Jerzy Ludwiczak
fot. Remigiusz Konieczka
Jerzy Ludwiczak wspomina
Przygody z UB
Urząd Bezpieczeństwa, zwany powszechnie bezpieką lub UB, działał także w Żninie. Miało to miejsce od 1945 roku aż do połowy lat pięćdziesiątych, kiedy to UB przemianowano na SB (Służbę Bezpieczeństwa) i włączono w struktury nowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Poprzednią rozmowę z Jerzym Ludwiczakiem, żołnierzem Armii Krajowej i 1. Armii Wojska Polskiego ("Pałuki" 45/2002) zakończyliśmy na wspomnieniach z 1945 roku. Wtedy to ranny 21-letni Jerzy trafił do szpitala w Bydgoszczy. Przypomnijmy jednak, w jaki sposób to się stało.
BRAWUROWA UCIECZKA
W lipcu 1944 roku po wkroczeniu Armii Czerwonej Jerzy Ludwiczak pod nazwiskiem Witold Ferenc trafił do sowieckiej niewoli.
- "Jechałem otwartą ciężarówką ulicą Zamojską na Zamek w Lublinie. W samochodzie był tylko jeden strażnik. Była gdzieś 2000 i piękny letni wieczór. W pewnym momencie wyskoczyłem z samochodu i zacząłem uciekać. Strażnik nawet do mnie nie strzelał, bo ulice pełne były spacerujących ludzi, a strażnik mógł trafić jednego z przechodniów. Jeszcze w czasie okupacji zrobiłem prawo jazdy na fałszywe nazwisko Witold Ferenc. Nie miałem gdzie uciekać. Zaryzykowałem. Zgłosiłem się na punkt werbunkowy do 1. Armii Wojska Polskiego, który mieścił się na Majdanku. Dostałem przydział do 6. Dywizji Piechoty do kompanii samochodowej. Dostaliśmy studebackery [ciężarówki amerykańskie - przyp. rk] i otrzymaliśmy rozkaz wyjazdu do Przemyśla, gdzie organizowała się dywizja. Zaraz po wręczeniu przydziału skierowano nas do Przemyśla, a stamtąd prosto na front" - wspomina Jerzy Ludwiczak.
1946 W ŻNINIE
Jak już pisaliśmy, Jerzy Ludwiczak walcząc w składzie 1. Armii trafił wiosną 1945 roku nad Łabę w Niemczech. 27 kwietnia 1945 r. jadąc z meldunkiem na motocyklu najechał na minę. W przydrożnym rowie znalazł go kolega i odwiózł do szpitala polowego. Tam lekarze musieli amputować mu nogę. Do czerwca 1945 r. Jerzy Ludwiczak przebywał w szpitalu w Wałczu, aby trafić ostatecznie do Bydgoszczy. Wyszedł ze szpitala 30 stycznia 1945 roku i przyjechał do Chomiąży Księżej.
- "Zanim wyszedłem ze szpitala musiałem się ujawnić, ponieważ byłem cały czas Witoldem Ferencem. W tym celu pojechałem 27 stycznia do Warszawy. Nie miałem wtedy jeszcze protezy, więc podróż odbyłem poruszając się o kulach. Mojego nazwiska nie mogli potwierdzić koledzy z mojego oddziału na Lubelszczyźnie, ponieważ bali się aresztowania. Zrobili to żołnierze pochodzący stąd ps. "Biały" - w tym wypadku pamiętam tylko pseudonim - oraz Stefan Wyppich. Po otrzymaniu papierów na swoje prawdziwe nazwisko jeszcze tego samego dnia wróciłem do szpitala, a kilka dni później do Chomiąży Księżej".
Z BRONIĄ NA UB
Życie codzienne w Żninie i okolicach nie było łatwe. Szczególnie trudno było o dobrą żywność. Brakowało sera białego i żółtego, brakowało mleka, a z mięsa można było dostać przeważnie koninę. Poza tym nie wszyscy, którzy przed wojną w Żninie mieszkali, wrócili. Do tego dochodził jeszcze nowy ustrój oraz te organizacje, które zajmowały się jego utrwalaniem, czyli sowieckie NKWD i polskie UB. Jerzy Ludwiczak, jako były żołnierz AK, także miał przygody ze żnińskim Urzędem Bezpieczeństwa.
- "Jako że byłem myśliwym, musiałem mieć pozwolenie na broń myśliwską. Zezwolenie uzyskałem w wojewódzkim UB w Poznaniu. To pozwolenie trzeba było przedłużyć. Dokonywał tego Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Żninie. Budynek UB mieścił się przy rynku, obok dzisiejszego sądu. W 1948 lub 1949 roku doszły mnie słuchy, że mogą mi nie przedłużyć pozwolenia na broń. Szefem UB był wówczas Libuda, który miał swoje biuro na najwyższym, trzecim piętrze. Postanowiłem działać. Zabrałem ze sobą pistolet "parabellum" 08 i poszedłem do siedziby UB. Pistolet był nielegalny. Na dole mieściła się wartownia. Strażnik zadzwonił na górę i zapytał się szefa, czy Ludwiczak może wejść. Otrzymał odpowiedź twierdzącą i bez rewizji wpuścił mnie do szefa UB. Wszedłem do gabinetu i powiedziałem: - "Słyszałem, że są kłopoty z przedłużeniem zezwolenia na moją broń myśliwską". I pokazałem, że mam broń. - "Nie, nie towarzyszu. Zaraz je przedłużę" - odpowiedział mi Libuda." Po załatwieniu formalności wyszedłem, a strażnik na dole nawet o nic mnie nie pytał".
Kilka lat później Jerzy Ludwiczak spotkał na polowaniu byłego komendanta UB w Żninie, którego przeniesiono do Mogilna. W luźnej rozmowie funkcjonariusz zapytał Jerzego Ludwiczaka, co zrobiłby, gdyby nie otrzymał przedłużenia zezwolenia na broń myśliwską. - "Odpowiedziałem mu wtedy, że zastrzeliłbym go, a on przyznał, że domyślał się tego, że jeśli nie przedłuży mi zezwolenia, to mogłoby się to dla niego źle skończyć" - wspomina Jerzy Ludwiczak. - "Mógł przecież kazać mnie zrewidować, ale tego nie zrobił. Myślę, że pewne znaczenie miała tu moja przeszłość w 1. Armii WP".
NIEDOSZŁA PROWOKACJA
Żniński kombatant opowiedział nam jeszcze jedną historię związaną z funkcjonariuszami tzw. bezpieki. Jako, że Jerzy Ludwiczak był żołnierzem AK zdarzało się, że koledzy z lubelszczyzny prosili go o przechowanie, czyli ukrycie przed funkcjonariuszami UB, ponieważ we wschodnich województwach byli szczególnie prześladowani.
- "Pamiętam, że było to w okresie żniw. Siedziałem wtedy na werandzie w Chomiąży. W pewnym momencie zauważyłem zbliżających się trzech mężczyzn. Podeszli do mnie i poprosili o nocleg. Nie chcę się chwalić, ale ludzi z AK poznam na odległość. Domyśliłem się, że to prowokacja. Ja dałbym im nocleg, a w nocy ok. 1100 nadjechałby samochód, zaczęto by przeszukiwać okolicę i znaleziono by tzw. wrogów demokracji. UB miałoby podstawę, aby mnie aresztować. Trzem przybyszom zadałem wtedy pytanie, czy odejdą sami, czy mam dzwonić do ich szefa, aby po nich przyjechał. Odpowiedzieli, że pójdą sami. I poszli" - opowiada Jerzy Ludwiczak.
OPIEKA CAŁODOBOWA
Zapytaliśmy naszego rozmówcę, jak długo miał kontakt z Urzędem Bezpieczeństwa i jego funkcjonariuszami.
- "Dwa lata temu z Instytutu Pamięci Narodowej otrzymałem wiadomość, że figuruję w archiwalnych aktach UB. W pierwszej połowie ubiegłego roku otrzymałem zgodę na wgląd w akta. Postanowiłem pojechać i zobaczyć swoją teczkę. Pracownik IPN przyniósł ją. Mogłem wszystkie dokumenty przeczytać i przeglądać teczkę dość długo. Nie wolno mi było przepisywać dokumentów. Pracownik IPN cały czas siedział ze mną. Dowiedziałem się, że podpisywała je cały czas ta sama osoba, niejaki Staniszewski, który był pracownikiem UB. Podpisywał je do połowy lat pięćdziesiątych. Wynika z tego, że cały czas miałem opiekuna" - zdradził Jerzy Ludwiczak.
W budynku obok sądu Urząd Bezpieczeństwa mieścił się do 1956 roku. Później przy Powiatowej Komendzie Milicji Obywatelskiej powstał wydział bezpieczeństwa.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 682 (10/2005)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze