Zachodzą żniniacy, zachodzą turyści, wycieczki. Proszą o kontakt, robią sobie zdjęcia pod obrazami i zdjęcia obrazów. Pierwsza prawdziwa wystawa Marka Kozińskiego w Muzeum Ziemi Pałuckiej pokazała żnińskiego artystę z wielu stron.
Wśród 91 wystawionych płócien na wystawie, której kuratorem jest Sebastian Piechocki, przeważały interpretacje dzieł starych mistrzów pędzla. Interpretacje, czy kopie? Żadna nie osiągnęła poziomu dokładności, zbliżającego ją do fałszerstwa, aczkolwiek są takie, na których charakterystyczne cechy oryginału - światło, kolor, styl malowania oddane są wiernie.
Gdy Tadeusz Małachowski malował temat Matejki, Maneta czy Boznańskiej - była to interpretacja daleko wykraczająca poza oryginał. Także stylistycznie. W przypadku dzieł Marka Kozińskiego ta odległość jest mniejsza, podpisany jednak zawsze będzie Koziński. Koziński wg Renoira czy Degasa, ale Koziński.
- Zacząłem malować obrazy starych mistrzów, bo cholernie chciałem mieć takie obrazy w domu. Velazqueza, Vermeera. Kupić - za drogo. Namalować - prościej. - Żartuje autor, którego chyba należałoby nazwać tu "młodym mistrzem". Młodym, bo współczesnym nam. A mistrzem - bo gdy patrzymy na jego płótna, pierwsze co czujemy - to podziw.
- Artysta musi być na obrazie razem z farbą, którą rzuca na płótno - mówi Marek Koziński i chyba ma rację, bo z upływem czasu staje się coraz chudszy i coraz bardziej przygarbiony - reszta wynoszona jest z pracowni wraz z kolejnym obrazem.
Mistrzowie baroku i impresjoniści - to są ci artyści, z którymi Marek Koziński rozumie się najlepiej. Na wystawie najmniej było jego najbardziej własnych dzieł, czyli takich, które nie były inspirowane dziełami starych mistrzów. Młody mistrz - podobnie jak starzy - maluje na zamówienie. Nie są to portrety rodzin królewskich oczywiście, lecz najczęściej - nas. Pałuczan. Twarze, rodziny. Dlaczego tych obrazów było mało?
- Namalowałem ich, nie wiem, trzysta, czterysta? Ale wszystkie się rozchodzą. Są u właścicieli. Niektóre na wystawę wypożyczyliśmy, ale jakoś tak się złożyło, że moich rzeczywiście jest mniejszość.
Czy w dobie antysztuki produkowanej przez sztuczną inteligencję w ogóle malowanie pędzlem po płótnie ma sens? Przecież już powoli spełnia się proroctwo rzucone przez Jana Kaczmarka w latach siedemdziesiątych i żyjemy już w świecie, w którym "wzruszysz się wąchając sztuczny kwiat, kiedy naturalny erzatz w krew ci wejdzie tak daleko, że polubisz plastikowy sztuczny świat". Odpowiedź na to pytanie znalazłem patrząc na portret burmistrza Żnina Leszka Jakubowskiego. Był strasznie niefotogeniczny. Na większości zdjęć, jakie mu zrobiliśmy - wychodził nie jak on. Aparat fotograficzny nie był w stanie zarejestrować go właściwie. A na obrazie - mamy go takiego, jakiego pamiętamy. Szczypta powagi, nieco zadumy, dystansu, życzliwości i dużo spokoju.
Dlaczego to pierwsza prawdziwa wystawa prawdziwego artysty? Były - owszem - prezentacje kilkunastu obrazów w Żnińskim Domu Kultury w latach 70., potem w środkowej Wielkopolsce, ale tak duża, prawdziwa - jest pierwsza. - Namówił mnie na to Zenek Marczewski. Potem do namówień dołączył się Stefan Czarnecki i już nie popuścił. Tak więc - pierwsza prawdziwa, ale i ostatnia. Już nie, już nie! Tego wybierania, wieszania, przygotowań... A potem jeszcze na otwarciu trzeba być. Nie dam się już namówić.
Na to oczywiście zgody nie ma. Następna wystawa ma prezentować własne obrazy młodego mistrza.
Dominik Księski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze