Wyrwany ze snu, próbował wydostać się, upadł u wyjścia na korytarz
Zginął zielarz
Stefan O. mieszkał w Złotowie od 4 lat. Był bardzo charakterystyczną postacią, którą zapamiętało wiele osób. Był zielarzem. Na sobotę umówił się na spotkanie dotyczące ziołowej kuracji. Jednak tego dnia rankiem poniósł śmierć.
Śmierć Stefana O., 78-letniego mieszkańca Złotowa, i jej okoliczności całkowicie zaskoczyły mieszkańców wsi. Starszy pan, który w sobotę rano poniósł śmierć w pożarze swego domu, był bardzo aktywnym mężczyzną. Mimo że mieszkał samotnie, dobrze sobie radził w codziennym życiu. Rozpoczął nawet budowę nowego domu na swojej posesji.
KŁĘBY DYMU I OGIEŃ BUCHAJĄCY SPOD DRZWI
S tefan O. zamieszkiwał w sąsiedztwie kilku domostw na skraju Złotowa, pod lasem, nieopodal wsi Wojdal, która leży już w gminie Pakość. Był to przedostatni dom w Złotowie.
Strażacy musieli rozbiórki dachówek i stropu, żeby wyeliminować groźbę ponownego wybuchu ognia. Około stu metrów w stronę centralnej części wsi mieszka z rodziną Kazimierz Sulski.
Tak relacjonuje on wydarzenia sobotniego ranka: - Rano, kilka minut przed 800 sąsiadka, która mieszka najbliżej pana Stefana, zadzwoniła do mnie, żebym pobiegł sprawdzić, co się u niego dzieje. Z jego domu bowiem wydobywał się dym. No i pobiegłem tam z synami: Arturem i Rafałem. Przez okienko, które znajduje się obok drzwi wejściowych do tamtego domu, dostrzegłem w środku pełno dymu i ogień.
BEZ WODY I HYDRANTU
- Chciałem dostać się do środka, ale nic nie było widać od tego dymu i ognia. Przeszedłem wokół domu, już chciałem okno wybijać. Ale tam nie było ani wody, ani hydrantu. On korzystał tylko z jakiejś studni. Krzyknąłem do syna: "Rafał, leć dzwonić po straż".
Kazimierz Sulski przypomina sobie, że Stefan O. ogrzewał mieszkanie zwykle jedynie piecykiem gazowym. Tymczasem dotarła do niego informacja, że tamtego ranka, jeszcze przed 700 z komina na dachu domu Stefana O. wydobywał się dym. Dlatego też ci, którzy to zaobserwowali, dziwili się, że tak nagle, na dodatek z samego rana, pan Stefan napalił w centralnym. Już po kolejnych zdarzeniach mieszkańcy zaczęli zdawać sobie sprawę, że prawdopodobnie już przed 700 w domu zaczął się rozprzestrzeniać pożar.
ZACZADZENIE
- Dostaliśmy zgłoszenie o 807, że pali się budynek mieszkalny w Złotowie - mówi st. kpt. Grzegorz Rutkowski z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej, który pełni m.in. funkcję rzecznika prasowego żnińskich strażaków. - Na miejsce zadysponowaliśmy po 1 zastępie OSP z Mamlicza, Barcina i Piechcina oraz JRG.
Kazimierz Sulski dodaje, że najszybciej, po kilkunastu minutach, na miejsce dotarła straż pożarna z Mamlicza z Kazimierzem Łożyńskim.
W opustoszałej po tragedii posesji został jedynie wierny pies Stefana O. Nikt z naszych rozmówców nie pamięta nawet imienia czworonoga. Nie wiadomo też, co się z nim stanie dalej. Pies szczeka na intruzów, a Jan Kaczor zamierza na razie dowozić mu jedzenie. fot. Karol Gapiński - Ja się wtedy odsunąłem, bo nie chciałem strażakom przeszkadzać. Ale widziałem, jak drzwi z trudnością wyłamali. Duży ogień buchnął, zagasili to strumieniem wody. Potem w tych butlach z tlenem tam wchodzili. Pan Stefan leżał w korytarzu, ręka u progu wyjścia z kuchni wystawała. Był w pidżamie, próbował się wydostać na zewnątrz, ale w tym miejscu upadł. To taki raczej samotnik był, trochę w swoim świecie żył - relacjonuje sąsiad ofiary.
- Po podaniu prądu wody na budynek oraz jego wnętrze, odkryliśmy zwłoki mężczyzny, który zmarł wskutek prawdopodobnie zaczadzenia. Zwłoki blokowały wejście z korytarza do mieszkania. Nie były spalone w całkowity sposób. Sam ogień nie wyrządził aż tak wielkich szkód, jak można by wnosić z faktu, że w tym pożarze śmierć poniósł człowiek. Spaleniu uległo wyposażenie kuchni i korytarza. Część dachówek z dachu oraz fragmenty stropu musieliśmy rozebrać, żeby ugasić pożar całkowicie, ponieważ ogień wdarł się w drewniane części zadaszenia - mówi Grzegorz Rutkowski.
Na miejsce zdarzenia przyjeżdżały kolejne wozy strażackie, policja, karetka pogotowia i wreszcie karawan. Przyjechał też z Bydgoszczy syn Stefana O.
ZWARCIE W INSTALACJI
W mieszkaniu Stefana O. przez korytarz wchodziło się do kuchni. Z niej zaś drzwi prowadziły do pokoju, w którym sypiał pan Stefan. Wszystko wskazuje na to, że ogień powstał w kuchni. Zdaniem Grzegorza Rutkowskiego, najbardziej prawdopodobna przyczyna pożaru to zwarcie w instalacji elektrycznej.
- To, że ogień wybuchł z powodu zwarcia w instalacji, to przyczyna najbardziej prawdopodobna dla nas strażaków - kontynuuje kapitan Rutkowski. - Ale to, czy było tak naprawdę, ustali przy pomocy biegłych już policja. Podobnie przyczyny zgonu ofiary. Trzeba wiedzieć, że spotykamy się nawet z takimi przypadkami, że śmierć ofiary następuje w wyniku dokonania przestępstwa. Sam zaś pożar zostaje wtedy wywołany dla zatarcia śladów zbrodni.
Nadkomisarz Piotr Stachowiak, zastępca komendanta powiatowego policji w Żninie przyznał, że przyczyny wybuchu ognia ostatecznie nie zostały jeszcze ustalone. Przychylił się jednak do wersji straży pożarnej.
- Jeśli chodzi o hipotezę, którą wysunął kapitan Rutkowski ze straży, a mianowicie, że podpalenie może być efektem próby zatarcia śladów po uprzednio dokonanym przestępstwie, to w przypadku pożaru w Złotowie wykluczamy to. Przybyłe na miejsce służby zastały drzwi wejściowe zamknięte od wewnątrz, nie było śladów, które by świadczyły, że ktoś ze środka budynku wyszedł. Prawdą jest, że pożar powstał znacznie wcześniej - kilkadziesiąt minut przed zawiadomieniem straży. W ogóle zresztą nie stwierdzono działania osób trzecich, a powodem śmierci mieszkańca było - wszystko na to wskazuje - zaczadzenie - dodał nadkomisarz.
Akcja ratunkowa w Złotowie trwała około 3 godzin.
PRZYJACIEL
Tyle ścian nowego domu zdążyli wspólnymi siłami wybudować Stefan O. i Jan Kaczor. Nie wiadomo, jaki będzie dalszy los tej
inwestycji.
fot. Karol Gapiński W centralnej części Złotowa, nieco ponad kilometr od domu Stefana O. mieszka o rok młodszy od niego Jan Kaczor. To najbliższy z przyjaciół, których w Złotowie miał Stefan O. Wyjaśnijmy, że we wsi tej mieszkał dopiero od 4 lat. Wcześniej żył w Kobylarni, ale sprzedał tam gospodarstwo i kupił dom w Złotowie.
J an Kaczor, kiedy wspomina swego przyjaciela, nie ukrywa wzruszenia: - Zginął tak marnie, biedak. Obudził się. Z pokoju chciał się wydostać przez kuchnię i nie zdążył. Padł na próg. Jak tam poszedłem, to policjanci nie chcieli wpuścić mnie do środka. Ale co, najlepszego kumpla miałem nie odwiedzić ten ostatni raz? Nie wpuszczali, ale wlazłem na chama. Leżał w koszuli na noc, w kalesonach. Włosy opalone. Było widać twarz, oczy, usta zamknięte. Normalnie płakałem, łzy mi leciały strumieniami.
TWARDY, DOBRY ZIELARZ
Stefan O. był znany we wsi, i nie tylko tutaj, z pasji, którą było zielarstwo. Sprowadzał on zioła lecznicze z Bydgoszczy od farmaceuty, z którym łączyły go więzy rodzinne, a także sam takie zbierał w lasach i na polach.
- To dobry chłop był. Twardy. Deszcz, wiatr, mróz, czy śnieg, to on zawsze jeździł na rowerze z tymi ziołami, albo do Barcina. Chyba chciał się żenić znowu. Jak na wigilię byliśmy w restauracji w Barcinie na opłatku, to mówię panu, miał podejście do kobiet. Do klubu seniora należał. Na zabawy, na tańce chodził. A teraz, to już chyba sam na następna wigilię pojadę - opowiada o koledze Jan Kaczor - A zielarz jaki z niego był? Z dyplomem panie. Ludzi z raka nawet leczył, i z Inowrocławia, z Pakości do niego przyjeżdżali na leczenie. Miał leczniczą energię w rękach. W tę sobotę miał umówionego kogoś z Inowrocławia na leczenie. A teraz to już nikogo nie wyleczy. A on sam zdrowy był, żelazny chłop. Jak miał kontuzję nogi, to mi tylko pokazał, powiedział, że tu lekarz nie pomoże. Zioła jakieś przykładał, i faktycznie wyleczył tę nogę. "Lekarz to by amputować zaraz chciał" - mówił do mnie. A jak panie jedna kobita, chyba trochę po czterdziestce, raka miała na piersi, to przychodziła do niego. Zdejmowała koszulę, a on ręką dotykał. I faktycznie wyzdrowiała.
Pan Stefan jednak korzystał czasami z porad medycznych. Bywał u barcińskiej internistki, pani doktor Anny Sajewicz.
- O, to on zginął w tym pożarze? Taki miły, chudziutki pan. Przyjeżdżał na rowerze. Powtarzał często, że faktycznie bardzo lubi zioła - przypomina sobie lekarka z Barcina.
DOM W BUDOWIE, SAMOTNY PIES I SCZERNIAŁY ROWER
Na posesji, gdzie doszło do tragedii, pozostał przywiązany do budy stróżujący pies. Zapytaliśmy Jana Kaczora, czemu tego czworonoga nie wziął do siebie.
- Ja mu chleb dowożę, ale na dłuższą metę, to nie może u mnie zamieszkać, bo ja psa jednego mam już. Dwóch bym nie utrzymał. Sołtys coś z tym psem musi zrobić - odpowiada Jan Kaczor, szykując się do wyjazdu do psa.
Naszą uwagę na posesji Stefana O. zwróciła też niedokończona budowa nowego domu. Okazało się, że to Stefan O. go stawiał.
- Mówiłem mu: "Chłopie, po co ci ta budowa. Miałeś pieniądze za gospodarstwo w Kobylarni, to mogłeś zamiast tu się sprowadzać na wieś, kupić jakieś mieszkanie w bloku. I miałbyś spokój". No i gdyby tak się faktycznie stało, to by teraz pewnie tak marnie chłop w ogniu nie zginął - zastanawia się Jan Kaczor. - Nie wiem, co teraz będzie z tamtym domem. Miał trzech synów, ale to dorośli już przecież. W Bydgoszczy mieszkają chyba, a jeden to nawet w Gdańsku. Na statkach pływa, chyba kapitan. No i byłą żonę jeszcze ma też gdzieś tam w Bydgoszczy. Tę budowę to ja z nim robiłem, pomagałem, pieniądze pożyczyłem, jak trzeba było. Zawsze chłop oddawał wszystko. Dobry był, radził sobie jakoś dobrze. Tylko - jeszcze w piątek przed śmiercią - jak był u mnie, to mu dałem koszyk kartofli, bo te, które mu sprzedałem na jesień, 3 worki, to w korytarzu trzymał, zamiast w jakiejś piwnicy. Pomarzły mu, słodkie się porobiły.
Jan Kaczor wskazuje na swego wnuka, który przyjechał w odwiedziny, i po ulicy oraz obejściu poruszał się rowerem damką starszego typu. - Młody chyba będzie musiał sobie odmalować rower. W kuchni stał u Stefana, osmolony teraz jest. Synowa Stefana chyba w spadku mi go dała. Wzięła telefon ode mnie, mówi: - "Panie Kaczor, pan tu najlepszym kumplem teścia był, zawsze o panu mówił, chyba przyjedzie pan na pogrzeb do Bydgoszczy? Zadzwonię do pana" A pewnie, że pojadę, wiązankę kupię, na mszę z 30 złotych dam. Bo ja, to już takiego przyjaciela mieć tutaj nie będę - kończy smutno Jan Kaczor.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze