Reklama

Recenzja książki "Ogień to druga woda czyli Łuk Karpat" Dominika Księskiego

12 września 2017 roku Dominik Księski zanurzył nogę w Dunaju na granicy Rumunii i Serbii, kończąc wędrówkę przez Karpaty. Cztery miesiące wcześniej rozpoczął ja w odległym o 2385 kilometry Devinie, pod słowacką stolicą, zarzucił na plecy wór - jak zwykł określać swój plecak - i ruszył w drogę. Nie był sam - i tu jest drugi powód, dla którego jego relację z gór winien przeczytać w Żninie każdy. Bo jego książka jest w dużej części książką o Żninie i o środowisku osób, związanych w tym mieście z górami.

Najważniejszą z nich jest Maciej Grzmiel, z którym od 1992 roku współpracują w sprawach wydawniczych i zaglądają raz po raz wspólnie w góry. Nie szli całej drogi we dwójkę, ale Maciej towarzyszył mu na początkowym, dwóch długich i na końcowym odcinku szlaku - łącznie szedł przez 37 dni, przebył z nim 780 kilometrów. A wcześniej walnie przyczynił się do tego, że Księski miał po trasie zostawione na kilkunastu przełęczach przygotowane wcześniej, dowiezione tam jeszcze w 2016 roku i ukryte w lasach, paczki z żywnością.

Bez tej pomocy trudniejsze byłoby pokonanie trasy, wiodącej niejeden raz kompletnymi bezdrożami. Trzeba byłoby częściej schodzićw dół w poszukiwaniu sklepów. A tak stało się realne spełnianie marzenia o wędrowaniu grzbietami, halami, połoninami, lasami, z wchodzeniem na liczne szczyty, bez opuszczania się w doliny, z noclegami pod namiotem i przy ognisku - jedynym w nocnym chłodzie źródle ciepła i jedynej kuchni, codziennie brudzącej sadzą przytroczony do plecaka kociołek.Maciej Grzmiel to nie jedyny żniniak w tej książce, pojawia się w niej kilkadziesiąt żnińskich nazwisk, bo środowisko chodzących po górach mieszkańców tego miasta jest liczne.

TRASA DLA NORMALSA

W wydanej w 2020 roku książce, którą autor zatytułował Ogień to druga woda - czyli Łuk Karpat, Księski dokładnie opisuje dlaczego wybrał taki a nie inny wariant trasy. Bo inne też wchodziły w grę, ale on rzeczowo uzasadnia dlaczego ten był najlepszy: najciekawszy, najwyższy (z wyjątkiem ominięcia Tatr na rzecz drogi przez Gorce), wiodący przez najwięcej szczytów.

I dlaczego w tę stronę: zgodnie ze wskazówkami zegara, czyli zaczynając od Małych Karpat na granicy czesko-słowackiej, przez Beskid Żywiecki, Śląski, Gorce, Sądecki, Niski i Bieszczady w Polsce, przez Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohorę na Ukrainie, Karpaty Marmaroskie, Alpy Rodniańskie, Kelimeny, Ciukasz i inne pasma Karpat Wschodnich w Rumunii, po Fogarasze, Szurjanu, Retezat i Mehedyńce w Karpatach Południowych - też rumuńskich. A nie odwrotnie. A dlaczego nie Tatry? - bo chciał pójść trasą dla wędrowca, a nie alpinisty, a główna grań Tatr wymaga alpinistycznych już umiejętności i wyposażenia.

Reklama

PLECAK TO NIE WSZYSTKO

Wyposażenie to pomoc, ale i utrapienie wędrownika. Tyle rzeczy jest potrzebnych - a każda waży. W latach 80. wędrowało się z plecakami ważącymi ponad 30 kilo. Księski korzystając z lżejszego dziś sprzętu, lżejszego jedzenia i minimalistycznych opakowań, porównując wagę dostępnych na rynku przedmiotów i bezwzględnie eliminując cięższe, schodził z ciężarem plecaka do 10 kilogramów. Do tego trzeba było dodać żywność - zawsze tuż po podjęciu depozytu z Maćkowych dziur w leśnych wykrotach było to sporo kilogramów, z każdym kolejnym dniem mniej. Przed dłuższym fragmentem trasy ciężar plecaka wraz z jedzeniem przekraczał 20 kilogramów - nie dawało się iść lżej.
 

Dominik Księski w pierwszym dniu wędrówki na Szwabskim Wierchu (Słowacja, Małe Karpaty Naddunajskie, 360 m n.p.m) i w ostatnim dniu wędrówki na Cracu Vacaril (Rumunia, Mehedyńce, 549 m n.p.m), fot. Maciej Grzmiel

SOLO - CHOĆ NIEZUPEŁNIE

Piszę, że dźwigał Księski, bo to on pokonał cały Łuk Karpat. Zaczął 9 maja 2017 roku we wspomnianym Devinie, zakończył 12 września pod Orszową w Rumunii, także zamaczając nogę w falach Dunaju. Ale nie szedł sam. 127 dni - i ani jednego w samotności! Bo takie poczynił założenie. Pisze, że nie chciał iść sam, bo to zbyt melancholijnie i filozoficznie, poza tym obiecał rodzinie, że sam się nie wybierze.

Musiał więc zaprosić na trasę kolegów. Wysłał zaproszenia do wielu, których znał z poprzednich wędrówek (może ktoś w Żninie nie wie, że Księski wędruje po górach od zawsze?) i się nie zawiódł. Nikt się nie zdecydował iść całej trasy - bo dom, praca, obowiązki, żona, zdrowie… - ale uzbierało się łącznie piętnaście osób, ochotników, którzy zmieniali się na przełęczach. Niektórzy, jak Grzmiel, szli dni kilkadziesiąt, wielu kilkanaście, inni kilka. Niektórym przypadły w udziale, lub sami wybrali, odcinki łatwiejsze, inni pisali się na najtrudniejsze.

Reklama

Każdy przeżył na trasie coś fantastycznego: radość porannych przebudzeń w wilgotnym chłodzie lub w świetle wstającego słońca, wiatr we włosach, zapachy łąk i kosówki, pierzaste obłoki lub błękit nad głową, blask ogniska, smak herbaty z suszonymi plasterkami cytryny, dźwięki gitary, a nocy, gdy ognisko przygasło - miliony gwiazd na niebie jak na wyciągnięcie ręki. Kto tak nie wędrował - musi wierzyć na słowo, że coś stracił. Jeśli nie ma odwagi czy możliwości samemu w góry wyruszyć - niech kupi książkę, o której piszę. Można się nie oderwać.

MATEMATYCZNA DOKŁADNOŚĆ POLONISTY

Bo to niezwykła pozycja. Dominik Księski napisał nieprawdopodobnie obszerną relację z wyprawy - dzień po dniu. Każdy dzień opisany jest na kilku stronach, ze szczegółami. Topograficznymi, dotyczącymi przebiegu trasy, czasem jej gubienia i odnajdywania, aprowizacyjnymi - o tym, co było akurat na posiłek i jak daleko trzeba było iść po wodę, pogodowymi.

Ale te szczegóły nie przytłaczają narracji, bo lżejszą czynią ją niezliczone dygresje: opowieści o ludziach, z którymi idzie, zapisy rozmów i dyskusji, opowiadane anegdoty, refleksje historyczne - a tereny Karpat były przez nią doświadczane boleśnie, wreszcie ciągle przewijające się dywagacje o tym, jak najlepiej tłumaczyć piosenki rosyjskich bardów z lat 60., których teksty Księski namiętnie śpiewa.

Reklama

JEDYNY TAKI ROK

Przykłady czasem mówią więcej o książce, niż opowiadanie o niej. Więc pisze autor na przykład o tym, jak tę eskapadę planował. Po raz pierwszy rzucił pomysł w roku 2009. I zaczął obliczać, który rok się nada, bo nie będzie w letnich miesiącach ani rocznic, ani egzaminów dzieci, ani rodzinnych zjazdów czy innych „must do”. Wyszło mu, że w grę wchodzą tylko dwa lata: 2017 i 2026. Ta druga data odpadała, bo za daleka. Przyjąć ją - znaczyło odpuścić.
 

Plecak na podejściu pod Wielką Koźmieską (Czarnohora, Ukraina) fot. Sławomir Dworski

WCZEŚNIEJ BYLI INNI

A marzenie o Łuku Karpat odpuścić nie pozwalało: w 1980 roku, gdy sam po raz pierwszy przeszedł daleką trasę: 28 dni ze wschodu na zachód przez całe polskie Beskidy, usłyszał o legendarnym dziś, pierwszym pokonaniu Łuku Karpat przez 5-osobową grupę ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Usłyszał - i aż go przygięło. To jest dopiero coś! Marzenie wtedy zakiełkowało - i nie dało się już wykorzenić.

Choć oczywiście miał świadomość, że nie będzie już pierwszy - i uczciwie, z należnym szacunkiem, wielokrotnie pisze Księski, czasem obszernie, czasem tylko wspominając, o tych, którzy tę trasę zrobili przed nim. Wielu ich nie było, on stara się wymienić wszystkich. Tyle, że nikt z nich nie napisał takiej książki o wyprawie!A wspomina w niej nawet o chłopaku, którego spotkał na Ukrainie w roku 1996, a który wspominał, że właśnie idzie Łukiem Karpat. Czy przeszedł? Księski nie wie, człowiek się nie odezwał. Inni, którzy przeszli, są wspominani nie raz i ujęci pod koniec książki w zestawieniu.

Reklama

Małe Karpaty, Słowacja, na szczycie Czertów Kopca

NIE NA KONSERWACH

Chyba dla każdego ciekawe będą przewijające się przez różne częściach książki akapity poświęcone jedzeniu. Jak można przeżyć ponad cztery miesiące na konserwach? Otóż nie na konserwach! Dominik Księski przywiązuje wielką wagę do prawidłowego odżywiania się, stąd jego menu na każdy dzień - pakowane w zestawy osobne na śniadanie, obiad i kolację - jest zawsze urozmaicone.

Wieczorem jest zawsze ciepły posiłek przygotowywany w kociołku nad ogniskiem, a jego żelaznymi składnikami są zwykle: konserwa mięsna, kostka rosołowa, makaron/kasza gryczana/kuskus/ryż, suszony por/suszona papryka.
Rano, najczęściej z wykorzystaniem żaru z poprzedniego dnia, udaje się zwykle rozpalić ognisko ponownie, ale już tylko po to, by zagotować wodę - śniadanie czasem jest nawet z chlebem. Autor eksperymentował i wiedział, że jest taki chleb słonecznikowy, który może być trzymany w paczce przez kilka miesięcy - a mimo to się nadaje do jedzenia.

Do tego orzeszki, suszone owoce, szprotki, do każdej herbaty suszona cytryna. A panie domu chyba z ciekawością przeczytają ustęp, w którym autor uzasadnia dlaczego nie brał ze sobą soli. Gospodarstwo bez soli? A jednak: bo konserwy tyle jej w sobie mają, że więcej nie trzeba. Tego nie czuje się na co dzień, ale w górach, przy ognisku - tak.

Reklama

CZEGO NIE JEDZĄ NAWET MYSZY

Hitem opowieści kulinarnych jest ta: myszy zdołały wytropić zostawiony w lesie prowiant, rozbroić paczkę i dobrać się do jej zawartości; zjadły wszystko, z wyjątkiem - co oczywiste - tego co w puszkach oraz… Knoppersów i Michałków. Co producenci wkładają do tych smakołyków, że nawet myszy tego nie chcą? Swoją drogą opowieści o tym, jak trzeba było łatać luki w zaopatrzeniu po takiej gryzoniowej grabieży - to też ciekawa lektura.

DLA KOGO 2000 KCAL

Codzienne racje żywnościowe były wyliczone tak, by nikt nie był głodny, oscylowały wokół 2000 kcal na dobę. A jednak autor pisze, że po kilku tygodniach wędrówki, gdzieś w Górach Rodniańskich, zauważył, że wrócił do swej studenckiej wagi 54 kg. Oznaczało to, że stracił we dwa miesiące 15 kilogramów. I faktycznie coraz częściej czuł się głodny.

Jak to tłumaczy? Tym, że 2000 kcal dziennie rzeczywiście wystarcza, ale na jakieś dwa tygodnie, bo idący po prostu chudnie, spala zbędne zapasy. Istotnie, wszyscy towarzysze podróży schudli, zwykle po kilka kilo, Maciej 9 kg. Dłuższe chodzenie wymaga więcej kalorii - stąd ten apetyt na dalszych etapach włóczęgi.

Reklama

PRZYJACIEL SEN

W górach oddycha się pełną piersią. - Nigdzie się tak nie wyśpię jak w Karpatach – mówi Heniek, wyczołgując się wpół do szóstej z namiotu…,  a Księski to notuje. I dobrze, bo inni wędrujący z nim tę prawdę potwierdzają. Nie ma siedzenia do północy, jest ognisko, rozmowy, ale potrzeba odpoczynku po forsownym dniu jest przemożna, sen zazwyczaj jest 8-godzinny, czasem bywa dłuższy. Kto tak ma w domu?

Choć noclegi pod namiotem (w schroniskach też czasem sypiali, ale te noclegi stanowiły zdecydowaną mniejszość, dominował namiot), na dość znacznej zwykle wysokości, często powyżej 1000 metrów, w kapryśnym pogodowo górskim klimacie, wymagają często hartu woli, by rano się ze śpiwora i z namiotu wygramolić. - Pada. Ale nie leje. Jest dobrze. Wieje, ale nie jest to wichura. Jeszcze lepiej – notuje Księski któregoś dnia. - W namiocie plus 7, wcale nie zimno – zapisuje kiedy indziej.

A jeszcze innego dnia, gdy było jeszcze trudniej, pociesza się: - Wstać mieliśmy o siódmej, ale o siódmej leje. Wiemy, że jeśli nie przestanie padać, o ósmej i tak trzeba będzie wychylić się na świat boży, ale może przestanie? Zwijanie mokrego namiotu w padającym deszczu nie jest przyjemnością – ale po prostu czasem tak trzeba.
 

Żnin, 27 kwietnia 2008. Czy to się w ogóle da przejść? Radzą: Aleksander Kmiećkowiak, Maciej Grzmiel, Jacek Ludwiczak i Zbyszek Popkowski, fot. Dominik Ksieski

LEPIEJ RAZEM

To jest proza wędrowniczego życia. Ale jest i poezja. Niektórzy odkrywają ją chodząc po górach samemu. Wolą ciszę, gdy poetą jest wiatr, a jego muzą słońce lub woda. Księski należy do tych, którzy kwitną gdy mają kogoś przy sobie. Obecność bratniej duszy coś w nim otwiera, daje inspirację.

Nie tylko do kolejnych prób jak najlepszego przetłumaczenia strof pieśni Jurija Kukina, Bułata Okudżawy czy innych rosyjskich bardów - pieśni oczywiście o górach i o życiu. Ale także do odczuwania piękna gór właśnie we wspólnocie. We wspólnym stanięciu przy ogniu, wspólnym zachwycie pierwszą gwiazdą wieczoru, łagodną linią połoniny zlewającą się z wolna z czernią nocy.

Koledzy, tak ci z nim przemierzający Karpaty jak i ci, których wspomina przy ognisku, zajmują w książce dużo miejsca. Dlatego jest to też książka o ludziach, nie tylko o górach. Ciekawych, ukazanych z dużą dozą ciepła i serdecznie. Każdy z wymienionych w niej może być wdzięczny.
 

Reklama
Biwak na Przełęczy Legionów (Gorgany, Ukraina). Sławomir Dworski zakończył przegląd zapasów, których nie dały rady skonsumować myszy. Pasące się nieopodal konie też wywąchały, że tu coś jest do jedzenia, fot. Dominik Księski

ZACHWYTY WIECZORU

Jest w książce Dominika Księskiego bardzo wiele, właściwie każdego dnia zapisanych, małych zachwytów radością, jaką przyniósł kolejny dzień. I to mimo ogromnej dawki konkretnych notatek, zapisów trasy, rozważań geograficznych czy historycznych, jakich autor czytelnikowi nie szczędzi. - Jest taka cisza, że wydaje się, jakby w całych górach nie było nikogo - zauważa pewnego dnia.

- Nie ma spraw niezałatwionych, nie ma nieprzejrzanych papierów, telefonów do oddzwonienia. Nikt jutro od nas nic nie będzie chciał. Nie będzie pytał o nic. Nic nie jesteśmy nikomu winni, od nikogo nie oczekujemy niczego - notuje kiedy indziej.

- Gdy jest jest już zupełnie ciemno, przestajemy dokładać do ogniska, rozkładamy karimaty (trawa nie jest wilgotna ani trochę) i długo obserwujemy na leżąco wybraną partię nieba, każdy kolejny dostrzeżony meteor zamieniając na jakieś życzenie - zapisał innej nocy.
 

Biwak pod Hnitessą (Karpaty Marmaroskie, Rumunia). Rosa na trawie i wszędzie, deszcz w powietrzu i wszędzie. Za chwilę śniadanie, fot. Dominik Księski

KULTURA KARPAT, KULTURA CZŁOWIEKA

Wędrówka Dominika Księskiego jest przy tym bardzo bliska zwykłego, ludzkiego życia. Autor nie zachwyca się dziczą: zachwyca się światem. Tym konkretnym, jaki jest w Karpatach: przekształconym przez człowieka, przez niego zagospodarowanym. Takim, w którym natura jest piękna, bywa groźna, ale jest w pewien sposób ujarzmiona, stanowi tylko jeden z elementów górskiej kultury.

Ta kultura się kończy. Coraz mniej jest pasterzy i stad, na hale zaczyna wkraczać las, a do dolin hałaśliwa komercja. - Czytelniku, twoje wnuki, jeśli tu przyjadą, odwiedzając te same miejsca, przyjadą już w inne góry - bo niszczy to piękno cywilizacja dolin, a z drugiej strony zachłanna przyroda - zauważa w jakimś miejscu.
 

Reklama
Księżyc i Jowisz nad biwakiem pod Cicindą (Góry Ciukulskie), fot. Dominik Księski

ZEW GÓR

Jak zakończyć pisanie o tej książce? Wezwaniem, by nie kończyć. Kupić, czytać po kawałku, wracać, chować, wyciągać znowu. Bo ona wprowadza w świat gór, przyciąga. Pokazuje góry jakimi są. Zawsze, mimo pozornego ujarzmienia, dumnymi i groźnymi. Idąc przez Gorce Księski minął krzyż poświęcony pamięci księdza Jana Wątroby. Miał 74 lata. - Wyszedł 24 listopada 2013 roku o 16.00 z Turbacza, do samochodu zostawionego na Przełęczy Knurowskiej nie doszedł, zmarł z wychłodzenia - pisze autor. - Jego następca na plebanii w Piwnicznej-Zdroju przekazał potomności: Ksiądz Jan kochał góry ponad życie.

A sam autor? Też je kocha, to się czuje. I ma respekt, musi mieć. Ostatniego, 127 dnia wędrówki, przedzierając się przez kolczaste zarośla, na stromym zboczu wiodącym już do brzegów Dunaju, z dala od podniebnych Fogaraszy - przewraca się. Po raz pierwszy od wyjścia w trasę. Jakby miał dostać przyjacielski policzek na pożegnanie: "Pamiętaj, pozwoliliśmy Ci przejść. Doceń to!".

 Wojciech Waligórski, 10 IX 2022

Reklama

Książkę Dominika Księskiego o przejściu Łuku Karpat "Ogień to druga woda" możesz kupić na portalu Allegro.

OTDW

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości