jedna trzecia ludzi pracuje w produkcji, jedna trzecia w służbach pomocniczych i jedna trzecia to administracja. Jeśli przyjmiemy, że w produkcji jest w tej chwili około 120 ludzi, a pracują z wydajnością może 60 ludzi...
- A dlaczego taka mała wydajność ludzi?
- To są różne sprawy. Są braki materiałowe, problemy finansowe na zakup materiału, więc jakieś tam przestoje (dzięki eksportowi ta aktywność jest większa). Taki pracownik musi wtedy zapracować na 5-6 osób. Ta struktura jest archaiczna - to są pozostałości po firmie państwowej - i ten moment restrukturyzacji jest nieodzowny, tym bardziej, że jesteśmy spółką akcyjną, spółką prawa handlowego i innymi kryteriami firmę się ocenia, niż dawniej.
Wracając do okresu poprzedniego, to właśnie związanie się ze środowiskiem powodowało ostrożne przymierzanie się do restrukturyzacji. A tu wciąż były pretensje o płace. Napisałem do załogi taką odezwę, w której przytoczyłem dane, że na koniec roku 1991 firma zatrudniała 540 osób, dziś jest ich 350. Płaca brutto na koniec 91 r. wynosiła 120,05 zł (1205.000 zł) dziś wynosi 410 zł (4.100.000 zł) brutto, czyli płaca wzrosła trzy i pół raza, a wzrost produkcji niecałe dwa razy. Jest to zachwianie relacji: za duży udział kosztów wynikających z płac w stosunku do poziomu sprzedaży.
Na poziom sprzedaży wpływ mają dwie sprawy. Fakt że 70% planowano dla produkcji wojskowej. W międzyczasie zakład podejmował nowe uruchomienia, ale ich zakres był ograniczony. W tej chwili jest taki paradoks, że zakład ma zamówienia i na wyroby wojskowe i na wyroby cywilne, ale nie może się rozwijać, bo nie ma środków finansowych na działalność. Zabiegi o pozyskanie większego kredytu spełzły na niczym. Od bardzo dawna zabiegamy o kredyty. Już w ubiegłym roku ubiegaliśmy się o nie, w tym roku to w ogóle sprawa się pogorszyła, bowiem zakład nie wypracował zysku. Dochodzimy do konkluzji, że główną przyczyną, która to spowodowała jest niewłaściwa struktura zatrudnienia. W produkcji eksportowej możemy uzyskać przedpłaty na materiały, nie mamy takiego komfortu w produkcji krajowej. Ubiegamy się o kredyt w Gdańsku, domagamy się też, aby wsparły nas finansowo Narodowe Fundusze Inwestycyjne. Wierzę, że ruszy wspomaganie na obronność.
- Jak układa się współpraca "Spomaszu" z Urzędem Miejskim.
- Z miastem mamy ugodę fair play. Wszystkie należności są nam prolongowane do końca czerwca. Zwracałem się do miasta o podarowanie w całości podatków. Stawiałem taki argument, że w 1992 roku zakład robił pierwszy etap restrukturyzacji majątkowej i za zgodą ministerstwa przekazał miastu halę sportową, budynki przedszkolne, dwa domki jednorodzinne. Miasto to wzięło za darmo, mogło to sprzedać. Dużo obiektów miasto od nas otrzymało, wtedy to tak traktowano, że miasto nam robi dobry gest, ale co dostali, to dostali.
- Miasto bierze, ale myślę, że robi to dlatego, aby zakład się nie męczył podatkami. Interesu na tym nie zrobiło. Czy miało sprzedać halę prywaciarzowi, żądającemu od każdej drużyny za wejście gotówkę?
- Chciałbym powiedzieć, że kotłownia miejska (nowy ZEC) była wybudowana ze środków z naszego kredytu inwestycyjnego, który już spłaciliśmy trzy lata temu. Nieodpłatnie została przekazana miastu. Oczyszczalnia jest zbudowana przy 50% udziale środków inwestycyjnych "Spomaszu". "Pepsico" weszło tu w fantastyczny układ. Infrastuktura, jaką w tej chwili ma, zawdzięcza w jakiś sposób "Spomaszowi". Ma restaurację, w której żywi codziennie 100 osób, ma hotel, zaplecze, utwardzone tereny, drogę. Korzysta z zasilania z naszych urządzeń energetycznych, czyli fakt istnienia "Spomaszu" w dużym stopniu zaważył na zaistnieniu Pepsi-Coli. Jeżeli w firmie zagranicznej robi się pewne udogodnienia, to liczyliśmy na pomoc, która złagodziłaby skutki zwolnień. Tak się nie stało.
- A co macie zamiar zrobić z zakładem na ul. Szpitalnej?
- Mamy odroczone terminy płatności. Wierzę, że dojdzie do skutku przetarg obiektów, który ogłosiliśmy w "Głosie Wielkopolskim".
- Panie prezesie, byłam zaskoczona zajadłością pracowników skierowaną przeciw burmistrzowi. Dlaczego mają taki stosunek do władz miasta?
- Ja się dziwię, przecież kontakty z burmistrzem to mam ja. Ja reprezentuję spółkę na zewnątrz.
- Ale może trzeba na jakimś zebraniu zakładowym wytłumaczyć, jak się sprawy mają?
- Pisze pani w prasie, że miasto nie może dogadać się w sprawie budynku na ulicy Szpitalnej. Myśmy wystąpili do miasta z koncepcją zagospodarowania starego zakładu na targowisko.
- Dlaczego dział uczniowski został tak wypieszczony? Te kafelki, kabiny, co pan na to?
- To trzeba iść tam zobaczyć, jest to dział, gdzie szkolą się uczniowie (dziś jest to działalność zanikowa). To jest normalny węzeł sanitarny z prysznicami, z łazienką, normalnie, jak przystało u schyłku XX wieku. Uczniowie mogli się wykąpać. Nie każdy ma tę łazienkę w domu, zrobione to było do konkretnej grupy ludzi.
- Ale tam były włożone duże pieniądze. W sytuacji, kiedy zakład ma takie problemy finansowe?
- Jakie pieniądze, jakie? To trzeba zobaczyć. Ktoś tam przesadza z tym wszystkim. To nie prezes dla siebie zrobił. Jest to pomieszczenie przemysłowe, na pewno znajdzie tam pracę około 50 ludzi. Myślimy, że zgodnie z koncepcją firmy poznańskiej, którą obiecuje, że docelowo może zatrudnić 50 osób. Ma swój program.
- Ta firma już zatrudnia ludzi w waszym zakładzie.
- Robią to za naszą wiedzą i przyzwoleniem po godzinach.
- Czy ci ludzie nie mogliby pracować dla Spomaszu?
- Godzina pracy w "Spomaszu" jest bardzo wysoka. Restrukturyzacja wiąże się z poprawą konkurencyjności. Przy tych wszystkich narzutach tu w zakładzie powinno pracować około 500 osób. Przy tych wszystkich narzutach obsadzie kadrowej nasza godzina jest zbyt droga.
- Ale pracownicy narzędziowni robią na tych samych maszynach, w tym samym zakładzie dla obcej firmy. Czy ich godzina się kurczy?
- To inna sprawa. Oni pracują na określonych maszynach i powierzchni. Wtedy obciąża się kosztami tylko te powierzchnie.
- Jak pan widzi przyszłość?
- Zamierzamy wszystkie magazyny przenieść pod dach dużej hali, a te wyzwolone powierzchnie wydzierżawić innym inwestorom, wtedy odciążymy sobie koszta. Za zwolnioną powierzchnię zapłaci najemca. Gdy wszystko opróżnimy, może wtedy nasi ludzie będą mieli pomysł na zagospodarowanie lub wydzierżawienie. Chociaż dzierżawa nie jest najlepszym rozwiązaniem, stawia nas w sytuacji psa ogrodnika.
- Dzierżawa powinna przynosić dochody.
- Są niewielkie.
- Martinę chciał ktoś kupić.
- Na razie nie słyszałem, ale może wejdziemy w układ z "Pepsi-Colą". Hotel można by przerobić na mieszkania.
- Zawsze rozmawiałam z panem, ponieważ jest pan prezesem, ale od podejmowania decyzji jest cały zarząd, jak to wygląda?
- W sprawach strategicznych mamy jedną myśl. To jest oczywiste.Nie ma innego wyjścia. Zakład trzeba najpierw zrestrukturyzować, aby można się odrodzić.
- Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślano?
- To było niemożliwe. Żadna organizacja związkowa nie poszłaby na taki układ. To, że organizacja zakładu jest nieprawidłowa, zawsze nam wytykano, ale za zmianami musiały iść redukcje. Tu byłby szum. I tak jest szum. Dopóki jakoś to się ciągnie, a decyzja o zwolnieniach jest trudna. A potem przychodzi taki moment, że nie ma wyjścia. Teraz jest taki moment.
- Jakie pan ma plany restukturyzacji?
- Przede wszystkim zwiększenie poziomu sprzedaży i obniżka kosztu.
- Była sytuacja, że marketing przyniósł zamówienia na 100.000 zł (1 mld zł), a nie było pieniędzy na materiały, aby ją zrealizować.
- To jest prawda, bo przy takiej strukturze organizacyjnej zjada się własny ogon. Zrobi się wypłatę i potem czeka na napływ nowych środków. To też jest kwestia restrukturyzacji. Liczymy, że na koniec roku firma będzie zatrudniała 190 osób. Przeorganizujemy straż przemysłową, sprzątanie, część ludzi pójdzie do innej firmy.
- Czy po zwolnieniu tylu ludzi przewidziana jest podwyżka dla tych, co zostaną?
- Na razie nie. To musi iść w parze z sytuacją ekonomiczną. Pod koniec roku, jeśli będą zyski, będzie można o tym pomyśleć. Należy do tego zmierzać.
- Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze