Okładka niekomercyjna. Ciemnostalowoturkusowa płaszczyzna, niczym niebo przed nocą. W centralnym punkcie - jaśniejsza plamka pędzla. Rączka pędzla prowadzi nasz wzrok do dłoni, na przedłużeniu widzimy głowę malującego.
To autoportret Autora. Głowa nieistotna, pokazana z tyłu, narysowana w połowie. Ręka - prawie niewidoczna. Najważniejsze jest to, co pod nią - końcówka pędzla, która rozświetla tło, sprawia, że na tym ciemnostalowoturkusowym podkładzie powstaje coś, co będziemy mogli zobaczyć. Co unieważni noc, ciemność, smutek.
Emka-kaem? Kryptonim? Pseudonim konspiracyjny? Emka - to mały rozmiar - na przykład t-shirta. Kaem - wiadomo z filmów wojennych. Marek Koziński bawi się swymi inicjałami, ale ich odczytanie jako: „mały karabin maszynowy” zaprowadzi nas na manowce. To, co w środku, to nie karabin, nie mały i nie maszynowy. To sztuka, duża i ręcznie wykonana. Ręcznie, spod ręki - tytuł już powie nam tu więcej. Spod ręki wychodzą zamieszczone w książeczce wiersze, spod ręki wychodzą oryginały sfotografowanych obrazów.
Ilustrowany tom wierszy „z tego co pod ręką” Marka Kozińskiego wyszedł ponad rok temu. Tak długie opóźnienie w ogłoszeniu w Pałukach jego przyjścia na świat nie można usprawiedliwić niczym i nie zamierzam nawet. Wyjawię jednak, że już w chwili, gdy otrzymaną od autora książeczkę pierwszy raz otwarłem, wiedziałem, że nikomu do recenzji nie będę jej dawał, ale sam o niej napiszę. I siadałem, by tego dokonać, wiele razy. Siadałem, przewracałem kartki, czytałem i… okazywało się nagle, że cały czas przeznaczony na pisanie zużyłem na czytanie. W międzyczasie książeczkę z dedykacją porwała mi siostra (oddać nie chce), a ja w czasie Jesieni na Pałukach musiałem błagać Stefana Czarneckiego, aby pożyczył mi swój egzemplarz, z którym bardzo niechętnie się rozstawał i wciąż pyta, kiedy oddam. Oddam, oddam. Dlatego dziś, gdy siadłem do biurka, zastosowałem taktykę odwrotną. W ogóle książki nie otwarłem, rozpocząłem od pisania.
Debiutujący poeta zazwyczaj ujawnia światu dwadzieścia - trzydzieści wierszy. Tak zwany arkusz poetycki. I przyzwyczajeni jesteśmy do debiutantów - dwudziestolatków. Co się jednak dzieje, gdy debiutuje siedemdziesięciolatek? Dostajemy 201 wierszy - od razu mamy dzieła zebrane.
Tomik jest spójny różnorodnością. Mamy tu różne techniki poetyckie, różne gatunki, tematykę. Z każdego wiersza wychyla się jednak pogodna, pełna pytań i odkrywania przyjaznego człowiekowi świata twarz podmiotu lirycznego.
Nie kreuje się na wieszcza, na Boga rozdzielającego zaszczyty i dyplomy. Jest skromnym lirykiem, zapisującym własne myśli, chwile, przeżycia - a tego przecież właśnie wymaga definicja liryki! Nie pretenduje nawet do miana poety:
kochanie
to nie jest poezja
co piszę to jedynie słowa
bo ja na poezji się nie znam
ja tylko potrafię rymować
Rym jest rzeczywiście jego siłą. Potrafi rymować. W tych wierszach bardziej nawet, niż malarskie obrazowanie (autor ukończył toruńską ASP) czuć duszę muzyka. Rytm, puls wersu, pointy brzmieniowe. Rymy (gdy są) tworzą subtelną ramę dla myśli, sprawiają, że chce się zapamiętywać całe frazy:
Zanim wszyscy pójdziemy do piachu ,
Nim poznamy, jak tam jest pod ziemią
Zanim przyjdzie nam żyć wśród robaków,
To nacieszmy się jeszcze jesienią.
Wiersze o przemijaniu są pogodne, nastawione na dobre dziś, a nie smutne jutro. Jest jednak też nuta dramatyzmu i powagi - to wiersze o odejściach bliskich, którzy odeszli za prędko. Na drugim biegunie są wiersze polityczne - dowcipne, zadziorne i niestroniące od słów nienadających się do druku.
żadni tam bowiem z nas powstańcy
przedkładający jatki słowne
po prostu zwykli przebierańcy
dla których honor to jest problem
Miłość, ten żelazny temat liryczny, ma oczywiście też swe miejsce w tej poezji. Wiersze-wyznania, wiersze-potwierdzenia, wiersze-przeprosiny, wiersze-droczenie się, wiersze-prezenty, wiersze-żarty.
dzień dobry pocałunkiem składam na powiekach
lecz ty ich uniesieniem nie musisz się trudzić
śpij jeszcze śpij spokojnie cierpliwie zaczekam
twój uśmiech żar czekania tak cudownie studzi
Autor podarował nam kilka gotowych piosenek, są zwrotki, refreny w innym rytmie. Czy są do nich melodie? Nie wiem, ale gdy się je czyta - same się śpiewają. Co jakiś czas natrafiamy na skrzyżowanie liryki z satyrą - jak u Andrzeja Waligórskiego. Czasem trafi się strofa refleksji rodem z dwudziestolecia (Liebert? Staff?), a czasem miękki rysunek uczuć jak z Gałczyńskiego. Tak, to poezja eklektyczna, autor nie toruje nowych dróg, nie wydziwia, nie wyrąbuje czekanem stopni na Parnas. Wystarcza mu, że jest sobą. Że korzystając szeroką garścią z przetestowanych przez stulecia sylabicznych strof, kratownic sonetu, anafor, antytez i aluzji buduje z nich własny świat poetycki, do którego nas zaprasza.
To, co przyciąga czytelnika do tych wierszy (piszę tu oczywiście we własnym imieniu, choć jeśli uda ci się kupić książkę, będziesz mógł to sprawdzić sam), to poczucie własnej obecności w tym - wykreowanym przez Autora - świecie. Czy sprzyja temu zamieszkanie na tym samym równoleżniku i południku, czy może to samo dziesięciolecie, w którym przyszliśmy na świat, czy może jeszcze coś innego - w każdym razie tak, jak bohater liryczny tej poezji, ja też czuję zdziwienie, jak wiele w życiu naszej społeczności zależy od tego, co słyszy się z telewizora, a jak mało - od tego, co czerpiemy w relacji oko w oko - z sąsiadką na przykład. Też doświadczam powracających sytuacji, w których:
wiara w lepszą przyszłość prosto w twarz się śmieje
każde przebudzenie oczom zasnąć każe
pordzewiały wszystkie plany i nadzieje
nie widząc szans żadnych na poprawę zdarzeń
Uzupełnienie poezji stanowi kilkadziesiąt reprodukcji namalowanych przez Autora obrazów. Jest nieco własnych - portrety rodzinne, pejzaże, kwiaty, są też kopie dzieł Klasyków - Malczewskiego, Cezanna, Van Gogha, Modiglianiego. Sposób ich zreprodukowania w książce jednak pozostawia niedosyt. Są za małe, źle wyeksponowane. Jakby tu wtrącił się księgowy i powiedział: „na kolorowe strony mamy taki a taki budżet i koniec”, a redaktor nie zdobył się na refleksję: „dać mniej grafiki, ale zaprezentować ją odważnie”. W rezultacie prace plastyczne źle się ogląda, a oglądający nie może się oprzeć myśli, że autor przecież powinien wydać album ze swymi dziełami. Na pewno na to zasługują.
jakże smutne jest to miasto
jakże smutny jest ten Żnin
gdy przez Rynek przed dwunastą
idę nie wiadomo z kim
Gdy się jest poetą w małym mieście - normą jest niezauważenie i niedocenienie. Wprost proporcjonalne do klasy poezji. Im bardziej grafomański wiersz - tym bardziej się go fetuje, im lepszy, tym mniej się o nim mówi. Półtora roku mego milczenia o książeczce, sporządzonej „z tego co pod ręką” też potwierdza tę drugą tezę. Czy autor doczeka się fet, spotkań autorskich, recytacji pod basztą, aby jasnym się stało, że Żnin jednak jest wielkim miastem?
bo to co po nas tutaj zostanie
nie znajdzie miary i zadziwienia
gdy wyobraźni nikt nie docenia
chlebem powszednim staje się kamień
Więc doceńmy wyobraźnię, odwagę dzielenia się swoim światem i cieszmy się z tego, że Marek Koziński, oprócz tego, że każdemu zrobi szyld, baner, że nakleił na nasz samochód redakcyjny żółte literki PAŁUKI, oprócz tego, że maluje (także na zamówienie) obrazy, że kopiuje dzieła starych mistrzów - także pisze wiersze.
DOMINIK KSIĘSKI
emka-kaem Marek Koziński, „z tego co pod ręką”, Warszawa 2022
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze