Pacjentka w starszym wieku, do której przychodzi do domu opiekunka prywatna, by pomóc jej w codziennych czynnościach, w piątek trafiła na żniński SOR. Następnego dnia rano została odwieziona transportem medycznym do jej mieszkania. Szkopuł w tym, że wcześniej szpital nie poinformował opiekunki o tym, że pacjentka dostała wypis i wraca do domu. Tak się składa zaś, że kobieta mieszka sama, a osobą, która powinna ją odebrać jest właśnie opiekunka. Tyle tylko, że wtedy opiekunka ta w ramach swoich obowiązków była w innym środowisku. Szpital tłumaczy, że procedury nie przewidują uprzedniego informowania osób trzecich o godzinie realizacji transportu pacjenta do domu.
Skontaktowała się z nami Agnieszka Klajbor. Jej mama jest osobą w starszym wieku, która obecnie mieszka w jednym z bloków na osiedlu wielorodzinnym w Żninie. Pani ta choruje i korzysta z opieki prywatnej opiekunki, nie z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. W ostatnich tygodniach mama Agnieszki Klajbor przeżywa żałobę, gdyż zmarł jej ukochany mąż. Kondycja fizyczna wdowy też nie jest najlepsza. Choruje ona na chorobę Parkinsona. W poprzedni piątek - jak opowiada jej opiekunka - pani źle się czuła i dlatego zarejestrowana została na domową wizytę lekarza z Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej Epoka w Żninie. Lekarka, która zrealizowała tę wizytę zdecydowała, że starsza pacjentka powinna znaleźć się w szpitalu, gdzie mogłaby zostać wzmocniona przez kroplówkę. Wypisała więc skierowanie na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Pałuckim Centrum Zdrowia. Pacjentka została tam przewieziona karetką transportową z NZOZ.
Pacjentka rzeczywiście dostała w szpitalu kroplówkę. Na SOR pozostała przez noc. Nikt ze szpitala nie sygnalizował wcześniej, że rano w sobotę pacjentka zostanie wypisana ze szpitala. Opiekunka była zresztą przekonana, że raczej starsza kobieta zostanie przeniesiona jeszcze na oddział w szpitalu i pozostanie tam dłużej, by jej stan się poprawił. Tym bardziej, że z samego rana w sobotę też żaden telefon ze szpitala do opiekunki nie przyszedł.
Tego rana więc opiekunka była w innym środowisku, gdyż sprawuje opiekę także nad innymi osobami. Zajmowała się swoimi obowiązkami spokojnie, wiedząc, że jej druga pacjentka pozostaje pod opieką w szpitalu. - Tymczasem po 9.00 odebrałam telefon od ratownika medycznego, że karetka z pacjentką, która poprzedniego dnia trafiła na SOR stoi już pod drzwiami bloku przy ul. Wandy Pieniężnej, gdzie jest jej mieszkanie. Oni chcą oddać pacjentkę do domu, a tam nikogo nie ma. Byłam zaskoczona, szybko zakończyłam swoje obowiązki w innym środowisku i pojechałam na ul. Wandy Pieniężnej, ale jednak to wszystko trwało kilkadziesiąt minut. A schorowana, starsza kobieta czekała. Jak się okazało zresztą, nie miała założonych pieluchomajtek, a tylko spodnie i sweter. Poza tym według mnie, wyglądała i czuła się słabiej, niż dzień wcześniej, przed wyjazdem do szpitala, a przecież miała tam zostać wzmocniona. Powiedziałam parę słów ratownikowi, że o przyjeździe z pacjentką powinno się komunikować przynajmniej te 40 minut, czy godzinę wcześniej, a nie odwozić ją pod drzwi, nie mając pewności, że ktoś w mieszkaniu jest. On odpowiedział, że do nich nie mam mieć pretensji, bo oni tylko realizują zlecenie z SOR - opowiada opiekunka.
- Pani opiekunka roztoczyła nad moją mamą pełną opiekę i ona doszła trochę do siebie. Nie mniej jednak jesteśmy tak ja, jak i opiekunka pracująca z mamą zbulwersowane podejściem do pacjentki. Nie rozumiem, co to za problem, zadzwonić z wyprzedzeniem, że mama będzie odwieziona o tej i o tej godzinie. Pomijam już fakt, że jeśli osoba była w takim stanie, w jakim znajdowała się mama, to chyba powinna zostać dłużej w szpitalu. Niestety, to nie jest pierwsze, złe doświadczenie ze żnińskim SOR-em i jeśli będzie trzeba, to następnym razem poszukamy pomocy w innej lecznicy- mówi także zbulwersowana Agnieszka Klajbor.
O wyjaśnienia, dlaczego nie informowano wcześniej o odwiezieniu pacjentki i dlaczego ona została tak szybko wypisana ze szpitala zapytaliśmy dyrektorkę Pałuckiego Centrum Zdrowia Justynę Lubka. Szefowa szpitala obiecała nam rozeznać się w tej sprawie poprzez wysłuchanie wyjaśnień personelu i analizę dokumentacji medycznej.
Następnego dnia otrzymaliśmy odpowiedź, że pacjentka została wypisana ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w stanie ogólnym, stabilnym i niewymagającym dalszej hospitalizacji. Zgodnie z procedurami został jej zapewniony transport medyczny do miejsca zamieszkania.
- W trakcie realizacji transportu personel medyczny stwierdził nieobecność osoby wskazanej do kontaktu pod adresem docelowym. Ratownicy medyczni podjęli wówczas próbę kontaktu telefonicznego z opiekunką oraz pozostali z pacjentką do czasu jej przybycia, co umożliwiło bezpieczne przekazanie chorej pod opiekę - tłumaczy Justyna Lubka.
Dyrektorka żnińskiego szpitala podkreśla także, że w warunkach funkcjonowania SOR-u decyzje o wypisie podejmowane są w sposób dynamiczny, w zależności od aktualnego stanu zdrowia pacjenta i bieżącej sytuacji medycznej. Dlatego uprzednie określenie dokładnej godziny wypisu i transportu nie zawsze jest możliwe. Ponadto przepisy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych regulują zasady wykonywania i realizacji transportu sanitarnego, określając jego finansowanie oraz warunki zlecania, nie przewidując jednak obowiązku uprzedniego informowania osób trzecich o godzinie realizacji transportu do mieszkania.
- Jednocześnie rozumiemy, że zaistniała sytuacja mogła być dla opiekunki uciążliwa. Zgłoszone uwagi zostały przekazane do kierownictwa oddziału w celu analizy oraz ewentualnego usprawnienia komunikacji z osobami wskazanymi do kontaktu w przyszłości. Szpital dokłada wszelkich starań, aby zapewnić pacjentom bezpieczeństwo oraz właściwą organizację procesu leczenia i wypisu - podsumowała szefowa żnińskiego szpitala.
- Tutaj chodzi o dobrą wolę. Ja rozumiem, że sytuacja na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym jest dynamiczna i coś, co planowane było za godzinę, może zostać wyparte inną, pilniejszą czynnością, która pojawi się nagle. Co za problem jednak zadzwonić o 8.15, że planują być z mamą o 9.00. A jeśliby ostatecznie okazało się, że o 9.00 nie będą mogli, to chwilę wcześniej po prostu by zadzwonili, że się spóźnią te pół godziny, albo jednak przyjadą po południu. W takim przypadku opiekunka po prostu wiedziałaby, na czym stoi - odniosła się do całej argumentacji Agnieszka Klajbor.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze