Zmarł Kazimierz Słodkiewicz - wikliniarz z Sarbinowa
Jeszcze w latach sześćdziesiątych polska wieś używała wyrobów, które wytwarzali wiejscy rzemieślnicy na jej potrzeby. W latach siedemdziesiątych przestały być potrzebne drewniane koła, beczki, maselnice i tysiące innych wyrobów wiejskich rzemieślników i artystów. Wyparły je: plastik, aluminium, maszyny. Dziś wiejskie rzemiosło i sztuka to znikające wyspy. Zmarły niedawno Kazimierz Słodkiewicz z podżnińskiego Sarbinowa był prawdopodobnie ostatnim w okolicy wikliniarzem.
Urodził się 4 kwietnia 1920 r. w Majdanach koło Gniezna. Od 14 roku życia lubił zabawiać się wyplataniem z wikliny. Zaraził go tym wujek, jego mistrz i nauczyciel. W czasie II wojny światowej krótko mieszkał w Słębowie. Prosto z pola został wywieziony do Niemiec na przymusowe roboty.
Był pracownikiem w gospodarstwie rolnym w jednej z niemieckich wsi i nie miał tam lekko. Według słów jego drugiej żony (został wdowcem) 65-letniej Krystyny Słodkiewicz - na jego życie nieustannie czyhali miejscowi osiedleńcy ukraińscy, zwolennicy faszyzmu. W czasie jednego z alianckich nalotów został przygnieciony spadającym fragmentem betonowego stropu, co przyprawiło go o ciężką chorobę. W 1945 roku znalazł się w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Jankesi proponowali mu wyjazd za ocean. Odmówił. W nagrodę o mało co nie trafił na Syberię. Jednak pasażerowie jadącego na wschód pociągu towarowego przekupili radzieckich konwojentów i obsługę parowozu, którzy zawrócili skład pociągu do Niemiec. Następnym przyjechał do Poznania. Osiedlił się w Sarbinowie.
Pracował w wielu zawodach. Krótko po przyjeździe był koszykarzem u Różańskiego w Żninie. Później pracował w melioracji, w żnińskiej GS, był murarzem. W wolnych chwilach plótł z wikliny. Często bolały go ręce, zwłaszcza palce. Sugestię żony, by przerwał robotę kwitował szerokim uśmiechem i machnięciem ręki.
Pan Kazimierz był człowiekiem szanowanym nie tylko za to co wytwarzał, ale i powszechnie lubianym z racji życzliwego nastawienia do ludzi i świata.
Po wiklinę jeździł do Smuszewa niedaleko Damasławka. Szukał też dziko rosnącej nad torami kolejowymi i w innych znanych sobie miejscach. Zdarzało się, że upatrzone, dzikie poletko ktoś w swej niewiedzy wypalał. Szkoda było wtedy. W późniejszych czasach sadził około pół morgi (morga - 2.500 m2) u szwagra. Kilkunastocentymetrowe zielone, proste gałązki sadził jesienią, a za rok metrowa lub wyższa wiklina była już gotowa do ścięcia. Pan Kazimierz zwoził gałązki na podwórko przeważnie z pomocą sąsiadów lub znajomych.
Ostatnimi czasy kupował wiklinę u Władysława Pejki, a później u jego syna Cyryla w Dziewierzewie. Powiązane w małe snopki gałęzie wiklinowe układał na strychu i przetwarzał na różnej wielkości koszyki. Na wiosnę każdego roku wyruszał rowerem, a później zakupionym komarkiem, obwieszonym koszykami w poszukiwaniu nabywców. A tych nigdy nie brakowało. Obcy ludzie jadący samochodami zatrzymywali go na drodze i kupowali koszyki. Okoliczni mieszkańcy życzyli mu 100 lat życia w zdrowiu: "Bo od kogo kupimy koszyki jak pana zabraknie" - mówili.
Niestety pan Kazimierz odszedł mając skończonych 75 lat. Po zmarłym zostało ponad 20 koszyków, takich do zbierania ziemniaków i kilkanaście snopów wiklinowych, z których chciał pleść kipy. Jeden z synów odziedziczył po ojcu smykałkę do wyplatania. Jednak mieszka on poza Sarbinowem, ma rodzinę. Wyplataniem może zająć się tylko w czasie pobytu w Sarbinowie, ot tak - rekreacyjnie. I choć ludziom są jeszcze koszyki potrzebne, nie ma już tego, kto je wyplecie. A w sklepach z pamiątkami można kupić wietnamskie...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze