– Do miana historycznego finis Rei Publicae pretendują trzy góry: Palenica, Hnitesa i Kreczela. Odrzućmy romantyczną emfazę Pola i zobaczmy w tym punkcie to, co jest jego istotą – trójstyk granic: dawnej Polski, dawnych Węgier i tureckiej Bukowiny. Bukowina była ongiś częścią Hospodarstwa Mołdawskiego, Austria przejęła ją od Turcji na mocy traktatu podpisanego pomiędzy Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim w 1774 roku w bułgarskiej wiosce, Małej Kajnardży (nazwa turecka: Küczük Kajnardża), gdzie do dziś stoi pomnik ku czci Katarzyny II. ["rozdział z książki Ogień to druga woda"]
Wstajemy o piątej trzydzieści, godzinę po wschodzie słońca. Marudnie, szaro, mglisto i wilgotno. Zalane przez burzę ogniskowe węgle wywalam w las, aby zostawić czysty krążek wypalonej ziemi – lepiej wtedy zarasta. Przy płatkach owsianych zaprawionych mlekiem gostyńskim z tubki i rodzynkami omawiamy wczorajszy dzionek. Dla mnie był najcięższy z dotychczasowej wędrówki. Znów – jak na zejściu ze Stoha – zbił mnie z nóg dysonans między oczekiwaniami a rzeczywistością.
– Zakładałem, Maćku, że na Busztule i Steryszorze będzie gorzej, a tu będzie lepiej. Wyszło odwrotnie.
– Bilans na zero. Tam łatwiej, tu trudniej.
Dziś – pomimo tego, że czeka nas dzień podobny do wczorajszego – jest on trochę mniej naprężony. 18,3 km i 811 m podejść (realizacja: 20,2 km, ↑966 m). Miało być 16,5 km, ale wczoraj nie dociągnęliśmy 1,8 km (↓220 m), musimy to więc dziś dodać.
Wychodzimy wpół do ósmej. Po trzystu metrach brodzenia w wysokiej po kolana mokrej trawie znów widzimy po lewej ukraińską drogę. Ech, pójść by nią choćby sześćset metrów…
Zejście na Przełęcz Łostuńską jest ciężkie – cały czas w roślinności. Wilgotna ciemiężyca, pełne wody łopiany, mokre goryczki. Po kolejnych trzystu metrach znów widzimy drogę o krok. I znów – choćby trzysta metrów nią przejść…
Przełęcz Łostuńska. Z miejsca dawnego biwaku obserwujemy od rumuńskiej strony zakręt ukraińskiej szutrówki. Schodzi do dolinki, odchodzi od grzbietu i obchodzi Pirie szerokim łukiem. My widzimy przed sobą 2,3 km (↑250 m) podejścia ostrym chaszczem pod Pirie. Najpierw mocno pod górę, potem nieco łagodniej. To najcięższy odcinek granicą ukraińsko-rumuńską. Przecinka graniczna jest wyraźna, słupki widoczne. Szlak jednak zarasta tu nie tylko roślinność, ale i młode świerczki, między którymi czuję się jak samochód w myjni szczotkowej. Kilka razy obchodzimy trudniejsze fragmenty lasem, w którym jest mniej podszytu.
Docieramy do dwuszczytowego masywu: Pirie (1550 m, ⬓43) i Pirie Wielkie (1570 m, ⬓44). Po dojściu na pierwszy szczycik wyrasta przed nami zwarty mur kosówki. Siedem lat temu szliśmy przezeń ścieżką, jednak teraz gałęzie są szczelniejsze, mocniejsze. Zostawimy te krzaki po lewej ręce, obejdziemy je rzadkim lasem – w zasadzie resztkami hali zarastanej borówkami i świerkowym przedszkolem.
Brodząc przez szczytowe połacie widzimy wierzchołek nieco po lewej. Wchodzę na niego bez plecaka, uważając, by nie zaplątać się w stary, zardzewiały drut przy okopach z pierwszej wojny. Chwilę odpoczywamy. Cioraliśmy się pod Pirie półtorej godziny, ale jesteśmy unyrani, jakbyśmy szli trzy. Szutrówka ukraińska przechodzi tuż obok nas, zapraszając do marszu. Ech, pójść by nią choćby kilometr i trzysta metrów…
550 m przed Purulem (1617 m, ⬓45) stajemy, by się napić. Mgła nie jest już tak gęsta jak rano, widoczność na sto–dwieście metrów. Zwracam uwagę, aby dla porządku przejść za rumuński słupek i wtedy widzimy na drodze quada. Z premedytacją macham ukraińskim żołnierzom na powitanie. Zatrzymują się, pytają, co robimy na kordonie. Upewniamy ich, że jesteśmy za kordonem i przedstawiamy się słowami jak ze starej czytanki: My turisty iz Pol’szy. Nie zsiadają z quada, nie chce się im iść do nas przez mokre chaszcze, przyjmują wyjaśnienie; zresztą stoimy tuż za słupkiem. Na pytanie, gdzie idziemy, ze starego konspiracyjnego przyzwyczajenia odpowiadam, że w drugą stronę – na Przełęcz Łostuńską (na której dopiero co byliśmy). Odjeżdżają, a my marzymy: pójść by teraz w górę pod Purul te 450 metrów drogą…
Przed szczytem stajemy. Wyskakuję bez plecaka na wierzchołek szybką, niekonfliktową drogą i widzę, że po drugiej jego stronie też jest łatwo. Wracam do Maćka, zakładamy wory i wchodzimy na ten Purul razem. Aura nadal ponura, ale mgły nieco rozwiane, widać na kilometr, może na dwa.
– Jakbyśmy nie zeszli ze Stoha tylko poszli dalej z wbitą ukraińską pieczątką, to można by teraz iść drogą. Jakby nas legitymowali, to ukraińskim pogranicznikom pokazywalibyśmy paszport, a rumuńskim dowód – mówię do Maćka.
– Ale wróciłbyś do Polski z paszportem bez ukraińskiej wyjazdowej pieczątki.
– Wtedy zrobiłbym wycieczkę z Bukowca do worka, przeszedłbym koło źródła Sanu przez strumyk i dwa kroki za nim jestem legalny. Ale wiem, wiem – za duże ryzyko.
Póki co schodzimy z Purula dość nawet wygodną przecinką. Dochodzimy do psującej nam nerwy drogi: po prawej stronie słupków – wyboista przestrzeń bez śladu ścieżki, zarośnięta po pas trawą i innym zielskiem, wśród którego wybija się rzadki jałowiec, po lewej stronie – wygodna szutrówka. Ech, pójść by nią z 650 metrów, a po odwiedzeniu Stewiory jeszcze zrobić nią trawers Komana długości dwóch i pół kilometra!

Na podejściu pod Komana, 12 lipca 2017, 12.40
Teraz – azymut 294. Na Komana (1721 m, ⬓48) pójdę bez plecaka. Wznoszę się szeroką aleją obramowaną szpalerami kosodrzewiny. Czemu wczoraj nie wypastowałem butów? Czuję, że wilgoć już je pokonała – wysokie, mokre trawy są bezlitosne. Gdy w połowie podejścia odwracam się, widzę Baby, czyli skały na Komanowej. Chwilę potem znajduję łódkę z pięcioma nabojami karabinowymi. Naboje zielone, zaśniedziałe, łódka pokryta rdzą, obok złamana, skorodowana łopata. Oglądam się, czy gdzieś nie czai się właściciel amunicji z wycelowanym we mnie mauserem. Zaplątuję paski stuptutów w drut kolczasty. Kiedy napotkam miny? Na szczycie głębokie okopy – z prawej, z lewej – czyżby stanowisko obrony okrężnej? Zarośnięte borówkowymi krzaczkami, w połowie zdobyte przez kosówkę. Wycofuję się w stronę Maćka.
Zarzucamy wory i po kilku minutach przedzierania się przez zieloną gęstwę po raz ostatni tęsknie spoglądamy w lewo: piękna droga, za nią pas kolczastych drutów rozciągniętych na słupach. Ech, przejść by nią choćby 760 metrów! Po podejściu zdejmujemy plecaki pod Babą na Komanowej. Gdy szliśmy siedem lat temu z Heniem, pod tymi skałami jedliśmy przegryzkę; teraz wiemy, że za chwilę miniemy strumyk z wodą, tam więc staniemy. Ale obejrzeć zabytek trzeba. Chodzimy wokół majestatycznych, wysokich na dziesięć metrów brył o obłych kształtach, wodzimy dłońmi po szorstkim zlepieńcu.
Droga od skał na Komanową jest już bardzo wygodna. Szeroka, trzyma kosówkę na odległość. Niskie borówki wydusiły inne rośliny, idzie się dobrze. Sto lat temu poszlibyśmy z Komanowej w lewo, grzbietem na Palenicę. Teraz musimy trzymać się granicy, a ona tu nie idzie – jak zawsze – za skrętami wododziału, tylko schodzi po prostej w niewielki jar, przecina go i wychodzi na ów wododział dopiero przed Hnitesą, szczyt Palenicy zostawiając po północnej, ukraińskiej, stronie.
W tym jarku, 500 m (↓18 m) od grzbietowej przełęczy, z której spada, dziesięć po drugiej zrzucamy wory, a Maciej wyciąga swój japoński juwel, który od strajku na polanie Holino (patrz D4) nas na razie nie zawiódł.
Czemu jesteśmy w jarze? Na arkuszu Szipot-Kamerale z 1915 roku granica Galicji i Węgier szła grzbietem, okrążając go. Jej przebieg musiał zostać zmieniony po pierwszej wojnie przez Polskę i Rumunię. Może chodziło o dostęp do wody pasących się na połoninie zwierząt?
Palenica to ważny zwornik. Od Łuku Karpat odchodzi tam olbrzymie, liczące 66 kilometrów długości, ramię Połonin Hryniawskich, które oddziela Czarny Czeremosz od Białego i kończy się w miejscu, gdzie obie rzeki się łączą.

Zawiasy Kreczeli i Palenicy: grzbiety, granice i zlewnie, rys. Dominik Księski
"Z tego kąta wysączają się na wszystkie strony świata: ku południowemu zachodowi źródła Vaszeru, ku wschodowi źródła Săraty i Perkałabu, ku północy – źródła Czeremoszu, a ku południowi? To zobaczymy jeszcze. Na mapach i dokumentach dawnych – nie dawniej wszakże niż od sześciuset lat – oznaczano Palenicę, jako kąt trzech państw: Polski, Węgier i Wołoszczyzny. Tam to gdzieś odkrył Wincenty Pol głaz z wykarbowanymi literami F. R. P. – Finis Rei Publicae."172
To Stanisław Vincenz. Mgła zgęstniała, ochłodziło się i chyba jesteśmy otoczeni przez mżawkę. Gaźnik juwla pracuje, kubki czekają na zalanie herbaty, miseczki – na zalanie kaszki, a ja opowiadam, co zapamiętałem z różnych lektur i wywnioskowałem z dumania w długie zimowe wieczory nad mapami.
– Do miana historycznego finis Rei Publicae pretendują trzy góry: Palenica, Hnitesa i Kreczela. Odrzućmy romantyczną emfazę Pola i zobaczmy w tym punkcie to, co jest jego istotą – trójstyk granic: dawnej Polski, dawnych Węgier i tureckiej Bukowiny. Bukowina była ongiś częścią Hospodarstwa Mołdawskiego, Austria przejęła ją od Turcji na mocy traktatu podpisanego pomiędzy Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim w 1774 roku w bułgarskiej wiosce, Małej Kajnardży (nazwa turecka: Küczük Kajnardża), gdzie do dziś stoi pomnik ku czci Katarzyny II. Popatrzmy na daty: Rok 1772 – pada graniczna reduta Konfederatów Barskich w Barwinku, zaatakowana od tyłu przez wojska cesarzowej Marii Teresy, realizującej już traktat rozbiorowy. W tym roku granica między Rzeczpospolitą a Austrią, idąca Łukiem Karpat od Śląska po Bukowinę – znika. Rok 1774 – Turcja, która, jako sojusznik konfederatów, wypowiedziała w 1768 roku wojnę Rosji, po sześciu latach przegrywa ją sromotnie. Ta wojna rosyjsko-turecka, nazywana piątą, zakończyła się pokojem w Küczük Kajnardży (1774),
w wyniku którego (prawem sępa) Austria objęła panowanie nad Bukowiną (w traktacie z Saint Germain en Laye z 1919 roku zostało to określone słowami: „Bukowina została porwana Mołdawii”). W tejże samej Kajnardży Porta zrzekła się Krymu, który formalnie stawał się niepodległy. Niepodległość gwarantowała mu Rosja, więc Tatarzy nie pocieszyli się nią długo. Po pierwszej wojnie światowej Bukowina wróciła do macierzy, czyli stała się częścią Rumunii, a po drugiej Stalin chapsnął połowę (z Czerniowcami), druga połowa (z Suczawą) ostała się Rumunom. Popatrz, nie minęły dwa lata – od 1772 do 1774, a miejsce, w którym stykały się trzy granice stało się wewnętrznym terytorium Austrii.

Skały na Komanowej, 12 lipca 2017, 13.26
Woda zawrzała, więc rozlewamy niecałe dwa litry do czterech naczyń.
– Na wszystkich mapach historycznych w moich atlasach granica Węgier i Hospodarstwa Mołdawskiego, którego częścią była kiedyś Bukowina, biegnie od ziem polskich linią prostą w dół. Ewidentnie głównym grzbietem Karpat, czyli tak, jak my pójdziemy, na przełęcz Prislop i dalej po Górach Rodniańskich, przez Przełęcz Rotundę, góry Suhard...
W wyniku pokoju w Karłowicach, zawartego w 1699 roku, Austria odebrała Turkom południowe i wschodnie Węgry wraz z Siedmiogrodem. Co więcej, ich granice przesunęła na wschód, poza grzbiet wododziałowy. Podebrała ziemie Hospodarstwa Mołdawskiego, które pozostało częścią Imperium Ottomańskiego. Nowa granica biegła (patrząc od południa) Złotą Bystrzycą, przez Kyrlibabę, dalej rzeką Cybo na przełęcz Żupanię i stamtąd na północ – do miejsca, gdzie Mencził łączy się z Bajorówką, przybierając nazwę Perkałab. W całych Karpatach Wschodnich (z małymi wyjątkami, na które natrafimy po drodze) zwycięzcy – czując się silnymi – przesunęli granicę za wododział. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów. Tak dla porządku. Gdy w 1774 roku Austriacy zajmowali Bukowinę, była ona już więc trochę przez nich przycięta.
Kaszka zamieszana, suszone morele pokrojone i dodane, można jeść.
– Korekta granicy między Siedmiogrodem a Mołdawią zmieniła także punkt jej styku z granicą Polski. Z tego powodu – zaznaczam, że teorię tę pierwszy raz usłyszałem od Pietera – trójstyk Galicji, Węgier i Bukowiny, znajdujący się na austriackich mapach w miejscu, gdzie potok Mencził łączy się z potokiem Bajorówką, przybierając nazwę Perkałab173 (przedwojenny słupek nr 60) – to ustalenie zaborcy. Ten punkt nie ma – zdaniem Pietera – nic wspólnego z historycznym trójstykiem, o którym pięknie Krygowski napisał, że był to zawias, wokół którego skrzypiały przez parę wieków dzieje trzech państw174. Szukał tego miejsca, tych kamieni Wincentego Pola Tomasz Borucki, który napisał na temat najbardziej na południe wysuniętego skrawka ziemi II RP obszerny artykuł175. Nie znalazł.
Maciej chowa juwel, ja przecieram miseczkę o krzaki borówek.
– Wiemy więc, gdzie przedrozbiorowego trójstyku nie było. A czy wiemy, gdzie był? Palenica jest mocnym węzłem, ale przecież mamy też Kreczelę. Vincenz podaje, że trójstyk był na Palenicy. Adam Kulewski i Andrzej Wielocha176 są zdania, że na Kreczeli. Napisali jednoznacznie i bez niedomówień, że Rozrogi Wincentego Pola to masyw Kreczeli. Bo co, Maćku, oznacza w ogóle słowo „rozróg”? To wzniesienie, z którego grzbiety rozchodzą się w różnych kierunkach. A Kreczela w nazwie ma również rozwidlenie: „craci” to we współczesnym języku rumuńskim „rozkraczać się”; notabene procę na podwórku nazywaliśmy kraczają. Ale, kolego, musimy się zbierać, bo pada.
Nasze ruchy momentalnie stają się szybkie i zanim deszcz nabierze mocy, my już mamy paski dociągnięte. Kosówka grzecznie odsunęła się na odległość kija. Szczyt Palenicy jest dla nas nieosiągalny. Kosówkę jeszcze dalibyśmy radę pokonać, ale najwyższy punkt tej płaskiej góry (7 metrów wyższy, niż najwyższy punkt na naszej ścieżce) leży 200 metrów za granicą i za zasiekami.
Po dojściu do słupka nr 50 ścieżka staje się bardzo wyraźna, uczęszczana, przedeptana. Za chwilę pierwsze skały Hnitesy. Palenica, od której odchodzi ramię górskie długości 66 kilometrów, to potężny zawias, otwierający nowe przestrzenie; Hnitesa zaś wyróżnia się trzema grupami dużych skałek (jest też wiele mniejszych) i urwistym rozwidleniem grzbietu przed zejściem w stronę Przełęczy Banulskiej. Dwa pierwsze jej wierzchołki są mniej więcej tej samej wysokości, trzeci jest około 25 metrów niższy od drugiego.
Jerzy Montusiewicz i Jerzy Warakomski poświęcili tej górze kilka tekstów, dokumentując jej poznanie oraz ustalając, iż najwłaściwszą formą jej nazwy jest Hnitesa (od Ignaca, Hnata). Ostatni177 z tych artykułów przeczytałem kilka dni przed wyjazdem; ze zdziwieniem zobaczyłem w tekście reprodukcje dwóch współczesnych map rumuńskich, o których nie wiedziałem. Nie zdążyłem się już zakrzątnąć, by je zdobyć, dlatego 17 km od przedwojennego słupka 56 do przełęczy przed Kornu Nedei (1771 m) przejdziemy, posługując się wyłącznie mapą z XIX wieku. I tak mamy lepiej niż Wielocha, Montusiewicz i ich kompania w 1980 roku, gdyż oni niektóre odcinki przemierzali posługując się dziewiętnastowiecznymi dwusetkami. Brrr.

Skała Hnitesy, 12 lipca 2017, 15.51
Póki co, idziemy w deszczu i mgle, mijając kolejne skały i wierzchołki legendarnej Hnitesy. Ścieżka jest wzorowa, aczkolwiek zbieramy nieco wody z kosych jałowców i jakichś niskich krzaczków z mięsistymi liśćmi i drapiącymi gałązkami. Przy słupku 55 stajemy na moment, by popatrzeć we mgłę. Za chwilę pożegnanie z Ukrainą, ostatnie zejście. Nie będą już nam towarzyszyć betonowe dwumetrowe słupy graniczne, zniszczone przez czas i po amatorsku pomalowane. Nie żal.
Wolno wkraczamy na stromą ścieżkę, która nie schodzi od razu na Przełęcz Banulską, lecz najpierw na przełączkę. To niepozorne miejsce jest zawiasem przedwojennej granicy polsko-rumuńskiej. Na niej linia granicy schodziła z grzbietu na stok, a następnie w obniżenie, jar i strumień – dopływ Perkałabu (a może ten strumień od początku był Perekałabem), a potem szła już Białym Czeremoszem.
Mijamy to miejsce bez refleksji, bo pada i podchodzimy kilka metrów na wzgórek, za którym w lewo odchodzi dzisiejsza granica ukraińsko-rumuńska. To równa linia, nie bacząca na jary, stoki, grzbiety i przełęcze. Wytyczona linijką, jak przez kolonialistów w Afryce.
Po kilkudziesięciu krokach wychodzimy zza drzew na język polany, a chwilę później jesteśmy już pod wielkim świerkiem, na skraju lasu, gdzie zaplanowany jest nocleg. Wpół do szóstej, czyli młoda godzina. Deszcz przeszedł w mżawkę. Maciej idzie po wodę, ja się biorę za ogień.
Nie ma takiego deszczu, po którym w świerkowym lesie nie byłoby suchego drewna178. Pod parasolami gałęzi wyszukuję susz drobniutkich gałązek. Im ich więcej ułamię, tym lepiej pójdzie rozpalanie, więc nie żałuję rąk. Z lasu przyciągam stare gałęzie, nie patrząc – mokre czy suche. To nie jest istotne. Gałęzie są duże i musi ich być dużo. Las blisko, opał aż się prosi o podniesienie. Teraz małe suche patyki – to już trudniej. Jedno drzewo – dość daleko w lesie – zaopatrzone jest w towar, którego potrzebuję. Konar jest uschnięty i niezmoczony przez deszcz. Jeden wystarczy. Z dołu podchodzi Maciej z wodą. Cieszymy się, że nie leje.
Wpadłem kiedyś na genialny – wydawało mi się – pomysł, aby w deszczu rozpalać ogień na dużym płaskim kamieniu. Błąd. Kamień się rozgrzewa i żar o wiele szybciej przemienia się w popiół. A żar jest najważniejszy. Żywica się przydaje, owszem, pełni rolę przedłużacza zapałki, choć żaru nie daje. Zdrapuję nieco z najbliższego świerka. Mam do wyboru dwa otwarcia. Albo małe gałązki, jedna po drugiej, jedna po drugiej, albo gruba, zbita wiązka na raz. Drugi system wolę stosować w suchy dzień. Gdy dokoła mokro, stawiam na pracę u podstaw. Dobrze, że nie leje, bo byłoby trudniej (wtedy przydaje się parasol). Lekki deszcz nie jest problemem.
Wydeptuję nieco wysoką trawę. Kładę kawałek mokrej kory, aby paliwo nie ginęło w źdźbłach. Wybieram z suszu kilkadziesiąt suchutkich gałązek, dzielę na frakcje. Najmniejsze, grubości zapałki najpierw. Poszło. Teraz po kolei większe, ale spokojnie, bez pośpiechu. Piramidka. Złamane, nierówne końcówki będą w najgorętszym miejscu. Płomień jest niechętny. Gaśnie. W to samo miejsce druga zapałka. Już lepiej. Palą się trzymilimetrowe gałązki, nieźle. Obkładam je z jednej strony wiązkami wysokości 10 centymetrów. A na nie od razu dokładam centymetrowe patyki z odpiłowanej gałęzi. Czekamy. Przygasa. To nic. U dołu już jest nieco żaru, w górę idzie ciepło. Niech podsuszy. I teraz nieco dmuchnąć. Poszło. Teraz od wiązek już się zapalą patyki. Następne ukośnie układane wiązki wędrują na drugą stronę. Na nie patyki. Tam już się pali, tu jeszcze nie – całość funkcjonuje jak dwa cylindry w samochodzie. Każdy w innej fazie. Obkładam jeszcze wszystko dookoła półcentymetrowymi kijkami, na nie układam od razu nieco grubsze. Wszystko w pionie, jak w indiańskim wigwamie.
Maciej już rozstawił namiot i pyta, co pociąć. Duże mokre gałęzie. Są one mokre tylko od deszczu, z zewnątrz, jeszcze na nie za wcześnie, ale sterta takiego gotowego do dorzucenia paliwa poprawi standard kucharzenia. Najpierw cała odpiłowana przeze mnie w lesie sucha gałąź musi się znaleźć w ogniu, potem już można dorzucać cokolwiek.
Patrzę i widzę, że sucharów mam mimo wszystko za mało. Zostawiam palący się stos i wędruję, by odpiłować jeszcze jedną suchą gałąź. Gdy wracam, ogień jest już po swym największym sukcesie, wszedł w fazę przygasania. O to mi chodzi. Muszę teraz wykonać niebezpieczny manewr: stosik zamienić na studzienkę. Po to mi jest potrzebne grube, suche drewno.
Bez pardonu rozsuwam dopalające się patyki i kładę na nich – już płasko – kawałki przyniesionego konara, przetykając konstrukcję resztkami cienkiego suszu. Pali się. No to druga warstwa sucharów – pod kątem 90 stopni. Na nią – warstwa mokrego drewna, przetykanego suchym. Teraz dwa świeże, jak najgrubsze, w miarę długie i proste drągi. Długie, bo będą wyjmowane i przestawiane. Na nie – kociołek. I obkładamy wszystko drobiazgiem, jaki nam został.
Otrzepuję ręce. Ognia prawie nie ma. Zbiera się do boju. Ale za kilka minut płomień będzie wyższy niż naczynie. Siadam na karimatę (zwiniętą, nierozpakowaną), biorę szczoteczkę do butów i dokładnie oczyszczam je z błota. Przemokły. Nie – nie chlupią, tak źle nie jest, ale skarpety mam mokre. Zmieniam wkładki na suche, wkładam suche skarpety, zakładam buty i… można rozlewać herbatę.

Ogień pod wodą w kociołku niezagrożony, można się będzie zająć wodą w butach, 12 lipca 2017, 18.44
To czas na przezbrojenie ognia. Niedopalone drewno układam teraz w spokojny ruszt. Dwa surowe drągi czekają w trawie, będą zaraz nadal pełnić swą funkcję. Ledwo się osmaliły. Pomiędzy nie dokładam nowe paliwo i – co tam mamy dzisiaj do gara? Ryż. Rozrywam dwa woreczki, wsypuję, wrzucam też suszoną paprykę. Ma większe szczęście niż wczorajszy por – zmięknie. Mieszanie. Pokrywka.
Cebuli, którą Maciej przywiózł ze Żnina już nie ma, ale czosnek – i owszem. – Krój wszystko – mówię. – Jutro Jacek przywiezie nowy. Teraz już w ognisko idzie wyłącznie mokre drewno. Ma wiele zalet. Pali się długo, spokojnym płomieniem. To nie kominek.
Od pierwszej rumuńskiej wycieczki z Maćkiem zabieramy ze sobą spirytus kilkufunkcyjny. Najpierw był dwufunkcyjny. Do dezynfekcji ran i rozpalania juwla. Szybko stał się trzyfunkcyjny – odkryliśmy, że można go dodawać też do herbaty. Na Krywym Hegu, niedaleko słupka 8, Heniek udowodnił nam, że znakomicie potrafi wzmocnić świeżość kabanosów (szerzej – D99) – stał się wtedy czterofunkcyjny. Gdy Maciej zakupił japońskiego juwla, który nie wymaga do rozpalania podpałki – standing tego alkoholu się obniżył – znów stał się trzyfunkcyjny. Prawie go dobił Paweł, ordynując do apteczki octenisept i autorytatywnie stwierdzając, że alkohol jest passé, jeśli chodzi o zastosowania medyczne. Tak spirytus wrócił do swej dwufunkcyjnej roli, aczkolwiek obie funkcje są inne, niż u progu jego turystycznej kariery. Służy nam do przyrządzania płonących kabanosów i jako dodatek do herbaty. Także dziś. Choćby na cześć tego, że ukraińscy pogranicznicy nie zwieźli nas z naszej trasy do Czerniowców.
Tobie, Czytelniku, również nalewamy. Daj półlitrowy metalowy kubek. Wrzucamy ci torebkę liptonka, jedną czwartą plasterka suszonej cytryny i cztery łyżki cukru. Pamiętaj – cukier trzeba wsypać zanim nalejemy ci chochelką wodę z kociołka. Prawie nie będziesz musiał mieszać. Oszczędzisz energię – tak ważną we Wszechświecie. A gdy nieco herbata przestygnie (Maciej jako chemik tego zawsze bardzo pilnuje), rozrzedzimy ci ją nieco. Możesz dostać normalną porcję (pełna nakrętka), młodzieżową (pół), dziecięcą (jedna trzecia) lub niemowlęcą (ćwierć nakrętki). Może być też porcja wzmocniona – dwie nakrętki. Jeśli już masz na stole gotowy napój – czytaj dalej.
Nic tak po kilku godzinach deszczu nie cieszy jak ogień. Przestało w końcu padać, rozwieszamy po świerkach kurtki, stuptuty i pancergacie – niech choć obkapią trochę. – Chyba się przeciera – mówimy jedząc kolację. Przy drugiej herbacie (również i ją rozrzedzamy) można odpakować gitarę.
W dole mokro, w górze ślisko,
Tutaj w środku, nijak, mglisto.
Moje ciało, dusza ma –
Któż za duszę grosz choć da.
Ta piosenka Jurija Kukina oczywiście mówi o sytuacji człowieka w społeczeństwie, ale jeśli słowa potraktować dosłownie – jest tu u nas właśnie mokro, ślisko i mglisto. Ale ciepło od ognia. Wyjęte ze skarpet nogi można by w rosie umyć. Mydłem? Mydłem. Potem chodzenie jako płukanie. Priorytet to podsuszenie butów. Są czyściuteńkie, szczotka spełnia znakomicie swe zadanie. Parują. Staramy się, by nie powtórzyć błędu Henia spod Kopilaszu. Do sucha nie wyschną, ale można je wypastować nawet, jeśli będą wilgotne.
Wpół do ósmej pojawia się nad nami niebieskie niebo, widzimy Hnitesę odzianą w białą chmurzastą czapę. Niedługo potem zaczyna padać. Tego nie było w planach. Zbieramy gorączkowo porozciągane po polanie manele – dziś wieczorem cnota porządku nie zjawiła się na naszym biwaku. Jesteśmy najedzeni, napici, nie będziemy udawać, że nie pada. Zmykamy spać.
Na dworze jeszcze jasno (choć to ciemna jasność ze względu na mgłę i deszcz), my w śpiworkach. Maćka zawsze bawią takie sytuacje, dowcipkuje. Ja mam okazję, aby dalej pomonologować o przedrozbiorowym trójstyku granic i przedstawić plon zimowych lektur oraz rozmyślań nad mapami.
– Futrynę mamy – to biegnący z północy na południe odcinek Łuku Karpat między Palenicą i Kreczelą. Ale gdzie był do tej futryny przymocowany zawias? Od Palenicy odchodzi ramię Połonin Hryniawskich, które przez Watonarkę, Skupową i drobne góry dochodzi do zworu obu Czeremoszów. Wyobraź sobie, że jesteś w Uścierykach.
– Nie jestem w stanie, nigdy tam nie byłem.
– Nazwa mówi za siebie. Uścieryki – Ujście riki. Wyobrażać sobie nie musisz, przyjmijmy, że jesteś tam. Stoisz na brzegu Białego Czeremoszu w miejscu, w którym wpada do Czarnego i wchodzisz na ramię, o którym mówiłem. Idziesz 66 kilometrów przez Połoniny Hryniawskie i dochodzisz na Palenicę. Potem idziesz grzbietem, tak jak my dziś, potem na Kreczelę, jak pójdziemy jutro, na Kreczeli zakręcasz, schodzisz na przełęcz Żupanię i idziesz dalej – cały czas grzbietem przez Stybiorę, Wypczynę, Maksymiec i drobne góry za nim, po czym dochodzisz do tego samego miejsca nad Białym Czeremoszem, tylko stoisz po drugiej stronie rzeki. Obszedłeś cały Biały Czeremosz. Cały czas grzbietem. Żadnej rzeki.
Gdyby Maciej miał przed sobą mapę, mógłby od biedy śledzić moje wywody, ale bez niej jest to jedynie sztuka dla sztuki. Ale co robić, gdy jest dopiero ósma wieczorem i leje deszcz?
– Palenicę od Kreczeli dzieli osiem kilometrów. Z tych dwóch miejsc naszej futryny odchodzą dwa gigantyczne ramiona, spotykające się w Uścierykach na odległość rzeki. Wyobrażasz to sobie? Palenica więc to rzeczywiście wielki zawias. Ale Kreczela – większy. W 2010 roku przeszliśmy z Heniem trawers Kreczeli, pamiętasz?
– Nigdy nie zapomnę tego przedzierania się przez kosówkę. Ile to było godzin?
– Siedem. Coś koło tego. Między Przełęczą Szybeńską a przełęczą Prislop Kreczela jest najwyższym szczytem. Najwyższy w Karpatach Marmaroskich jest Farkau (1961 m), ale na marmaroskim odcinku Łuku Karpat – Kreczela (1855 m). Przeczytam ci coś, to cytat ze studenckiego przewodnika Adama Kulewskiego i Andrzeja Wielochy po Karpatach Marmaroskich: „Śmiemy więc twierdzić, iż to Kreczela właśnie jest Rozrogami Wincentego Pola. Żadna bowiem inna góra w okolicy, a tym bardziej zbieg potoków nimi być nie mogą”179. Mają świętą rację. Kreczela to czakram tych gór, magiczne centrum, z którego płynie energia. Czemu magiczne? Przede wszystkim – regularna struktura. Dwa wierzchołki, prawie równe, między nimi przełęcz. Z każdego wierzchołka odchodzą dwa ramiona. Z pierwszego – trzydziestokilometrowe ramię Torojagi i grzbiet Łuku Karpat. Z drugiego – osiemdziesięciokilometrowe ramię idące w stronę Uścieryków i grzbiet Łuku Karpat w drugą stronę. Czyli dwie litery Y złączone nóżkami. To więcej niż piramida – to dwie różdżki obejmujące cały horyzont. A teraz słuchaj – wyniesiona ponad poziomicę 1800 metrów dwuwierzchołkowa Kreczela jest otoczona czterema głębokimi przełęczami180. Przełęcz Banulska – to tu, gdzie śpimy. Przysłop Kataramy – będziemy tam jutro. Tarnica Balasynieska – nocowaliśmy na niej w 2010 roku, jutro przewidziałem tam posiłek. I czwarta – przełęcz Żupania, jeszcze nie w planach. Cztery przełęcze181 na skrzyżowaniu trzech państw. Z Mołdawii na Huculszczyznę, z Huculszczyzny na Węgry, z Węgier do Mołdawii. A w środku – Kreczela. Jak piramida, pępek świata, centralny punkt Łuku Karpat. Dlaczego centralny? Ten, kto pójdzie grzbietową drogą Łuku Karpat, przez Tatry, połowę trasy będzie miał właśnie na Kreczeli. A więc stąd na cztery strony świata rozlewa się moc. Pamiętasz okopy, jakie przekraczaliśmy siedem lat temu w drodze na szczyt? Potem były następne, gdy schodziśmy z niego na drugą stronę? Ten, kto pomiędzy nimi rozstawił armaty, panował nad komunikacją w całej okolicy.
Maciej nie odpowiada. Śpi. Jesteś już, Czytelniku, jedynym moim słuchaczem, pozwól więc, że dokończę mój wywód.
Granica między Rzeczpospolitą Obojga Narodów i Mołdawią, biegnąca od północy zrazu Czeremoszem, potem Białym Czeremoszem, a potem Perkałabem, musiała dochodzić do głównego grzbietu Karpat w punkcie, z którego spływał najdłuższy ze źródłowych potoków tych rzek, czyli pomiędzy dwoma szczytami Kreczeli. Sądzę, że punkt ten nie leży w najniższym miejscu między obydwoma szczytami, lecz w obniżeniu o współrzędnych 47°42'08.8"N; 24°52'34.8"E. W 2010 roku obrzucaliśmy się tam śnieżkami, gdyż w zagłębieniu zalegała porządna czapa śniegu. A do tego wschodni szczyt Kreczeli jest w karpackim kręgosłupie granicą zlewni Prutu (Biały Czeremosz) i Seretu (Cybo, a dalej Złota Bystrzyca), co dodatkowo podkreśla graniczną rangę tej góry.
Zawiasy, o których pisał Krygowski, są tam, gdzie wytropili je Kulewski i Wielocha.
Dominik Księski
Przypisy
172) Stanisław Vincenz, Na wysokiej połoninie, Nowe Czasy, księga pierwsza: Zwada, Warszawa 1981, Pax, s. 7–8.
173) „Jak podaje Gąsiorowski, Biały Czeremosz w swych pierwszych sześciu kilometrach rumuński, nosi wołoską nazwę Izvorului, potem polską Bajorówka. Gdy zlewa się z płynącym spod Hnitesy granicznym Mencziłem, przybiera nazwę Perkałabu i dopiero od ujścia Săraty zwą go Białym Czeremoszem” (Adam Kulewski, Andrzej Wielocha, Romania, Karpaty Marmaroskie, Warszawa 1985, s. 55). Problem, który potok brać pod uwagę, jest podobny, jak z Sanem pod Przełęczą Użocką (D42) i z Białką w Tatrach (D24). Uczestnicy i sędziowie procesu o granicę w okolicach Morskiego Oka obejrzeli okolice Wanty i przekonali się na miejscu, że to Biała Woda jest naturalnym przedłużeniem doliny Białki, a nie Rybi Potok, który spada do niej stromo z bocznej, zawieszonej, polodowcowej doliny. Niestety nikogo – ani za czasów I Rzeczpospolitej, ani za czasów zaborów – nie obchodziło, który z potoków tworzących Czeremosz jest ważniejszy, więc gdy wewnętrzny trójstyk imperium Habsburgów (Bukowina, Węgry, Galicja) został ustanowiony w dolinach, to miejsce stało się punktem odniesienia.
174) Władysław Krygowski, Płaj dziewięciu źródeł, [w:] Władysław Krygowski, Wspinaczka po tęczy, Kraków 1986, Wydawnictwo Literackie, s. 128.
175) Tomasz Borucki, Spostrzeżenia i materiały z wyprawy do źródeł Czeremoszu, „Płaj” 31/2005.
176) Adam Kulewski, Andrzej Wielocha, Romania, op. cit., s. 55.
177) Jerzy Montusiewicz, Jerzy Warakomski, Hnitesa – prawdziwe imię góry?, „Płaj” 53/2017, s. 125.
178) Powtarzam: w świerkowym lesie. Na Małej Bratkowskiej rosły jedynie pojedyncze, karłowate, kostropate świerczki – zupełnie niewydajne, a nad Jeziorkiem Niesamowitym lasu nie było w ogóle, sama kosówka. A świeża kosówka (suchą tam spalili już dawno) pali się najgorzej ze wszystkiego.
179) Adam Kulewski, Andrzej Wielocha, op. cit., s. 55. Dziś Andrzej Wielocha uważa, że nie napisałby „Pola”, lecz „Staszica” – bo to Staszic pierwszy zapisał tę nazwę. Zapisał, nie wymyślił.
180) Gdyby był z nami Pieter, nie omieszkałby w tym miejscu wtrącić, że przez przełęcz Żupanię szedł stary szlak kopytkowy z północnej Mołdawii przez przełęcz Rotundę na Siedmiogród.
181) Uwaga, Czytelniku! Te cztery słowa: „pasul”, „tarnica”, „przysłop”, „przełęcz” – jeśli pominąć odcienie znaczeniowe, oznaczają to samo.
Tekst jest rozdziałem z książki Dominika Księskiego "Ogień to druga woda czyli Łuk Karpat", Żnin 2020.
Łuk Karpat – licząca ponad dwa tysiące kilometrów trasa piesza przez pasma górskie położone w Słowacji, Czechach, Polsce, Ukrainie i Rumunii, mająca swój początek i koniec nad Dunajem.
Łuk Karpat 2017 – przejście w 2017 roku Łuku Karpat przez Dominika Księskiego z towarzyszami trasą klasyczną grzbietami górskimi z Bratysławy do Orszowej przez pięć przełomów rzecznych: Dunajca, Popradu, Wielkiej Byski, Bodzy i Aluty.
Książkę Dominika Księskiego "Ogień to druga woda czyli Łuk Karpat" można zamówić na portalu Allegro.pl.
Zamówienia do księgarń i zakup większej ilości egzemplarzy: [email protected]
OTDW
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze