W najbliższym numerze tygodnika "Pałuki", którego szukajcie w sklepach już w najbliższy wtorek, będziecie mogli przeczytać tekst "Łup wojenny księdza Ruty czyli sceny z historii żnińskiego kina". Przy tej okazji przypominamy poniżej reportaż Macieja Potulnego, jaki wydrukowaliśmy w "Pałukach" 30 lat temu (nr 36/1994).
TAK, JAK W FILMIE
Przede mną strome drewniane schody. Prowadzą do małego korytarza, gdzie na podłodze stoi kilka gratów: metalowe niebieskie pudło, stara szafka, radio. Na wprost i po prawej stronie - obite blachą drzwi.
Otwieram drzwi z prawej strony. Moim oczom ukazuje się pomalowany na zielono pokoik. Na pierwszy rzut oka kojarzy się z narzędziownią w jakimś warsztacie. Wrażenie to powoduje umeblowanie pomieszczenia. Jest tu zielona, drewniana szafa, dwa taborety, miniaturowy stolik, na którym stoi dziwna maszynka przypominająca rozmontowaną szlifierkę i metalowa szafa z podłużnymi pionowymi szufladami. Każda szuflada posiada swój numer, co powoduje, że szafa przypomina regał z biurowymi segregatorami. Wszystko wygląda tak, jakby nic się tu nie zmieniło od lat pięćdziesiątych. Nie dziwi więc nawet - w środku lata - ubrana w świecidełka i łańcuchy choinka, ani - tym bardziej - trzydziestoletnie radio.
Drzwi na wprost kryją za sobą jeszcze ciekawsze pomieszczenie. Pamiętacie Kino Paradiso Giuseppe Tomatore? Jeśli zamienimy kilka rekwizytów z tego filmu na bardziej współczesne, uzyskamy portret projektorni kina Pałuczanin.
Głównym elementem są tu dwa wielkie projektory. Ich kształt przywodzi na myśl parę jurajskich gadów obserwujących ludzi na widowni przez małe okienka wykute w ścianie. Obok znajduje się mnóstwo przycisków, przełączników, lamp sygnalizujących pracę projektorów, świateł na widowni itp. Na podłodze leży niebieskie pudło podobne do tego w korytarzu. Dalej, w następnym pomieszczeniu dwa ogromne prostowniki i tablica rozdzielcza wielkości sporej szafy. Okna na piętrze kina zamalowane są czarną farbą nie przepuszczającą promieni słonecznych. Wszystko tonie więc w bladym, żółtym świetle mlecznych lamp.
W tych trzech pokojach panuje operator Marian Konecki. Pojawia się tutaj codziennie prócz środy około godziny 17.30, włącza światła i rozpoczyna przygotowania do projekcji filmu.
Każda kopia filmu trwającego około dwóch godzin ma długość przeciętnie 3000 metrów. Zazwyczaj rozdzielona jest na kilka szpul po 2 akty. Należy sprawdzić, czy każda szpula jest przewinięta. W przeciwnym wypadku film może być wyświetlony do góry nogami, w dodatku od końca. Jeżeli taśma jest źle przewinięta, pan Marian zakłada ją na urządzenie, które wyglądało na szlifierkę, a okazuje się być przewijarką. Po przewinięciu, nawiniętą na bęben taśmę chowa do odpowiedniej szuflady segregatora, dwie taśmy z pierwszymi aktami zakłada zaś na projektory.
Kiedyś pracę panu Marianowi, a widzom - oczekiwanie na film, umilała muzyka. Jednak dawno minęły czasy, kiedy działał kinowy magnetofon szpulowy. Potem przez jakiś czas pracownicy kina przynosili Grundiga z domu. Kiedy jednak i on odmówił posłuszeństwa, z muzyki zrezygnowano w ogóle. Brak dźwięku przed projekcją jest wynagrodzony przez jego jakość w czasie trwania filmu. Właściciela kina parafii pod wezwaniem św. Floriana i jego managera księdza Edmunda Ruty nie stać na to, by zastosować cyfrowe odtwarzanie dźwięku, system Digital Sound, niemniej nasze kino stoi pod względem jakości dźwięku na czołowym miejscu w rejonie. Wynika to z faktu, że Pałuczanin ma doskonalą akustykę, porównywalną tylko z bydgoskim kinem Pomorzanin. Wpływa na to kształt i rozmiary widowni, jak i bardzo dobre wyciszenie sali z zewnątrz.
O godzinie 18.00 z telefonu na korbę stojącego na stoliku słychać sygnał dany z dołu przez szefa kina Pałuczanin, Wiesława Mellema. Oznacza on, że więcej widzów już nie można się tego dnia spodziewać, więc czas zacząć projekcję. W projektorni gasną światła, pan Marian uderza w gong i puszcza w ruch projektor. Potem jeszcze ostatecznie reguluje ostrość i... może na 20 minut, czyli do czasu zmiany szpuli dać sobie luz. Luksus taki pojawił się w momencie, gdy stare projektory wyposażone w lampy lukowe zostały zastąpione na początku lat osiemdziesiątych nowymi aparatami wyposażonymi w lampy ksenonowe. Przedtem diody spalały się, należało bez przerwy obserwować, czy na obrazie nie pojawiają się zaciemnienia i regulować ostrość. Dzisiaj natomiast można spokojnie odejść od aparatu nie obawiając się o pracę 2500-watowej żarówki. Metalowe, niebieskie pudła, leżące na podłodze są elementami starych aparatów, które zostały rozmontowane po stanie wojennym.
Mija 20 minut od rozpoczęcia projekcji filmu Mr Jones. Jonesowi udało się właśnie umówić z dr Elizabeth Bowen na kawę. Dla pana Mariana sukces Jonesa oznacza tylko tyle, że zbliża się pora włączenia drugiego projektora. Rzeczywiście, w tym momencie pojawia się w prawym górnym rogu ekranu czarny znak sygnalizujący, że czas włączyć aparat. Po drugim takim sygnale odsuwane są klapy światła i dźwięku drugiego aparatu, pierwszy zaś jest wyłączany. Jest nie lada sztuką odsłonić klapy dokładnie w takim momencie, żeby nie zrobić tego w pół słowa aktorów, czy w chwili, gdy są jeszcze napisy na ekranie. Chwila spóźnienia natomiast powoduje pojawienie się przed oczami widzów liczb, iksów i strzelnic. Jednak pan Marian w ciągu dwudziestu pięciu lat pracy tutaj doszedł do takiej wprawy, że cały ten proces przebiega jak w zegarku.
Po ostatniej projekcji, kiedy określony film kończy być wyświetlany w Pałuczaninie, pan Marian bierze pudelka z taśmami, wsiada na rower i odwozi je na dworzec, skąd pociągiem pojadą do następnej miejscowości. Z dworca odbiera następny film i przywozi go do kina.
Abyśmy jednak mogli go oglądać następnego dnia, trzeba film najpierw zamówić. Tym zajmuje się pan Wiesław Mellem. Dystrybutorzy przysyłają do kina reklamówki nowych, aktualnie dostępnych filmów. Pan Mellem wybiera spośród nich te, które chciałby pokazać w kinie. Wybór jest uzależniony też od propozycji innych kin w naszym rejonie. Terminarz filmowy na cały miesiąc jest bowiem układany przez szefa DKF Jerzego Orlicza z Bydgoszczy w taki sposób, by każdą kopię maksymalnie wykorzystać w rejonie.
Oglądam metrykę kopii filmowej Mr Jones 'a. Obok numeru kopii, metrażu, ilości aktów, pudelek, mogę przeczytać też historię filmu od czasu kiedy ukazał się na rynku. Film rzeczywiście sukcesywnie krąży po okolicznych kinach: od Pomorzanina, gdzie od czasu premiery wyświetlono 42 seanse, po kina mniejsze jak te w Brodnicy. Grudziądzu, Tucholi, Grodzisku, Żninie, w których odbyły się łącznie 23 projekcje.
Ale są też kina takie, gdzie nie pokazano zamówionego filmu ani razu. Takie, w których zawiodła publiczność. Żeby zwróciły się chociaż koszty prądu zużytego do projekcji, na film musi przyjść co najmniej 12 - 15 widzów. Ponad połowę wpływów z filmu bierze dystrybutor, a prąd nie jest jedynym wydatkiem kina. Należy jeszcze uwzględnić koszty wysyłki filmu do następnego miasta, przesyłki od dystrybutora, koszta opału zimą. Nie wspominając już o remontach bieżących i wypłatach dla pracowników.
W naszym kinie pracuje prawie społecznie trzech ludzi (w tym także ksiądz) i robią to z miłości do kina. Z miłości do kina i do miasta. Jest to interes, do którego trzeba niejednokrotnie dopłacać. Chociaż po przejęciu budynku przez kurię ksiądz Ruta mógł otworzyć tu np. hale magazynowe, czy kamienicę czynszową, stwierdził on, że takiej miejscowości, jak Żnin potrzebne jest właśnie kino. Dzięki niemu i jego chęci stworzenia czegoś dobrego dla mieszkańców, nie musimy jeździć do kina w innej miejscowości, jak mieszkańcy okolicznych gmin, czy wręcz rezygnować z tej rozrywki.
Kino Pałuczanin istnieje z przerwami od czasów wojny i chciałbym życzyć jemu i sobie, żeby jeszcze przynajmniej tak długi okres istnienia miało przed sobą.
Maciej Potulny
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze