Reklama

Świętość łączy się z normalnością

Rozmowa na Wielki Czwartek
    Świętość łączy się z normalnością
    O kapłaństwie, o sakramencie pojednania jako jednym z najważniejszych zadań kapłana, o tym dlaczego psychoanaliza nie zastąpi spowiedzi, a także o roli przeora, o Kościele w Czechach i w Warszawie, z pochodzącym ze Żnina ojcem Piotrem Krysztofiakiem - dominikaninem, obecnie przeorem klasztoru w Warszawie rozmawia Marta Złotnicka.

Ojciec Piotr Krysztofiak, dominikanin, pochodzi ze Żnina; święcenia kapłańskie otrzymał w 1993 roku, w latach 1994-98 pełnił funkcję sekretarza prowincjała dominikanów, w latach 1998-2006 był przeorem klasztoru w Pradze, obecnie jest przeorem klasztoru w Warszawie na Służewie. fot. Marta Złotnicka

   Marta Złotnicka: - W Wielki Czwartek świętujemy ustanowienie sakramentu kapłaństwa. Czym dla Ojca jest kapłaństwo?
    O. Piotr Krysztofiak: - 22 maja br. będę obchodził piętnastą rocznicę święceń kapłańskich i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jak wielka to tajemnica i odpowiedzialność oraz że pomimo tego, iż przed święceniami przeszedłem bardzo dobrą, siedmioletnią formację, nie byłem właściwie przygotowany do kapłaństwa. Na studiach mieliśmy najlepszych wykładowców, a odpowiedzialnym za moją formację duchową był obecny Teolog Domu Papieskiego, którego zadaniem jest badanie tekstów teologicznych dla papieża Benedykta XVI. Kapłaństwo jest dla mnie zarówno zupełnie niezasłużonym darem, do którego - jestem przekonany - właściwie ciągle nie dorosłem, jak i służbą.
    Chciałbym podkreślić, że w naszym dominikańskim życiu, szczególny akcent położony jest na osobiste zjednoczenie z Chrystusem. Kiedy jako przeor w Wielki Czwartek sprawuję eucharystię, celebruję tajemnicę kapłaństwa i umywam nogi braciom, uświadamiam sobie jego wymiar służebny oraz to, że będąc kapłanem, wypełniam funkcję Chrystusa na ziemi.
    Kapłan jest przekazicielem realnej łaski. To nie rodzaj pozytywnego myślenia, w którym ktoś coś sobie wmawia i w końcu to się mu spełnia. Łaska jest rzeczywistością, w której działa Bóg przez człowieka, najczęściej przez kapłana w sakramentach.
    Kiedyś zapowiadano, że ze względu na rozwój psychologii, psychoanalizy i różnych form poradnictwa, kapłaństwo w pewnym momencie będzie niepotrzebne, przestanie pełnić swoją funkcję społeczną. Widzimy jednak, że tak nie jest. Oprócz tego, że kapłan - szczególnie w sakramencie pojednania - może pomóc człowiekowi podnieść się duchowo i psychicznie, to jest jeszcze ten potężny wymiar łaski, który jest kompletnie niezrozumiały, ani dla kapłana, ani dla tego, który do kapłana przychodzi.
    - Czy zdarzały się Ojcu chwile zwątpienia w tę drogę, którą kiedyś Ojciec rozpoczął, w sens kapłaństwa?
    - Nie przypominam sobie momentu, w którym zwątpiłbym w dar kapłaństwa, natomiast systematycznie i regularnie pojawiają się wątpliwości co do swojej osoby, czy jako człowiek ja się do tego nadaję. Tutaj pomaga decyzja Kościoła o dopuszczeniu do święceń. W przypadku wątpliwości można się oprzeć na decyzji tych ludzi, którzy potwierdzili, że mam powołanie do kapłaństwa.
    - Czyli Ojciec tę swoją słabość przekuwa na siłę.
    - Św. Paweł mówi, że moc w słabości się doskonali i prawdopodobnie właśnie tego to dotyczy, bo świadomość swojej słabości pozwala bardziej ufać w Boże wsparcie. Natomiast kiedy ktoś przekonany jest o swojej doskonałości i nieomylności, wtedy następuje właśnie ten najtragiczniejszy moment, szczególnie w życiu duchowym, kiedy pycha niszczy wszystko. A niestety z pychą czy arogancją spotykamy się czasami wśród kapłanów, i to jest smutne.

W piątek wieczorem  ulicami Szubina przeszli wierni w uroczystej Drodze Krzyżowej. W tym roku procesja z krzyżem ruszyła sprzed kościoła św. Marcina, a zakończyła się przy kościele św. Andrzeja. Przedstawiciele różnych grup zawodowych i społecznych nieśli drewniany krzyż, jako znak łączności z Jezusem. Mimo intensywnie padającego deszczu udział w uroczystości wzięli licznie przybyli parafianie obydwu szubińskich parafii.
fot. Piotr Bembenek

    - Czy jest Ojcu bliska wizja kapłaństwa, w której kapłan jest normalnym człowiekiem, jednym z nas, czyli osobą, której zdarzają się różne potknięcia?
     - Przez całe wieki chrześcijaństwo doskonale rozumiało to, że naśladujemy Chrystusa, a nie człowieka. Nie naśladujemy drugiego człowieka, nawet świętego. Furorę zrobiła książka Tomasza a Kempis O naśladowaniu Chrystusa, która właściwie ujmuje ten problem. Wyobraźmy sobie, że będziemy naśladować Ojca Pio. Jak możemy naśladować tego, który dostał stygmaty? Nie jesteśmy w stanie naśladować nawet modlitwy Ojca Pio dlatego, że o tym jak się modlił wiemy tylko z książek, które bardzo często są cukierkowate i lukrowane. Ojciec Pio od kołyski był rzeczywiście świętym i grzecznym chłopcem, ale jest mnóstwo świętych, którzy mieli bardzo bogaty życiorys. Weźmy na przykład świętego Augustyna, który później został biskupem. Jego życie, a w nim różne przygody, także miłosne, jakie były jego udziałem, mogłyby stanowić dobry materiał na bestseller. Rozumienie świętości, jako nieskazitelności moralnej, wytworzyło się w ostatnim czasie i nie jest właściwe. W przeszłości tak tego nie rozumiano. Święty Hieronim, na przykład, został świętym nie dlatego, że był idealny moralnie, ale dlatego, że kochał Chrystusa, kochał Pismo Święte i pokazał, jak należy kochać Słowo Boże. Gdy czytamy jego listy, np. do Rufusa, to znajdujemy w nich sformułowania, które były kłopotliwe dla wielu tłumaczy. Uważali bowiem, że święty nie mógł pisać w taki sposób. Dopiero w ostatnim czasie bycie blisko Boga utożsamia się z nieskazitelnością moralną. Symbolem jest tu Pier Giorgio Frassati, żyjący w dwudziestym wieku. Kiedy miał zostać beatyfikowany, sporządzano jego portret - przy wyniesieniu na ołtarz zawsze przygotowuje się portret - na podstawie jednego z zachowanych zdjęć, na którym wyglądał najlepiej, z fajką w ręku. Malując portret na beatyfikację, usunięto fajkę z jego rąk. A przecież Pier Giorgio Frassati został błogosławionym paląc fajkę.
    Jeśli ktoś dochodzi do wniosku, że kapłan jest normalnym człowiekiem, to jest to duży komplement, bo na świecie mamy coraz mniej normalnych ludzi. Bycie kimś normalnym, kimś, kto ma zdrowy kontakt, potrafi normalnie mówić, reagować, powoli staje się rzadkością. Wydaje mi się, że świętość ściśle łączy się z normalnością. Święty dziwak nie fascynuje. Jeśli popatrzymy na największych świętych, zauważymy, że są to normalni ludzie, natomiast pod tą normalnością kryje się ogromna głębia i świętość. Najlepszym tego przykładem był Jan Paweł II. W postaci Ojca Świętego mamy do czynienia z jednej strony z normalnością, bo był to normalny człowiek, z którym można było się spotkać i porozmawiać, a z drugiej strony z wielką głębią i świętością.
    My żyjemy w uprzywilejowanym czasie, w którym mamy świętych na wyciągnięcie ręki. Przykładami tego są Jan Paweł II i Matka Teresa z Kalkuty.
    Kiedy Matka Teresa przyjechała do Warszawy po raz drugi, zostałem zaproszony na spotkanie z nią. Miałem jednak wtedy jakiś wyjazd, i pomyślałem sobie, że przecież przyjedzie następnym razem, to się z nią spotkam. Niestety, następnego razu już nie było, bo w międzyczasie Matka Teresa umarła. Kiedy więc zmarł Jan Paweł II, nie namyślając się, poleciałem z Pragi na jego pogrzeb; nauczony doświadczeniem z Matką Teresą z Kalkuty wiedziałem, że drugi raz czegoś takiego nie mogę zrobić. Wtedy na Placu św. Piotra w Rzymie, przyglądając się kartkowanemu przez powiew Ducha ewangeliarzowi na trumnie papieża, powiedziałem sobie: „Chociaż raz w życiu jestem we właściwym czasie na właściwym miejscu”.
     - W liście na Wielki Czwartek w 2002 roku Ojciec Święty zachęcał kapłanów, żeby pomagali innym odkrywać piękno sakramentu pojednania. W jaki sposób Ojciec to nawoływanie Jana Pawła II realizuje?
     - Papież Paweł VI powiedział, że można zrezygnować w duszpasterstwie z różnych dzieł, ale absolutnie nie z sakramentu pojednania. Kiedy on o tym mówił, był to czas rozkwitu psychoanalizy. Jeżeli porównamy spowiedź z psychoanalizą, to właściwie nie widać dużych różnic. Kiedy ktoś przychodzi do psychoanalityka, ten się go pyta: „Jak się czujesz?”, a pytana osoba odpowiada: „Czuję się źle.” Psychoanalityk pyta dalej: „ A dlaczego czujesz się źle?” I padają wyjaśnienia na temat tego, co się wydarzyło, z jakiego powodu ten ktoś się czuje źle. I wtedy ludzie nie opowiadają o niczym innym, jak tylko o grzechach. U psychoanalityka o niczym innym się nie mówi. Mówi się o tym, na przykład, że kogoś porzucił mąż czy żona. „Ale słusznie, czy niesłusznie?” Okazuje się, że zachowanie tej osoby nie było takie idealne. Z jednej strony to ona odeszła, ale z drugiej strony była też w tym moja wina. „A jaka jest twoja relacja z dziećmi?” „Jest dość poprawna, ale nie jest głęboka.” „Dlaczego?” „Nie mam za bardzo dla nich czasu.” „A w czym jest kłopot?” I padają odpowiedzi typu: związałem się z kimś, mam problemy, byłem przez kogoś zraniony, wykorzystany.
Wszystko to są grzechy. Podczas spotkania penitenta z psychoanalitykiem mamy do czynienia z opowiadaniem o grzechach; on się jemu spowiada. Idea tego jest taka, że jak się wszystko sobie uświadomi i z siebie wyrzuci, to człowiek poczuje się lepiej. 
    Kiedyś wydawało się, że psychoanaliza zastąpi spowiedź, bo psychoanalityk jest lepiej do tej rozmowy przygotowany niż ksiądz, dla którego spowiedź jest jedną z jego wielu kapłańskich posług. A jednak tak się nie stało, ponieważ psycholog może coś doradzić, może pomóc, ale nie może dać łaski.
    W sakramencie pokuty realnie działa łaska. Przez nią działa Chrystus. Nawet gdybyśmy stosowali nie wiem ile terapii psychologicznych, to nie jest to samo co spowiedź. Chrystus swoją łaską dotyka grzesznika i leczy tzn. usuwa smutek i niepokój, które są owocem grzechu i z którymi człowiek nie może być szczęśliwy, napełnia radością i pokojem (niektórzy odczuwają to, jakby im kamień z serca spadł), daje siły do tego, aby zerwać ze złem i więcej go nie czynić.
    - Czy zdarza się, że wierny przychodzi do spowiedzi tylko dlatego, żeby pozbyć się tego psychologicznego poczucia winy?
    - Mnie jako spowiednika nie interesuje, z jakiego powodu ktoś przychodzi. Zawsze interpretuję to przyjście życzliwie. Gdyby nawet ktoś przyszedł tylko z tego powodu, że chce się pozbyć psychologicznego poczucia winy, że chce z kimś porozmawiać, bo nikt go nie chce wysłuchać, nie ma w tym nic złego. Mało tego, przychodząc z takim nastawieniem, zawsze ma szansę zmiany swego życia poprzez spotkanie z żywym Chrystusem. Chrystus w sakramencie pojednania uzdrawia również w wymiarze psychologicznym, tylko, że to nie jest tanie pozbycie się psychologicznego poczucia winy i nie jest to tani zabieg. Niektórzy myślą, że człowiek przyjdzie, ksiądz odpuka i gotowe. Aby dokonała się przemiana i sakrament był owocny potrzeba duchowego wysiłku i konsekwencji.
     - Jednym z warunków dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Po czym Ojciec może poznać, że ten żal jest prawdziwy i postanowienie poprawy jest szczere?
- Wystarczy, że człowiek powie, że żałuje. I koniec. Spowiednik nie naciska i nie pyta, czy on na pewno żałuje. Oczywiście w czasie spowiedzi kapłan uświadamia temu człowiekowi, że jego żal za grzechy jest konieczny do następnego warunku, jakim jest chęć poprawy, czyli decyzja o zmianie życia. W związku z tym, jeżeli ktoś nie żałuje i traktuje spowiedź jako miejsce, w którym można przyjść i porozmawiać albo uczestniczyć w jakimś rytuale, to nie uzyska owocu tego sakramentu. Spowiednik ma małe szanse, by zmusić do czegoś. On mu tylko ukazuje tę łaskę, to dobro i moc, jakie może uzyskać z sakramentu pojednania, który jest sakramentem uzdrowienia. Spowiednik pokazuje też, że jeżeli wierny nie spełni warunków dobrej spowiedzi, to nie ma szans, by zaczerpnąć łaski sakramentu.
    Bywają sytuacje, w których człowiek jest w jakiś sposób uwikłany w grzech i trudno mu z tego zrezygnować czy się wyplątać. Wtedy pomóc może tylko łaska i trzeba się o nią modlić, a nie perswadować. W czasie spowiedzi ludzie są bardzo szczerzy, naprawdę bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś przyszedł tylko „pro forma”. My, spowiednicy, rozdajemy Boże miłosierdzie. Jeśli ktoś chce, może zaczerpnąć tej łaski. Mnie, jako spowiednikowi zależy, żeby każdy, kto przyjdzie, zaczerpnął jej jak najwięcej, ale jeżeli to się nie uda, pozostaje nadzieja, że może później Pan Jezus dotknie go łaską. Ileż to razy zdarzają się sytuacje, że ktoś się spowiada i wyznaje, że przez całe życie chodził do spowiedzi, ale dopiero kiedy ostatni raz się spowiadał, doznał nawrócenia. Łaska w tym sakramencie jest potężna, powoduje przemianę życia.
    Sakrament pojednania jest niesłychanie ważny i mnie się wydaje, że w Polsce nie przeżywa on kryzysu. Jestem zdumiony tym, co się dzieje w Warszawie. Sześć lat temu wystarczyło, że u nas w konfesjonale wieczorem był tylko jeden kapłan, dwa lata temu trzeba już było, żeby spowiadało dwóch, ponieważ tworzyły się zbyt duże kolejki, dzisiaj potrzeba trzech kapłanów w dzień powszedni i dwunastu przed pierwszym piątkiem miesiąca.
    - Czy zdarzyło się Ojcu nie udzielić komuś rozgrzeszenia?
    - Zdarzyło mi się, i to nie raz. Zawsze jednak starałem się delikatnie tłumaczyć, że są pewne warunki, które trzeba spełnić, by je uzyskać Zdarzają się sytuacje, które wiążą mi ręce, gdy ktoś spowiada się z grzechów i mówi, że chce je nadal popełniać. Wówczas nie mogę dać rozgrzeszenia. Spowiedź musi prowadzić do decyzji o poprawie, przynajmniej o realnej chęci poprawy. Pytam zawsze taką osobę, czy gdy nie udzielę rozgrzeszenia, obrazi się na mnie. Najczęściej wtedy ludzie się uśmiechają i mówią: „Nie, proszę ojca, ja się nie obrażę, rozumiem”. Staram się zawsze wytworzyć atmosferę zrozumienia. Nigdy nie wolno w konfesjonale krzyczeć. Pan Jezus w ewangelii nigdy na nikogo nie krzyczał i nigdy nikogo nie odrzucił, czasami tylko proponował łaskę, której ktoś nie przyjmował i ze smutkiem odchodził. I taka osoba od konfesjonału też na ogół odchodzi smutna, bo choć się przez chwilę uśmiechnie, później jednak jej twarz pozostaje smutna. Wtedy udzielam tylko błogosławieństwa.
    Przyczyny, dla których nie mogę udzielić rozgrzeszenia, mogą być różne. Czasem ktoś kogoś nienawidzi. Jeżeli nie ma deklaracji, że chce przebaczyć, że będzie się o to starał, że będzie prosił Boga o siłę do przebaczenia, jeżeli ktoś mówi, że nadal będzie nienawidził, ponieważ go skrzywdził, wówczas nie można dać rozgrzeszenia. Można go odmówić także w sytuacji, gdy ktoś jest w związku sakramentalnym z jedną osobą, a zwiąże się z inną. Wtedy niewiele da się zrobić. Nie od rzeczy jednak będzie, jeśli taka osoba przyjdzie do spowiedzi, porozmawia i odejdzie bez rozgrzeszenia. Takie spotkanie jest czymś pozytywnym. Nieprawdą jest, że taka osoba w ogóle nie powinna przystępować do spowiedzi. Ostatnio coraz częściej zdarzają się przypadki, że ludzie żyją jak małżeństwo, chociaż małżeństwem nie są, i nie mają żadnych przeszkód, aby nim byli. Jeżeli na spowiedzi deklarują, że tego nie zmienią, bo im na małżeństwie nie zależy, to kapłan ma ręce związane.
    - Ojciec już od wielu lat jest przeorem. Na czym polega bycie przeorem?
     - Z jednej strony, kiedy człowiek zostaje wybrany przez klasztor na przeora, to jest to pewna satysfakcja, radość z otrzymanego zaufania. Później czeka go ciężka praca, bo przeor musi dbać zarówno o sprawy administracyjne, jak i umacniać duchowo braci, żeby warunki i sposób życia w klasztorze sprzyjały przybliżaniu się do Chrystusa. W zależności od wielkości klasztoru praca przeora wygląda różnie. Inaczej było w Pradze, gdzie w klasztorze było 10 dominikanów, inaczej w Warszawie, gdzie jest ich 70. Klasztor w Warszawie jest bardzo dynamiczny. Czterech ojców ma powyżej pięćdziesiąt lat, a pozostali są młodymi i dynamicznymi dominikanami.
    Praca jest tu bardzo dobrze podzielona. Niektórzy ojcowie pracują w formacji, gdyż w naszym klasztorze mieści się część Kolegium Filozoficzno-Teologicznego naszej prowincji. Bracia są bądź ojcami duchowymi, bądź spowiednikami, bądź też wykładowcami tego seminarium. Inni pracują w duszpasterstwie, prowadzą duszpasterstwa specjalistyczne, np. studentów, młodzieży, grup postakademickich. Nasz klasztor jest miejscem, w którym znajdują się różne poradnie, spotykają się grupy modlitewne czy charyzmatyczne. Takich grup duszpasterskich jest w naszym klasztorze bardzo wiele. Poza tym jest też Instytut Tomistyczny oraz potężna, ponaddwudziestotysięczna parafia. Przeor musi więc dbać, żeby to wszystko dobrze działało, aby były podzielone obowiązki, aby każdy z braci miał wszystko, co mu jest potrzebne, by żyć i przybliżać się do Boga, a także aby mógł prowadzić pracę w duszpasterstwie.
    - Przez osiem lat był Ojciec przeorem w Pradze, w związku z tym chciałabym zapytać, czym różni się sytuacja Kościoła w Czechach od sytuacji Kościoła w Polsce, i z jakimi problemami boryka się Kościół w Czechach?
     - Te różnice są diametralne. Sam sposób funkcjonowania Kościoła w Czechach wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Powiem tylko o różnicy w pracy samego klasztoru w Pradze i w Warszawie. W Pradze każdy z nas miał ściśle wyspecjalizowaną pracę. Musiał zarobić na siebie, wypracować jakiś dochód, aby zarobić na swoje utrzymanie. W związku z tym jeden z ojców pracował jako wykładowca - profesor prawa na Uniwersytecie Karola, drugi z ojców był dyrektorem tygodnika katolickiego, trzeci pełnił funkcję prowincjała, czwarty zajmował się duszpasterstwem Węgrów. Ja zajmowałem się Polonią i pracowałem jako korespondent Radia Watykańskiego. Każdy zajmował się swoją dziedziną i nikt nikogo nie mógł zastąpić. W Warszawie, chociaż każdy z nas ma jakąś specjalizację, pracujemy w duszpasterstwie. Jeżeli jest taka potrzeba, to każdy z nas może zastąpić drugiego. Funkcjonujemy bardziej jako wspólnota. W Polsce utrzymują nas wierni, dzięki którym żyjemy. W Czechach było zupełnie inaczej. Jeśli ktoś prowadził duszpasterstwo, otrzymywał pensję od państwa.
    - Czy Kościół w Czechach jest słaby?
    - Jest tam rzeczywiście mało wiernych. Wielu kapłanów jest w podeszłym wieku i to jest największy problem. Ci, którzy chodzą do kościoła, są gorliwymi, wierzącymi ludźmi. Oni płyną jakby kompletnie wbrew wszystkim trendom, które są w tym społeczeństwie. Istnieją ogromne różnice w mentalności pomiędzy Polakami a Czechami. W Czechach obserwuje się dużą niechęć do Kościoła, podczas gdy w Polsce ta niechęć nie jest tak widoczna, a Kościół spotyka się z wielką sympatią społeczeństwa.
    Wydaje się, że największe różnice wypływają z pewnych obciążeń historycznych. Na skutek panowania austrowęgierskiego Czesi utożsamiali katolicyzm z monarchią austrowęgierską. Ich niechęć do monarchii pokrywała się z niechęcią do katolicyzmu. Kiedy w 1918 roku powstała Czechosłowacja, jako jeden z pierwszych symbolicznych aktów dokonało się roztrzaskanie figury Matki Bożej na Rynku w Pradze. Tak naprawdę nie tyle chodziło o nienawiść do Matki Bożej, co do monarchii. Niestety, atmosfera niechęci Czechów do Kościoła katolickiego trwa do dzisiaj. W Polsce jest dokładnie odwrotne. W naszej historii Kościół zawsze działał nie tylko dla dobra wiernych, ale i dla dobra narodu. Jednak, gdy popatrzymy na to, co się dzieje obecnie, zauważymy, że w Czechach państwo jest często bardziej przychylne Kościołowi niż w Polsce. Telewizja przyznaje więcej pieniędzy na programy religijne w Czechach niż w Polsce. Państwo czeskie dba o zabytki kościelne, przeznaczając potrzebne środki na renowację. W Polsce natomiast państwo zapewnia kontrolę konserwatorów i koszmarną biurokrację. W Czechach państwo zdecydowało o zwrocie zagrabionych przez komunistów majątków kościelnych, podczas gdy w Polsce ta kwestia nadal nie została uregulowana. Sytuacja więc nie jest tak czarno-biała jakby się wydawała. Prawdą jest jednak to, że do kościoła chodzi znacznie więcej Polaków niż Czechów.
    - Dziękuję Ojcu za rozmowę.


Z ojcem Piotrem Krysztofiakiem - dominikaninem
rozmawiała Marta Złotnicka
Pałuki nr 840 (12/2008)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości