Reklama

Zalesie Barcińskie: historia wiatraka w dawnym pejzażu i zapomniane wiatraki w Mamliczu, Sadłogoszczy i Kani

Właściciel wiatraka nie miał jednej ręki, ale przez wiele lat służył swoimi usługami młynarskimi okolicznym rolnikom. Najpierw w większości Niemcom, bo w przedwojennej Kani żyło mało Polaków. Był uczynny i pracowity. Niemcy ze względu na własne potrzeby pozwolili mu prowadzić wiatrak także w czasie okupacji. W tamtych trudnych czasach młynarz pomagał, jak mógł rodakom z Kani i okolic. Ponad 20 lat po wojnie zmarł w młynie w Barcinie, a wiatrak w Kani pewnego dnia runął na ziemię. Do dzisiaj jego widok w krajobrazie widzianym z drogi na Łabiszyn, pozostaje w głowach mieszkańców, którzy go pamiętają. My dotarliśmy nie tylko do wspomnień, ale też do archiwalnych zdjęć z rodzinnego albumu po właścicielu wiatraka.

Ponad miesiąc temu publikowaliśmy artykuł na temat wiatraka, który stał wiele lat temu w Zalesiu Barcińskim przy drodze prowadzącej z też już nieistniejącej osady Wilkowo do Bielaw. Obecność tego wiatraka w dawnym pejzażu Zalesia Barcińskiego nie tylko potwierdzili nasi rozmówcy, którzy go pamiętali. Obiekt był też zaznaczony na mapie wojskowej z 1935 r. Niestety nie udało nam się odnaleźć zdjęcia z wiatrakiem w Zalesiu.

PALTRAKÓW BYŁO WIELE

Na wspomnianej mapie są też zaznaczone dzisiaj nieistniejące wiatraki w Mamliczu, Sadłogoszczy i Kani. Zdjęcie wiatraka w Mamliczu opublikowane było choćby w książce Janiny Drążek o historii Szkoły Podstawowej nr 1 w Barcinie. Dlatego, że wykonane było w latach pięćdziesiątych w Mamliczu właśnie. Mając tamtejszy wiatrak w tle pozowali na tym zdjęciu uczestnicy konferencji nauczycieli gminy Barcin. To zdjęcie opublikowała też dzięki uprzejmości Janiny Drążek w internecie Ewa Mazur, miłośniczka historii Barcina i jego okolic. Ta publikacja po raz kolejny wywołała wśród internautów sentymentalne wspomnienia. Rozpoznawali twarze nauczycieli sprzed ponad 60 laty, ale też z podziwem patrzyli na mamlicki wiatrak, którego już nie ma. Niektórzy ponownie zaczęli wspominać o podobnym wiatraku, który był w Kani.

Reklama

O ile nie mieliśmy sygnałów, że ktokolwiek, kto zetknął się z poruszonym przez nas tematem pamięta jeszcze wiatrak w Sadłogoszczy, to inaczej było w przypadku paltraka właśnie w Kani. Ten bowiem wciąż znajduje się w pamięci niektórych barcinian. Mają oni jego obraz, jak obiekt stoi w polu po prawej stronie drogi do Łabiszyna, w czasach, gdy nie była ona jeszcze asfaltowa. Są to więc wspomnienia z lat sześćdziesiątych XX w. i wcześniejszych. Od 6 dekad już wiatraka w krajobrazie Kani nie ma.

Wiatrak w Sadłogoszczy jest w ogóle zapomniany, gdyż miał mniejsze szanse, aby zachować się w pamięci ludzkiej, np. dzięki przekazom ustnym od mieszkańców tej wsi w latach przedwojennych. Otóż Sadłogoszcz była w czasach II RP wsią zamieszkałą przede wszystkim przez Niemców. Pod koniec II wojny światowej ta społeczność uciekła do kraju przodków. Wieś zasiedlili nowi, polscy mieszkańcy, wśród których pamięć o wiatraku nie przetrwała. Chyba, że się mylimy i jest ktoś, kto posiada jakieś informacje o tym obiekcie.

Reklama
Ustawienie skrzydeł i maszyn wewnątrz można było zmieniać w zależności od kierunku wiatru fot. z archiwum Marii Pasek

NIEMCY W PRZEWADZE

Inaczej wygląda sytuacja jeśli chodzi o wspomniany wiatrak w Kani. Wybraliśmy się do tej miejscowości. Osób, które mieszkały w niej przed wojną już tam nie ma. Zresztą przekrój narodowościowy w latach trzydziestych XX w. w Kani był podobny do tego w Sadłogoszczy. Wieś była zamieszkała w większości przez społeczność niemiecką. W Słowniku Królestwa Polskiego z 1880 r. jest informacja, którą podają również Jerzy Krzyś i Czesław Cieślak w książce Szkice z przeszłości Barcina. Wynika z niej, że ponad 140 lat temu w Kani - we wsi i dominium o 1.379 morgach były 22 domy z 203 mieszkańcami. Wśród nich 65 osób było katolikami i 138 - ewangelikami. Można przełożyć te dane ujęte w źródle pod kątem wyznaniowym na dane narodowościowe i ryzyko wielkiego błędu nie będzie wielkie. Katolicy to byli Polacy, a ewangelicy - Niemcy. Po Powstaniu Wielkopolskim i odzyskaniu niepodległości można założyć, że proporcje narodowościowe w Kani mogły się nieco poprawić na korzyść Polaków, ale nadal we wsi przeważali Niemcy.

Potwierdzeniem tego, że społeczność niemiecka była w tej wiosce liczna, są pozostałości po ewangelickim cmentarzu. Znajdował się on w lasku, który położony jest niedaleko obecnego boiska do gry w piłkę.

Reklama

Dotarliśmy do pani Marii Sitarek. Ona co prawda wiedzy o Kani w latach przedwojennych nie ma we własnej pamięci, gdyż urodziła się w grudniu 1939 r., ale posiada informacje dzięki opowieściom rodziców, którym przysłuchiwała się w swoim dzieciństwie i młodości. A tak się składa, że Monika i Alojzy Kruszkowie - bo tak nazywali się jej rodzice - to była jedna z nielicznych, polskich rodzin w przedwojennej Kani. Więcej tych polskich rodzin zamieszkiwało Huby Kańskie, czyli przysiółek Kani w kierunku Józefinki i Lubostronia. Były to rodziny Paszkiewiczów, Rucińskich, Zielińskich, czy Chęsiów. Natomiast w centralnej części Kani prawie wszyscy mieszkańcy to byli Niemcy. Oprócz właśnie rodziny Kruszków i jeszcze Pawłowskich. To bowiem właśnie Wacław Pawłowski na długo przed II wojną światową nabył pole z wiatrakiem i dom.

 

Reklama
Wacław Pawłowski, właściciel wiatraka w Kani fot. z archiwum Marii Pasek

ZAUROCZONY KUPIŁ WIATRAK

Nie wiemy natomiast, kto był wcześniej właścicielem tego paltraka i kiedy on został wybudowany. Według wiedzy Marii Sitarek, Rozalia i Wacław Pawłowscy przyjechali do Kani gdzieś z Kujaw, prawdopodobnie z okolic Jezior Wielkich. Wacława Pawłowskiego zainteresowała nieruchomość w Kani ze względu właśnie na istniejący na niej wiatrak do mielenia ziarna. Ze względu na ten paltrak upatrzył sobie właśnie tę, a nie inną nieruchomość. A wiatrak ów stał jakieś 300 metrów od drogi łabiszyńskiej, zaraz za łukiem, po prawej stronie. Dom mieszkalny, który należał do Pawłowskich stał zaś przy samej, głównej drodze na Łabiszyn, niedaleko starej kuźni. Do wiatraka wiodła gruntowa droga odchodząca od tej łabiszyńskiej. Natomiast kawałeczek dalej, w kierunku północno-wschodnim ciągnęła się droga do Gulczewa, która istnieje również współcześnie.

Paltrak miał schody wiodące na górę konstrukcji, do jej wnętrza. Gospodarze z Kani i okolic chętnie korzystali z usług właściciela wiatraka. Nie była tam produkowana mąka. Wiatrak jedynie mełł ziarno na śrutę z przeznaczeniem dla zwierząt. Wacław Pawłowski miał bardzo dobrą opinię wśród okolicznych rolników. Był uczciwym i też uczynnym młynarzem. Szczególnie dobrą reputację wśród nielicznych wtedy w Kani i okolicach Polaków, wyrobił sobie w czasie okupacji niemieckiej. Otóż okupanci pozwolili mu wówczas prowadzić nadal wiatrak, z myślą o potrzebach niemieckich rolników. Zarówno tych zasiedziałych w tych okolicach już przed wojną, jak i tych, którzy przyjechali z zewnątrz, by zająć gospodarstwa, z których wyrzucono polskich właścicieli.

Reklama

Tak było chociażby z gospodarstwem wspomnianych Kruszków. Alojzy - głowa rodziny został wywieziony na początku lat czterdziestych na roboty przymusowe w głąb Rzeszy. Natomiast Monika Kruszka i jej córka, a nasza rozmówczyni, Maria Sitarek, zostali przesiedleni do pobliskiego Augustowa. Razem z innymi członkami rodziny, którzy zamieszkiwali gospodarstwo.

Do wiatraka można było wejść korzystając ze schodów. Obiekt nie tylko świetnie wpisywał się w krajobraz, gdy ktoś patrzył na niego z drogi, przejeżdżając przez Kanię. Wiatrak sam był świetnym punktem widokowym na okolicę. fot. z archiwum Marii Pasek

KARCZMA I SZLABAN

Ich rodzinny dom w Kani, znajdował się niedaleko karczmy przydrożnej, która służyła podróżującym na trakcie między Bydgoszczą a Mogilnem. Tę karczmę przed II wojną światową i w czasie okupacji prowadziła rodzina miejscowych Niemców. Nazywali się Becker. Choć zaznaczmy tutaj, że Maria Sitarek nie jest pewna prawidłowej pisowni nazwisk niemieckich mieszkańców Kani. Zna bowiem te nazwiska wyłącznie ze słyszenia, z opowieści rodziców.

Reklama

Karczma była po lewej stronie drogi, patrząc z kierunku Barcina. Obok karczmy znajdował się jeszcze jeden dom, który dzisiaj też, jak i karczma już nie istnieje. Ów piętrowy dom potocznie nazywano szlabanem.

Skąd taka jego nazwa? Otóż historycznie, jeszcze w czasach, gdy Pałuki znajdowały się pod zaborem pruskim, w tamtym miejscu, na głównym trakcie do Bydgoszczy znajdował się szlaban. We wspomnianym domu, który też tak później nazywano, mieszkał dróżnik z rodziną. Pobierał on opłaty za podniesienie szlabanu, by umożliwić przejazd wozów poruszających się tym komunikacyjnym szlakiem. Dom-szlaban miał schody, które wychodziły na zewnątrz, Tak, że kiedy przed szlabanem pojawił się jakiś wóz, to dróżnik mógł schodzić sobie po tych schodach z domu wprost do rogatki, którą podnosił, gdy już uiszczono mu opłatę za przejazd. W kolejnych latach oczywiście szlaban zniknął, ale dom pozostał z historyczną swoją nazwą i nawet zamieszkali w nim lokatorzy. Dom-szlaban został rozebrany wiele lat później, decyzją nadzoru budowlanego w latach siedemdziesiątych.

Reklama

Podobnie zresztą, jak karczma. Jeszcze w pierwszych dekadach po II wojnie światowej służyła za świetlicę wiejską i miejsce, gdzie odbywały się potańcówki. Obiekt dysponował bowiem przestronną salą, na której można było tańczyć. Karczma została rozebrana w związku z koniecznością zajęcia terenu podczas budowy drogi asfaltowej do Bydgoszczy.

Przedstawiciele rodziny Pawłowskich. Na schodach opierający się zdrową ręką o poręcz Wacław Pawłowski. fot. z archiwum Marii Pasek

NIEMCY I CZERWONOARMIŚCI

Wróćmy jednak do lat czterdziestych ub.w. Jak wspomnieliśmy, Kruszkowie zostali przesiedleni do Augustowa, a Alojzy wywieziony na roboty przymusowe w głąb Rzeszy. W ich domu w Kani zamieszkała niemiecka rodzina, prawdopodobnie z przedwojennej mniejszości zamieszkałej w Polsce. Przemawiał za takim przypuszczeniem po pierwsze fakt, że posługiwali się polskim językiem, a przynajmniej gospodarz potrafił dobrze mówić w naszym języku. Po drugie niemiecki gospodarz nosił swojsko brzmiące dla nas nazwisko - Kowalski. Gdy Kruszków wysiedlono, Kowalski przejął nie tylko dom i pola, ale też zwierzęta gospodarskie. U Niemców został też Szaruś - kundelek, którego już przed wojną mieli Kruszkowie.

Reklama

Sołtysem Kani był w tamtym czasie niemiecki gospodarz Afeldt.

Maria Sitarek, wtedy kilkuletnia Marysia Kruszka około 1944 r. przechodziła czasami ze swoją mamą, obok rodzinnego domu w Kani. Mama pokazywała dziewczynce dom i obejście, machały też rękami do Szarusia, który tam się kręcił. To są pierwsze, mgliste, ale już własne wspomnienia Marii Sitarek, a nie tylko pochodzące z opowieści mamy. Marysia Kruszka miała wtedy 4 lata.

W styczniu 1945 r. od wschodu zbliżała się armia radziecka. Nim czerwonoarmiści dotarli do Kani, mieszkający tam Niemcy w większości uciekli na zachód. Nie wszyscy jednak, bo później niektórzy z nich zostali skoncentrowani we wspomnianej wyżej karczmie. Zresztą byli to nie tylko mieszkańcy Kani narodowości niemieckiej, ale i ich rodacy z innych miejscowości. Z karczmy w Kani byli oni następnie stopniowo wysiedlani za Odrę, do kraju przodków.

Reklama

Zanim jednak miały miejsce te wydarzenia, Monika Kruszka otrzymała w Augustowie informację, że Niemiec Kowalski, który zajmował ich gospodarstwo w Kani, już uciekł ze swoimi domownikami w obawie przed czerwonoarmistami. Mąż Moniki, Alojzy wtedy nadal jeszcze był na przymusowych robotach w Niemczech. Monika więc dla bezpieczeństwa nie sama, a ze swoim szwagrem, Janem Kruszką, poszła do domu w Kani. Posprzątali opuszczone domostwo z myślą o tym, że następnego dnia wrócą tutaj z resztą rodziny, by znów móc mieszkać i gospodarować na ojcowiźnie Monika nawet mogłaby już tamtego wieczoru zostać w Kani, ale bała się tam być sama, bo wiadomo było, że niedługo wkroczą na ten teren Rosjanie. Szwagier zaś nie mógł jej dłużej towarzyszyć, bo pełnił obowiązki zarządcy na majątku w Zdziersku pod Łabiszynem. Musiał więc tam jeszcze wrócić, by ogarnąć zwierzęta przed nocą. Wrócili więc razem - ona zatrzymała się w Augustowie, on poszedł do Zdzierska.

Gdy byli już gotowi wrócić do rodzinnego domu w Kani okazało się, że domu już nie ma. Jak to? Przecież chwilę wcześniej Monika ze szwagrem jeszcze go porządkowali, by zaraz do niego wrócić!

Reklama

Okazało się, że tamtego styczniowego wieczoru do wsi dotarli czerwonoarmiści. Zajęli się prosiakiem, którego znaleźli w gospodarstwie. Zwierzę zostało ubite, w domu rozpalili ognisko, na którym piekli mięso. Prawdopodobnie gdzieś w szafie znaleźli flagę ze swastyką, którą trzymał tam Niemiec Kowalski. Rozjątrzeni tym znaleziskiem, podpalili dom i ruszyli dalej.

Kruszkowie po powrocie do Kani musieli więc zamieszkać w szopie. Małą Marię ucieszyło to, że Szaruś, którego jej pokazywała wcześniej kilka razy z drogi mama, jest cały i zdrowy. Okazało się, że kundelek przeżył u Kowalskich całą okupację, a z pożaru, który wzniecili radzieccy sołdaci też wyszedł cało. W 1946 r. z robót przymusowych w Niemczech wrócił do Kani mąż Moniki, Alojzy. Wspólnymi siłami zaadaptowali najpierw stodołę na mieszkanie, a później mozolnie odbudowywali przez 3 lata spalony dom, w którym potomkowie Moniki i Alojzego żyją nadal.

Pawłowscy, czyli wspomniani właściciele wiatraka też okupację przeżyli. Choć niestety, nie wszyscy. Rozalia i Wacław Pawłowscy mieli bowiem liczną gromadkę dzieci. Maria Sitarek pamięta imiona każdego z nich i wymienia je w kolejności poczynając od najstarszej córki: Krystyna, Henryk, Maria, Bernadetta, Halina, Anna, Leokadia i Czesława. Zaraz w pierwszych dniach wojny, w 1939 r. zginął dwudziestoletni Henryk. Okoliczności jego śmierci Maria Sitarek nie zna. W każdym razie Wacław Pawłowski nie miał już syna, zostały mu tylko córki. Młyn typu paltrak nie miał tym samym męskiego spadkobiercy.

 

Fragmenty nagrobkow na przedwojennym cmentarzu niemieckim w Kani fot. Karol Gapiński

ŚMIERĆ W MŁYNIE I KONIEC WIATRAKA

Mimo to Wacław wciąż prowadził ów wiatrak. Nie zniechęcał go też fakt, iż był w pewnym stopniu niepełnosprawny. Otóż w jakimś wypadku podczas pracy doznał zmiażdżenia lewej ręki i musiał mieć ją amputowaną. Był jednak silnym mężczyzną, radził sobie z workami, które przywozili do wiatraka rolnicy. Oczywiście na ich pomoc podczas mielenia ziarna też musiał liczyć, bo inaczej byłoby trudno.

Wiatrak w Kani działał, oś z jego skrzydłami była tylko przekładana co jakiś czas przez Wacława Pawłowskiego. Paltrak bowiem miał możliwość sterowania ustawieniem śmigieł w zależności od tego, jaki był w danym okresie kierunek wiatru. Skrzydła obracane były razem z maszynami wewnątrz.

Ziarno młynarz Pawłowski mełł, ale był coraz słabszy, a zapotrzebowanie na jego usługi też spadało. Polepszyły się drogi, rolnikom łatwiej było dojechać do młyna w Barcinie, a stary paltrak marniał. Wacław Pawłowski sam też korzystał z usług młyna w Barcinie na ul. Polnej (obecnie tego młyna też już nie ma).

Maria Sitarek pamięta dokładną datę: było to w święto Matki Boskiej Gromnicznej, 2 lutego 1966 r. Wacław Pawłowski pojechał z rana do młyna w Barcinie i tam podczas mielenia nagle zasłabł. To był zawał serca, którego młynarz z Kani niestety nie przeżył. Pochowany został na cmentarzu w Łabiszynie.

Wiatrak dalej podupadał, aż pewnego dnia, jakoś w kwietniu lub maju, ale Maria Sitarek nie pamięta, którego to było roku, ona była w szkole w Kani, gdzie odbywał się kurs na kartę rowerową. Uczestnicy tego szkolenia nagle usłyszeli wielki huk, a w powietrze kilkaset metrów dalej, przy drodze do Gulczewa w powietrzu uniósł się wielki grzyb kurzu. Nie było tego dnia nawet jakiegoś silnego wiatru. Wiatrak Pawłowskiego po prostu zapadł się ze starości pod własnym ciężarem i w ten sposób przeszedł ostatecznie do historii.

Otrzymaliśmy zdjęcia archiwalne dzięki uprzejmości Marii Pasek.To wnuczka Rozalii i Wacława Pawłowskich. Choć jest zbyt młoda, aby pamiętać wiatrak dziadka, to został po nim rodzinny album, w którym udało się odnaleźć kilka ciekawych zdjęć. Prawdopodobnie jedynych istniejących, na których zachował się wiatrak w Kani.

Karol Gapiński, 17 III 2023

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości