Reklama

Józef Nyka: urodził się na Pałukach, pokochał góry

4 września minął rok od śmierci zmarłego w 2021 roku Józefa Nyki, Pałuczanina urodzonego w roku 1924 w Łysininie. Swoje długie i pracowite życie poświęcił górom. Zaczął od pisania przewodników krajoznawczych, z czasem został redaktorem kwartalnika Taternik, ekspertem od spraw alpinizmu, cenionym na całym świecie. Mieszkając od roku 1947 w Warszawie, nigdy nie stracił kontaktu z krainą swoich lat dziecinnych. Nasłuchiwał wiadomości, gromadził pałuckie książki, od czasu do czasu przyjeżdżał do Łysinina i odwiedzał Żnin. Publikowane dziś wspomnienie o nim, napisane przez Grażynę Niemczynow-Burchart odnosi się do lat po zakończeniu II wojny światowej, gdy Józef Nyka był uczniem Gimnazjum im. Braci Śniadeckich, a potem studiował i pracował w Warszawie, obracając się w kręgu swoich żnińskich przyjaciół.

Pierwszy powojenny rok szkolny w Gimnazjum im. Braci Śniadeckich w Żninie trwał krótko - niecałe pięć miesięcy. Zaczął się w marcu, zakończył w lipcu 1945 roku. Działalność dydaktyczną szkoły uruchomiło powracające z wygnania małżeństwo: przedwojenny dyrektor Roman Piotrowicz, matematyk, i jego żona Jadwiga Piotrowicz, polonistka. Wydatną pomocą służył im dawny i długoletni woźny - filar szkoły, Sylwester Rościszewski. Włożyli w to dzieło wiele wysiłku, dzięki czemu szkoła zaczęła działać zaledwie kilka tygodni po wycofaniu się ze Żnina Niemców. Brak było podręczników, nauczycieli, pomocy naukowych, trzeba było uporządkować budynki, skompletować kadrę nauczycielską, zwerbować uczniów i uzgodnić, jaki program nauczania w tym dziwnym roku szkolnym będzie obowiązywał.

 

Reklama
Józef Nyka na tle kościoła św. Floriana fot. Walenty Nyka, 1945
Józef Nyka na tle kościoła św. Floriana fot. Walenty Nyka, 1945

 

Rozpoczynające w marcu naukę klasy były bardzo zróżnicowane - zarówno wiekowo jak i pod względem poziomu wiedzy.

W czasie okupacji nauka w języku polskim była zabroniona i tylko nieliczne dzieci miały szczęście uczestniczenia w tajnych kompletach prowadzonych w Żninie przez p. Kończalównę. Poziom wiedzy tych, które wróciły z wygnania, zarówno z Podhala, jak i z Mazowsza, był bardzo nierówny. Starsze roczniki musiały pobierać naukę w trybie przyspieszonym, realizując program dwóch klas w ciągu jednego roku szkolnego. Do takiej właśnie przyspieszonej trzeciej klasy trafił Józef Nyka. Przed wojną zdążył ukończyć cztery klasy szkoły powszechnej w Łysininie, dwie w Gąsawie i dwie klasy żnińskiego gimnazjum. Zaprzyjaźnił się wtedy na śmierć i życie z Kazimierzem Piwkowskim - później muzykiem o światowej renomie.

Reklama

Od pierwszych dni szkolnych Józef zwracał na siebie uwagę nie tylko wzrostem (na tamte czasy był wysokim młodym człowiekiem), ale też sposobem bycia i rozlicznymi umiejętnościami. Był też jedynym wtedy w szkole posiadaczem aparatu fotograficznego, co na młodszych uczniach i uczennicach robiło duże wrażenie. Olbrzymia większość zamieszczonych tutaj zdjęć jest jego autorstwa.

 

Wpis Józefa Nyki w pamiętniku Grażyny Niemczynow-Burchart, fot. Dariusz Burzyński, 1947
Wpis Józefa Nyki w pamiętniku Grażyny Niemczynow-Burchart, fot. Dariusz Burzyński, 1947

 

Z moją powojenną klasą pierwszą był szczególnie blisko związany, gdyż uczęszczał do niej jego najmłodszy brat Walek. Bracia Nykowie mieszkali początkowo na stancji u sióstr zakonnych na rogu Szkolnej i Kościelnej, prawdopodobnie z Kazimierzem Wieczorkiem ze Skarbienic (Walka i moim kolegą klasowym) oraz z innym chłopcem spoza Żnina, którego imienia już nie pamiętam. Z tego czasu pochodzi zdjęcie Józka na tle żnińskiej fary zrobione przez Walka. W kolejnym roku przenieśli się do państwa Eblów, mieszkających przy ulicy Dworcowej, w kamienicy na której wmurowano niedawno tablicę pamięci Franciszka Ebla - przedwojennego szefa Wydziału Oświaty, a od stycznia do maja 1945 roku - starosty żnińskiego. W tej kamienicy naprzeciw dzisiejszego Urzędu Miejskiego zajmowali szczytowy pokój na drugim piętrze, a z okna widać było piękną perspektywę ulicy Kościelnej (dziś 700-lecia).

Reklama

 

Pierwszy powojenny pochód majowy, drużynę (zastęp?) Zuchów prowadzi Lech Mnichowski (późniejszy ksiądz), na chodniku poczet sztandarowy Gimnazjum (Elżbieta Tokarska, Zygfryd Zwadziszewski i NN), dalej po prawej na tle ostatniego okna ówczesny starosta Migoń, Stanisław Synak i Roman Piotrowicz fot. Józef Nyka, 1945
Pierwszy powojenny pochód majowy, drużynę (zastęp?) Zuchów prowadzi Lech Mnichowski (późniejszy ksiądz), na chodniku poczet sztandarowy Gimnazjum (Elżbieta Tokarska, Zygfryd Zwadziszewski i NN), dalej po prawej na tle ostatniego okna ówczesny starosta Migoń, Stanisław Synak i Roman Piotrowicz fot. Józef Nyka, 1945

 

Józek był nie tylko najlepszym uczniem w szkole, ale też osobą do specjalnych poruczeń docenianą przez oboje państwa Piotrowiczów. To on prowadził szkołę w pierwszym po wojnie pochodzie pierwszomajowym, który udokumentował fotograficznie. Zachowały się też jego zdjęcia z okolicznościowych akademii, odbywających się w ówczesnej hali gimnastycznej z ciałem pedagogicznym za stołem prezydialnym oraz z wystawionych przez polonistkę panią Piotrowiczową w żnińskim kinie Dziadów Adama Mickiewicza. Pokazanie tego arcydzieła żnińskiej publiczności, przez wszystkie mroczne lata okupacji odciętej od polskiej kultury, było nie lada przedsięwzięciem. W wygłoszonym wprowadzeniu do tego przedstawienia Józef omówił wyjątkowo ciekawie i przystępnie tło powstania dramatu i jego przesłanie. Miał też zdolności plastyczne i ładnie rysował. Jego zasługą były pomysłowe, choć z oczywistych względów skromne, dekoracje hali gimnastycznej na karnawałowe potańcówki. W tamtych czasach wiele dziewczyn miało pamiętniczki, w których koleżanki, koledzy i zaprzyjaźnione osoby wpisywały się „ku pamięci”. Wpisom Walka Nyki towarzyszył zawsze jakiś rysuneczek, o którym wiadomo było, że był wykonany przez brata. Wpisy Józefa wyróżniały się oryginalnością. W moim pamiętniczku był to piękny wiersz Aleksandra Puszkina.

Reklama

 

Ten sam pochód, pierwsza klasa Gimnazjum, prowadzi Genowefa Wiśniewska (teraz Zwolenkiewiczowa) fot. Józef Nyka, 1945
Ten sam pochód, pierwsza klasa Gimnazjum, prowadzi Genowefa Wiśniewska (teraz Zwolenkiewiczowa) fot. Józef Nyka, 1945

 

Józef był bardzo zaangażowany w lokalne sprawy szkoły, ale góry, które poznał po wygnaniu rodziny Nyków przez Niemców na Podhale, ciągnęły go do siebie. Często w rozmowach wracał do różnych okupacyjnych przeżyć na Podhalu. Działalność konspiracyjną oczywiście pomijał. Latem 1946 roku wybrał się w Tatry z kuzynem i zarazem kolegą z jednej klasy, Maćkiem Zabłockim (przyszłym lekarzem) oraz z Kasią Jurkiewiczówną. Pod drodze odwiedził w Czarnym Dunajcu zaprzyjaźnionych górali, u których jego rodzina spędziła okupację. W sierpniu 1947 roku zorganizował kolejną wycieczkę w Tatry, w której uczestniczyły szkolne koleżanki: Hanka Eblówna i Danka Uhlikówna oraz koledzy: Bolek Goc, Bartek Ebel, Jerzy Paluszkiewicz i Tadeusz Małachowski. Jego notatki z tej wyprawy są barwną opowieścią o trudach trwającej przeszło 20 godzin podróży do Zakopanego, szukaniu noclegów u gaździnki i w schroniskach oraz o nocnych przygodach niektórych uczestników. Z każdej kartki przebija głębokie zauroczenie pięknem gór, ich przyrodą i urzekającymi widokami.

Reklama

Jesienią 1947 roku Józef wyjechał ze Żnina do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej, którą wkrótce włączono do Akademii Nauk Politycznych. Utrzymywaliśmy stały kontakt listowny między jego przyjazdami do Łysinina, a w Warszawie spotkaliśmy się latem 1950 roku, gdy po zdanej maturze bezskutecznie usiłowałam dostać się na studia.

 

Szkoła powszechna w Łysininie, Józef Nyka w drugiej ławce pierwszy od prawej, w tle nauczyciel i kierownik szkoły p. Kapturczak, fotografia z 1931 lub 1932 roku
Szkoła powszechna w Łysininie, Józef Nyka w drugiej ławce pierwszy od prawej, w tle nauczyciel i kierownik szkoły p. Kapturczak, fotografia z 1931 lub 1932 roku

 

Stolica powoli dźwigała się z gruzów, ale normalnie funkcjonowały już szkoły wyższe, kina, teatry i opera. Chyba najdotkliwszą bolączką warszawiaków był dramatyczny brak mieszkań. Józef znalazł prymitywne locum na robotniczej Woli. Najpierw u państwa Łasiców, którzy odnajmowali sublokatorom część swojego jedynego pokoju. Potem przeniósł się do mieszkających po sąsiedzku Trzcińskich, gdzie bytował w małej klitce bez okna i ze skośnym sufitem. Jego przyjaciel z przedwojennego żnińskiego gimnazjum Kazimierz Piwkowski był wtedy szczęśliwym posiadaczem wielkiego mieszkania - komórki o powierzchni około 10 metrów kwadratowych wyremontowanej w zrujnowanym gmachu Konserwatorium przy ulicy Okólnik. Tadeusz Małachowski nazwał ją „Akademią Kajową” (Kajową, bo Kazimierza Piwkowskiego nazywaliśmy Kajem). Oprócz Kaja w okolicznych ruinach mieszkało jeszcze kilka rodzin muzyków.

Reklama

Józef lubił płatać figle i był w tej dziedzinie niezwykle pomysłowy. O zmroku pewnego jesiennego dnia mieszkańcy ruin usłyszeli smutne muczenie krowy i pobrzękiwanie łańcucha. Wybiegli z latarkami na pomoc nieszczęsnemu zwierzęciu, dziwując się skąd wzięła się krowa w ruinach budynku w centrum miasta. Ekipa ratownicza krowy jakoś nie znalazła. Natomiast spotkała Józefa udającego się w odwiedziny do Kaja. Nie muszę chyba wyjaśniać kto ryczał jak krowa i pobrzękiwał starym łańcuchem.
Od sierpnia 1949 roku Józef pracował w Centralnym Urzędzie Szkolenia Zawodowego na ulicy Pankiewicza, a Kaju, prócz gry w Orkiestrze Polskiego Radia pod dyrekcją Stefana Rachonia, często grywał w Operze i Teatrze Narodowym. Dawna przyjaźń ze żnińskiego gimnazjum nie wygasła i panowie utrzymywali stałe i częste kontakty. Wraz z moim pojawieniem się w Warszawie powstał bardzo zgrany tercet - Józef, Kaju i ja. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, włócząc się po gruzach Starego Miasta, Mariensztatu czy po Łazienkach. Często jadaliśmy wspólne posiłki w restauracjach czy barach mlecznych i prowadziliśmy nocne rozmowy dotyczące zarówno problemów egzystencjalnych jak i wydarzeń dnia codziennego. Dopiero wtedy w rozmowie w cztery oczy opowiedział mi o swojej działalności konspiracyjnej i represjach ze strony Służby Bezpieczeństwa.

 

Reklama
Józef Nyka (drugi od lewej) na tle kościoła św. Floriana z kolegami fot. Walenty Nyka, 1945
Józef Nyka (drugi od lewej) na tle kościoła św. Floriana z kolegami fot. Walenty Nyka, 1945

 

Dla Józefa i dla mnie obowiązkowe było uczestnictwo w popularnych wtedy czwartkowych Podwieczorkach przy mikrofonie z orkiestrą pod dyrekcją Stefana Rachonia, z udziałem śpiewaczek i śpiewaków oraz solistów i instrumentalistów, wśród których oklaskiwaliśmy również Kaja. Gdy grał w teatrze lub w operze, wprowadzał nas swoimi wejściami na widownię, dzięki czemu udało nam się obejrzeć świetne wystawienia sztuk szekspirowskich w Teatrze Narodowym i spektakle operowe w sali Roma, co było wielką gratką dla dwojga młodych ludzi z prowincji.

Reklama

Z biegiem czasu nasze życie towarzyskie słabło, ale pozostawaliśmy w stałym kontakcie listownym i telefonicznym, ze świadomością, że zawsze możemy na siebie liczyć i z poczuciem przyjaźni - takiej prawdziwej, takiej aż po grób. Moja ostatnia rozmowa telefoniczna z Józefem miała miejsce na kilka dni przed jego śmiercią.

Grażyna Niemczynow-Burchart, 8 X 2022

S2UFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/06/2024 10:03
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości