Dla oskarżonego - głupie żarty; pokrzywdzonym do śmiechu nie było
Wytrząsywacz pieniędzy przed sądem
Świadkowie mówią: jednemu z kolegów próbował włożyć głowę do toalety, drugiego przerzucił przez płot jak przedmiot. Siedemnastolatek z Łabiszyna Marcin K., który w kwietniu próbował zepchnąć młodszego kolegę z okna z drugiego piętra Zespołu Szkół w Łabiszynie stanął przedwczoraj przed sądem. Oskarżony nie przyznaje się do stawianych mu czynów.
Oskarżony Marcin K. prowadzony jest na przesłuchanie Marcin K. z Łabiszyna uczęszczał w minionym roku szkolnym do pierwszej klasy miejscowego gimnazjum, choć wedle wieku powinien uczyć się w pierwszej klasie szkoły ponadgimnazjalnej. Ponowną naukę w gimnazjum rozpoczął w listopadzie ub.r. Wcześniej przebywał w Ochotniczym Hufcu Pracy. Został jednak stamtąd wydalony.
Według gimnazjalistów z Łabiszyna, Marcin K. wykorzystywał przewagę fizyczną nad młodszymi kolegami i wypracował sobie sposób na stały przypływ gotówki. Groził kolegom pobiciem, kiedy odmawiali przekazania pieniędzy. Odbierał również pieniądze siłą w taki sposób, że odwracał kolegów do góry nogami i potrząsał, żeby z kieszeni wypadła gotówka.
Milczenie uczniów, nad którymi pastwił się Marcin K., przerwało zdarzenie, do którego doszło 1 kwietnia. Tego dnia w szkole Marcin K. siłą zawlókł jednego z kolegów do toalety, posadził na parapecie okna na drugim piętrze i próbował go zepchnąć. Tragedii zapobiegli inni chłopcy, którzy przebywali wówczas w ubikacji.
7 kwietnia policjanci zatrzymali Marcina K., a następnie doprowadzili do Sądu Rejonowego w Szubinie. Sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy.
DLA ŻARTU
Proces w szubińskim sądzie opóźnił się o jeden dzień. Rozprawa była wyznaczona na 4 sierpnia, jednak nie stawił się obrońca wyznaczony do obrony oskarżonego. Przedwczoraj był obrońca i
Sędzia Ewa Sozańska-Walczak przesłuchuje 14-letniego Mateuszaprzewodnicząca w procesie sędzia Ewa Sozańska-Walczak postanowiła przesłuchać w tym dniu świadków, których zeznania były zaplanowane na 4 i 5 sierpnia. Marcin K., który przed sądem odpowiada jak dorosły, został przywieziony na rozprawę w asyście policjantów. Na rękach miał założone kajdanki.
Prokuratura oskarża Marcina K. o narażenie na utratę zdrowia lub życia młodszego kolegi, którego posadził na oknie i próbował wypchnąć na zewnątrz, zmuszanie do wydania pieniędzy poprzez podnoszenie młodszego kolegi do góry nogami i potrząsanie do czasu aż wypadną pieniądze. Wymuszeń tych dokonywał od grudnia 2007 r. do marca 2008 r. Marcin K. jednemu z kolegów próbował włożyć głowę do muszli klozetowej i w ten sposób zmusić do wydania pieniędzy. Groził również kolegom z klasy pozbawieniem życia.
Marcin K. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Wyjaśnił, że posadził kolegę na parapecie wewnątrz toalety, a nie na zewnątrz.
- Podszedłem do niego i posadziłem go na parapet. Zrobiłem to dla żartów. Okno było trochę uchylone. Potem ściągnęliśmy go na podłogę. On się śmiał w tym czasie. I na tym to wydarzenie się skończyło. Nie wiem, dlaczego tak się przestraszył. Ja nie wymuszałem też żadnych pieniędzy. Pożyczałem od nich drobne kwoty. Nie zawsze mi pożyczyli. Jak nie chcieli pożyczyć, to nic im nie robiłem. Nie wymuszałem. Zawsze te pieniądze oddawałem po kilku dniach. Były dwa przypadki, że kolegów brałem za nogi i nimi potrząsałem. To było dla żartu. Oni to też traktowali jako żart i się śmiali. Nigdy żadnemu nie próbowałem włożyć głowy do muszli klozetowej. Jak sprawa się ujawniła, to ja nie mówiłem, że coś zrobię pokrzywdzonym i że im nogi z tyłka powyrywam. Nie wiem, dlaczego pokrzywdzeni i inne osoby twierdzą, że było inaczej - wyjaśnił Marcin K.
Oskarżony przyznał we wtorek na rozprawie, że na lekcjach zachowywał się niegrzecznie. Spał, przeszkadzał nauczycielom. Nie nosił zeszytów. Raz rzucił wątłej budowy kolegą przez płot jak przedmiotem. Też - jak zeznał - dla żartu. Jednak w dalszej części rozprawy Marcin K. nie przyznał się do żadnego z czynów (wcześniej, podczas przesłuchań w prokuraturze przyznał się do jednego czynu). Sędzia zwróciła mu uwagę, że jego wyjaśnienia są sprzeczne. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest.
WAGAROWICZ
Dyrektor Zespołu Szkół w Łabiszynie Krystyna Poremska wyjaśniła, że przez 3 lata Marcin K. chodził do pierwszej klasy gimnazjum i nie mógł jej skończyć. Wagarował i nie czynił żadnych postępów. Dlatego szkoła skierowała go do Ochotniczego Hufca Pracy. Po dwóch miesiącach został stamtąd wydalony z powodu wagarowania.
- Ze względu na rejonizację byliśmy zmuszeni przyjąć go do szkoły. Od grudnia ponownie zaczął chodzić do pierwszej klasy gimnazjum. 3 kwietnia od pani pedagog dowiedziałam się o tym zdarzeniu, które miało miejsce 1 kwietnia. Pedagog dowiedziała się o zajściu podczas rozmowy z uczniem - zeznała pani dyrektor.
Szkoła powiadomiła policję. Sprawy dotyczące wymuszania pieniędzy wyszły na jaw dopiero podczas przesłuchań. Wcześniej żaden uczeń czy rodzic tego nie zgłaszał.
Artur Rajsner, wychowawca Marcina K. oświadczył, że zarówno uczniowie, jak i nauczyciele nie zgłaszali uwag, że mają problemy z oskarżonym.
- Nauczyciele mówili, że w lekcjach prawie nie uczestniczył. Nie był przygotowany. Wybiórczo chodził na lekcje. Uczniowie też nie skarżyli się na jego zachowanie. Były tylko uwagi, że kiedy wychodził z autobusu, to palił papierosy. Był w stosunku do mnie grzeczny, ale nie słuchał mnie - powiedział wychowawca.
BYĆ DOBRYM KOLEGĄ
Sąd przesłuchał rodziców pokrzywdzonych chłopców. Joanna Z. wyjaśniła, że syn przed ujawnieniem sprawy w szkole nic nie mówił, że jeden z kolegów źle się wobec niego zachowuje. Do 3 kwietnia nie zauważyła nic niepokojącego w zachowaniu syna. W dniu, kiedy o sprawie dowiedziała się pedagog, syn zapytał, czy może nie iść do szkoły. Następnego dnia chłopiec był przesłuchiwany.
- Dowiedziałam się od syna, że oskarżony tak bez powodu posadził go na zewnętrznym parapecie okna toalety i dwaj koledzy go przytrzymywali, żeby nie spadł. Syn mówił też, że oskarżony wyciągał od niego pieniądze. Pytałam syna, dlaczego nie powiedział tego wcześniej mnie czy mężowi. Odpowiedział, że się bał, iż pójdziemy do szkoły i sprawa się ujawni, a on chciał być dobrym kolegą. Syn mówił też, że oskarżony go straszył - zeznała Joanna Z.
Anna R. przypomina sobie, że syn coś wspominał o próbie wypchnięcia kolegi przez okno w ubikacji, lecz chyba przy tym nie był. Dowiedziała się również, że oskarżony wymuszał pieniądze od kolegów. Anna R. wniosła również o ukaranie oskarżonego: - Marcin K. groził mojemu synowi popełnieniem przestępstwa na jego szkodę. W tym dniu, w którym syn zeznawał, to mówił, że oskarżony mu groził.
Matka kolejnego poszkodowanego chłopca Anna J. wyjaśniła: - Syn napomknął mi tylko, że jak wychodził z przesłuchania, to ktoś im groził, że długo nie pochodzą. Nie mówił, kto im groził. Kiedy byłam przesłuchiwana, to policjant mówił o groźbach. Ja powiedziałam, że skoro to mówił K., to żądam jego ukarania. Po zachowaniu syna widzę, że się boi. Nie wiem, czy oskarżonego, czy kogoś innego, ale wyraźnie się boi.
Ojciec innego chłopca Zygmunt S. powiedział, że z rozmowy z synem dowiedział się, iż oskarżony wyłudzał drobne kwoty pieniędzy i go popychał.
Oskarżony przeprosił zeznających rodziców za swoje zachowanie wobec ich synów.
CHWALIŁ SIĘ, ŻE POBIŁ 13 NA RAZ
Przed przesłuchaniem dzieci rodzice, którzy złożyli zeznania, wnioskowali, by synowie składali wyjaśnienia pod nieobecność oskarżonego. Nie wyrazili również zgody na utrwalenie przebiegu rozprawy z udziałem dzieci przez telewizję i inne media. Wnieśli również o nieujawnienie danych personalnych dzieci w publikacjach prasowych i audycjach radiowych. Oprócz reportera Paluk w procesie uczestniczyli reporterzy Radia PiK oraz TVN 24.
Sędzia zarządziła przesłuchanie chłopców pod nieobecność oskarżonego. Został on wyprowadzony z sali rozpraw. Większość z przesłuchiwanych chłopców Marcin K. zdecydowanie przewyższa warunkami fizycznymi.
Czternastolatek zeznał, że był zdziwiony, kiedy zobaczył kolegę siedzącego na parapecie. Z jego relacji wynika, że kolega jedną nogę miał wewnątrz, a drugą na zewnątrz, za oknem.
- Ja z kolegą pomogliśmy mu wejść do środka toalety. Był wystraszony. Później od jakiegoś chłopaka dowiedziałem się, że K. groził tym, którzy przeciwko niemu zeznawali. Mówił, że długo już nie pochodzimy. Ja się przestraszyłem jego słów, bo mówił nieraz takie dziwne rzeczy, że pobił 13 na raz. Trochę się go boję, bo nie wiadomo, co zrobi. Byłem kiedyś świadkiem tego jak K. wepchnął kolegę do toalety, złapał go za nogi do góry i wytrząsł z niego pieniądze. Kilka albo kilkanaście dni po zdarzeniu z wytrząsaniem pieniędzy widziałem w toalecie, jak oskarżony złapał kolegę jedną ręką za kark, a drugą za spodnie i próbował mu włożyć głowę do muszli klozetowej. Kolega zapierał się, trzymał za kaloryfer. W końcu K. zrezygnował - zeznał nastolatek.
Kolejny świadek, trzynastoletni chłopiec, którego K. próbował wypchnąć przez okno, wyjaśnił, że dawał oskarżonemu pieniądze, bo się go bał. Widział jak K. podszedł do kolegi i zażądał pieniędzy. Kiedy kolega powiedział, że nic nie ma, K. podniósł go do góry nogami i zaczął trząść, ale nic nie znalazł.
- Posadził mnie na oknie. Jedną nogę miałem na zewnątrz, drugą w środku. Najpierw próbował mnie wypchnąć. Popychał mi plecak. Ja się mocno bałem. Potem, jak koledzy pomogli mnie wyciągnąć, wyciągał też. Mówił, że to był prima aprillis - relacjonował gimnazjalista.
Inny trzynastolatek również zdradził, że K. podniósł go do góry nogami i trząsł tak, by wszystko wypadło z kieszeni. Dawał oskarżonemu pieniądze, bo bał się, że jest starszy i silniejszy. Opowiedział też o zdarzeniu z 1 kwietnia.
- Stałem w drzwiach i wszystkiego dobrze nie widziałem. K. posadził kolegę na oknie. Wydaje mi się, że miał dwie nogi na zewnątrz, ale pewny tego nie jestem. K. nie próbował wciągnąć go do środka. Dwóch kolegów trzymało kolegę i po jakimś czasie ściągnęli go z okna. Była też taka sytuacja, że K. wrzucił kolegę za ogrodzenie szkoły, a potem nie pozwolił mu wejść. Rzucił nim jak przedmiotem - zeznał poszkodowany.
Następny trzynastolatek z klasy, do której uczęszczał Marcin K., wyjaśnił, że gdyby nie bał się oskarżonego, to nie pożyczałby mu pieniędzy. Jak nie chciał mu ich pożyczyć, to zaciągał go do toalety lub w kąt, podnosił do góry i wytrząsał pieniądze.
- Była sytuacja w toalecie, kiedy chciał pieniądze. Mówiłem mu, że nie mam, to próbował mi włożyć głowę do muszli. Ja mu się wyrwałem i mu się to nie udało. Kolegę posadził na parapet tak, że jego nogi były na zewnątrz okna. Próbował go wypchnąć na zewnątrz. Kolega łapał, co się dało. Wtedy go z kolegą wciągnęliśmy do środka, a oskarżony się śmiał - zeznał nastolatek.
Dzieciom podczas zeznań towarzyszyli rodzice.
NOSIŁ NÓŻ
Dwie matki uczestniczące w zeznaniach synów nie sprzeciwiły się utrwaleniu zeznań dzieci oraz ujawnieniu danych przez media.
Czternastoletni Mateusz - rosły, zdecydowanie przewyższający warunkami fizycznymi swoich rówieśników - powiedział, że dla niego oskarżony był w porządku. Kiedy pożyczał od niego pieniądze, to oddawał. Innym kolegom pieniędzy nie oddawał. Dodał, że jednego z kolegów K. kiedyś tak ścisnął, że ten miał siną klatkę piersiową.
- Od kolegi dowiedziałem się, że kiedyś oskarżony przyniósł nóż do szkoły. Nie słyszałem, żeby groził komuś nożem. Opowiadał w klasie, że jeździ do Solca i bije się. Chyba chciał w ten sposób wzbudzić respekt wśród kolegów. Niektórzy się go bali - relacjonuje młodzieniec. I dodaje: - Kiedyś do toalety przyszedł kolega. Oskarżony zaczął go zaczepiać. W pewnym momencie złapał go, otworzył okno i posadził go na parapecie nogami na zewnątrz. Obie nogi zwisały mu na zewnątrz. On się trzymał okna. Był przerażony. Koledzy złapali go i wciągnęli do środka.
Według trzynastoletniego Krzysztofa oskarżony trzymał się z silniejszymi kolegami, a zaczepiał słabszych. Pastwił się również nad nim.
- Uderzył mnie kiedyś w klatkę piersiową bez powodu. Widziałem kiedyś w toalecie, jak K. miał nóż. Był to nóż długości około 30 cm. Niektórzy też widzieli ten nóż. Wszyscy się baliśmy. Kiedy pani pedagog rozmawiała z nami, K. odwrócił się w stronę, gdzie siedziałem z kolegą i powiedział, że nogi nam z dupy powyrywa i że długo już nie pochodzimy - dodał Krzysztof.
W sądzie zeznawał też piętnastoletni Przemysław Z., klasowy kolega Marcina K., który - jak zaznaczyła sędzia - w szkole ma opinię jeszcze gorszą niż oskarżony. Nie widział, by oskarżony wymuszał pieniądze od młodszych kolegów. Widział jedynie, jak pożyczał.
- Podchodził i pytał, czy mają pieniądze. Nie widziałem, żeby coś robił tymi, co nie chcieli pożyczyć. Widziałem raz, jak wytrząsł pieniądze koledze - wyjaśnił Przemysław Z.
Pedagog szkolny Beata Słowikowska przyznała, że oskarżonemu nie chciało się uczyć. Wagarował. Nie nosił zeszytów. Przeszkadzał podczas prowadzenia zajęć. Tłumaczyła mu, jak ma się zachowywać. Nie było jednak żadnej poprawy. Rodzice Marcina K. nie kontaktowali się ze szkołą. Do czasu ujawnienia sprawy nikt nie zgłaszał pani pedagog żadnych problemów. Beata Słowikowska opowiedziała również o wszystkich zdarzeniach, w których uczestniczył Marcin K., które usłyszała od poszkodowanych chłopców.
KUPA CYGAŃSTWA
W połowie rozprawy na salę sądową weszli ojciec i siostra Marcina K. Usłyszeli niektóre zeznania nieletnich i dorosłych. Siostra oskarżonego wycierała oczy chusteczką.
Ojciec Marcina K. powiedział Pałukom, że to co usłyszał w zeznaniach, to kupa cygaństwa.
- Ta sprawa się na tym nie skończy. Jeśli będzie wyrok skazujący, to będziemy wnosić apelację. Jest za dużo dokładania tutaj faktów - uważa ojciec oskarżonego.
- Groźby były, że innych uczniów w starszym wieku też wyrzucą ze szkoły. W tej szkole nie było nigdy porządku. Chodziłam do niej, to wiem. Nie wierzę w to, że brat wsadził kolegę na parapet - powiedziała nam siostra oskarżonego.
Przedwczoraj sędzi Ewie Sozańskiej-Walczak nie udało się przesłuchać wszystkich świadków. Jeden nie stawił się z powodów rodzinnych. Jego przesłuchanie zaplanowano na kolejnej rozprawie 9 września.
Marcinowi K. grozi do 12 lat więzienia.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 860 (32/2008)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze