Mirosław Jędykiewicz mieszkający w Pturku najpierw dostał pismo od sąsiadów, że ci odetną mu możliwość dojazdu do jego miejsca zamieszkania poprzez swoje pole. Krótko potem zapowiedź zrealizowali, na drodze pojawiła się blokada. Właściciele tego gruntu podkreślają, że ich sąsiad ma konfliktowy charakter, stąd też decyzja o odcięciu możliwości przejazdu.
Mirosław Jędykiewicz od 11 października nie ma możliwości dojechania samochodem do domu, w którym mieszka fot. Magdalena Kruszka Mirosław Jędykiewicz, choć ma status bezdomnego, to od czterech lat mieszka wraz z żoną w Pturku. Od 11 października ma odcięty dojazd do swojego miejsca zamieszkania, gdyż droga, którą się poruszał, znajdowała się na prywatnym gruncie.
Mirosław Jędykiewicz nabył domek letniskowy w Pturku w 1985 roku. Wówczas mieszkał w Bydgoszczy. Jak wspomina, ziemi kupić nie mógł, bo kobieta, od której kupował domek, nie miała aktu własności. Przyznaje, że za ziemię zapłacił, a przepis notarialny miał być wykonany później. Nigdy to nie nastąpiło.
Cztery lata temu Mirosław Jędykiewicz sprzedał mieszkanie w Bydgoszczy, bo jak wspomina, potrzebował pieniędzy na leki, i przeniósł się do Pturka na stałe.
- Jak ona mi ten domek sprzedawała, to dojazd już był zapewniony - mówi mieszkaniec Pturka. - Ja tą drogą przez trzydzieści lat jeździłem. To jest około 350 metrów prowadzących do mojej posesji. Ta droga jest niczyja, ale była tu zawsze, prowadziła kiedyś do wiatraka. Droga jednak nie jest niczyja, prowadzi przez prywatny grunt.Na działce, przez którą biegnie droga prowadząca do domu Mirosława Jędykiewicza, nie ma służebności gruntowej.
11 października przy zjeździe z drogi gminnej na drogę, którą poruszał się Mirosław Jędykiewicz, pojawiła się barykada. Okazało się, że to sąsiedzi, którzy są właścicielami gruntu, na którym znajduje się droga, zablokowali przejazd. Nie godzą się, aby Mirosław Jędykiewicz poruszał się po ich terenie.
- Ja teraz muszę samochód u sąsiada zostawiać z drugiej strony i 170 metrów przez górę iść pieszo do domu, a to dla mnie straszny problem - mówi Mirosław Jędykiewicz. - Ja mam chore nogi, żona jest chora na raka, potrzebuje lekarza, a teraz to ani ja pod dom nie podjadę, ani karetka do mnie nie przyjedzie. Cała wieś kiedyś tędy jeździła, a teraz sąsiedzi mówią, że to wszystko ich jest. Na ich terenie znajduje się też skrzynka pocztowa. Po drodze gminnej biega ich pies. Przecież on mnie może ugryźć, jak idę. Próbowałem tę sprawę załatwić polubownie, ale nie idzie.
Właścicielki gruntu, przez który biegnie droga, podkreślają, że poinformowały wcześniej swojego sąsiada, że drogę zablokują. Przyznają, że nie robiłyby tego, gdyby nie konfliktowy charakter sąsiada. Opowiadają o donosach, jakie ten na nie składa na policję, między innymi w związku z biegającym psem czy na pocztę w związku ze skrzynką, która znajduje się na ich terenie.
- Przecież my tego psa bardzo pilnujemy, a i tak ciągle policję mamy na głowie - mówi jedna z właścicielek. - On sobie tę drogę ujeździł tam, gdzie my mamy pole. To prawda, że odgrodziliśmy ten dojazd, ale nikomu nic nie zabieramy. To jest nasze pole i będziemy je orać. Nawet policja przyznała nam rację. A ten pan przecież nie ma działki, nie ma wykupionego gruntu, nie jest tu zameldowany i mieszka tu na lewo. Odkąd to zrobiliśmy, non stop mamy policję na głowie, ktoś nam zdjęcia robi. A my mamy mapki, był geodeta i nikt nas nie może zmusić, żebyśmy pozwolili po swoim polu jeździć. Gdyby pan Jędykiewicz był życzliwy nam, nie kablował - byłoby inaczej, ale on zatruwa nam życie, ciągle nam robi pod górkę, więc dlaczego mamy udostępniać mu nasz grunt? Właścicielki pola przyznają, że jeśli będzie taka potrzeba, to karetce pogotowia czy straży pożarnej przejazd umożliwią.
Dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Barcinie Dorota Dokładna przyznaje, że zna problem i rozmawiała już z Mirosławem Jędykiewiczem. - Zaproponowałam temu panu mediacje - mówi Dorota Dokładna. - Starałam się go przekonać, że jeśli dojdzie do spraw sądowych, to będzie to ze szkodą dla niego, ale ten pan na mediacje z naszej strony się nie zgodził i tu nie możemy nic zrobić. Jesteśmy natomiast zobowiązani sprawdzić, jak wygląda sytuacja życiowa jego i jego żony, w obliczu tego, co mówił, czyli że stan zdrowia jego żony jest ciężki. Poproszę pracownika, żeby udał się tam i sprawdził, w jakich warunkach socjalnych przebywa żona i czy nie potrzebuje jakiejś pomocy.
O dalszym rozwoju wydarzeń poinformujemy.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1291 (45/2016)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze