Reklama

Znalazł się pomnik świętego od rzeczy zagubionych

Do pomnika Świętego Antoniego w Żninie strzelali Niemcy. Odstrzelili mu rękę i głowę. Potem trafił do państwa Łanieckich, u których na podwórzu stoi już przeszło sześćdziesiąt lat. Choć betonowa figura Świętego Antoniego nie przedstawia jakiejś wielkiej wartości zabytkowej, stała się niemym świadkiem historii tego miasta.

Ludwik Łaniecki, to on kilkadziesiąt lat temu zadbał o figurę św. Antoniego fot. arch. rodzinne

     Jadwiga Łaniecka, która mieszka przy ul. 1 Stycznia w Żninie, nie umie powiedzieć, czy był to trzydziesty dziewiąty czy też czterdziesty rok. Nie mieszkała jeszcze wtedy w tym domu, gdy na polecenie jej przyszłego teścia Ludwika Łanieckiego parobek przywiózł wozem niezwykły ładunek - uszkodzoną, bo bez głowy i prawej dłoni, betonową figurę Świętego Antoniego trzymającego w ramionach małego Jezusa - również bez głowy.  
     - Figura stała na górce na skrzyżowaniu Aliantów i 1 Stycznia. Niemcy ją ostrzelali i wpadła do rowu - mówi pani Jadwiga. - Teść nie chciał, żeby się tak ten Antoni poniewierał, więc kazał go przywieść i postawić na podwórzu.
     Jak utrzymują osoby, z którymi rozmawialiśmy, figura św. Antoniego stała przy samym skrzyżowaniu dróg na Janowiec i Wągrowiec. Za tym miejscem w ostatnich latach powstało osiedle domków jednorodzinnych.  
     FIGURA ROBI DUŻE WRAŻENIE
     Ma wysokość około 1,3 m. Krzysztof Łaniecki tłumaczy, że nie jest tak niska, jak się wydaje, gdyż jest wkopana w ziemię na głębokość około trzydziestu centymetrów; poza tym, tradycja głosi, że Święty Antoni był człowiekiem niskiego wzrostu. Na tułowiu świętego dostrzec można ślady po kulach. Tam gdzie powinna znajdować się prawa dłoń, sterczy metalowy kikut. Fragmenty żelaznej konstrukcji wzmacniającej posąg wystają też z korpusów Świętego i Jezusa.
     Jadwiga Łaniecka przypuszcza, że głowy i prawa ręka na skutek strzałów z karabinu mogły zostać  

Reklama

Jadwiga Łaniecka z wnuczką Kasią i wnukiem Krzysztofem, który zainteresował nas historią figury fot. Marta Złotnicka

     ZUPEŁNIE ROZTRZASKANE.  
     W każdym razie nie udało się ich odnaleźć.
     Dawne losy figury, która przeszło sześćdziesiąt lat temu w niezwykłych okolicznościach trafiła do rodziny Łanieckich, pomaga nam zrekonstruować Kazimiera Bielecka. - Obecnie ten teren, na którym stała figura, jest własnością mojego siostrzeńca Tomasza Chudka. Przed wojną należał on do mojej matki, Franciszki Smorowskiej, która wyszła za Seweryna Mieczysława Gutsche. Ta figura została postawiona przez przodka mojej matki - wyjaśnia pani Kazimiera. Starsza pani nie umie powiedzieć, czy posąg ufundował jej dziadek Michał Smorowski, czy też stanęła na górce jeszcze wcześniej.  
     Pani Kazimiera dobrze pamięta z młodości stojącego przy skrzyżowaniu dróg Świętego. Posąg stał na podeście, tworzącym z wszystkich czterech stron małe schodki.    
     Ze słów naszych rozmówców wynika, że  
     Z FIGURĄ ZWIĄZANA JEST HISTORIA,  
     według której na górce pochowani zostali żołnierze polscy i francuscy polegli w walce, gdy wracali spod Moskwy po przegranej kampanii napoleońskiej w 1812 roku. - Legenda głosi, że później w tym miejscu zaczęło straszyć i dlatego postawiono tam figurę - mówi jedna z osób mieszkająca blisko skrzyżowania ulic 1 Stycznia i Aliantów. Dodała, że podobno mimo tego, iż stała tam figura św. Antoniego nadal w tym miejscu straszyło. Jednego z mieszkających w pobliżu chłopców coś pod figurą wystraszyło i nie chciał już tam więcej chodzić.  
     Jeden z mieszkańców ul. 1 Stycznia przypomina sobie, że przeszło pięćdziesiąt lat temu, ktoś orzący pole bezpośrednio przylegające do górki, na której wcześniej stała figura, natknął się na starą  
     CZASZKĘ LUDZKĄ.  
     - Były walki o Żnin i wtedy, pod tą figurą pochowano nieboszczyków. Ale to nie byli powstańcy z 1918 roku - dodaje nasz rozmówca.
Posąg Świętego Antoniego przed wojną był miejscem kultu. - Ludzie przed tą figurą się modlili, składali tam kwiaty, odprawiali nawet nabożeństwa majowe - mówi Kazimiera Bielecka.          
     Ludzie wspominają też, że przed Wielkanocą z kościoła Świętego Floriana przychodziły pod figurę procesje krzyżowe.     
     Starszym ludziom trudno jest uwierzyć, że Święty Antoni znajdujący się u rodziny Łanieckich,  

Reklama

     Zwracamy się z prośbą do wszystkich, którzy mogliby coś nowego wnieść do historii związanej z figurą Świętego Antoniego lub też posiadają skarby w postaci fragmentów figur sakralnych pochodzących z terenu Pałuk, żeby skontaktowali się z naszą redakcją. 

     JEST TYM SAMYM,  
     który przez lata stał na górce, tym bardziej, że słyszeli jakoby figurę wzięto do kościoła.  
     Łanieccy rzeczywiście chcieli figurą zainteresować księdza kustosza Rafała Wojtczaka.  
     - Ksiądz Rafał stwierdził, że figura nie ma dużej wartości, ponieważ jest z betonu - mówi Józef Łaniecki.   
     - Nie przypominam sobie tej sprawy. Ale mogłem tak powiedzieć. Przychodzą do mnie ludzie z różnymi rzeczami i naprawdę niewiele z tych rzeczy przedstawia większą wartość - stwierdza ksiądz kustosz.   
     Ksiądz Rafał nie może mi pomóc w ustaleniu daty ufundowania przez Smorowskich figury Świętego Antoniego, ponieważ jeśli nawet kiedyś, w jakiejś kronice parafialnej istniała wzmianka o jej poświęceniu, to niestety  
     DOKUMENTY TE NIE ZACHOWAŁY SIĘ DO NASZYCH CZASÓW.   
     Natomiast, według słów księdza Rafała, w księdze parafialnej zdarzenia takie jak poświęcenie czyjejś figury nie były odnotowywane.        
     - Z okazji ustawienia figury, podobnie jak wtedy, gdy wybuduje się kościół, zwykle sporządza się akt erekcyjny, który chowa się w metalową tubę lub nawet szklaną butelkę i wkłada pod figurę lub w fundamenty. Jest to taki niepisany zwyczaj służący udokumentowaniu danego zdarzenia dla potomnych - informuje ksiądz kustosz i dodaje, że w przypadku figury postawionej przez Smorowskich istnieje prawdopodobieństwo, iż akt erekcyjny zawierający takie dane jak data, nazwisko fundatora figury i jej wykonawcy, został sporządzony i umieszczony pod posągiem bądź zamurowany w fundamentach.
     - Na wiosnę można by spróbować przekopać to miejsce i sprawdzić czy zachowały się jakieś ślady fundamentu - mówi Tomasz Chudek, właściciel terenu, na którym przed laty jego przodek ufundował figurę Świętego Antoniego.  
     Jak się okazuje, pan Tomasz już w latach osiemdziesiątych  
     MYŚLAŁ O POSTAWIENIU NA GÓRCE POSĄGU ŚWIĘTEGO,  
     jednak ze względu na nieprzychylność władz wobec takiego projektu, nie udało mu się go zrealizować. Teraz właściciel zamierza doprowadzić sprawę do końca i umieścić Świętego Antoniego na jego dawnym miejscu.  
     - Figura jest w tej chwili nie do ruszenia, dlatego na razie pozostanie u Łanieckich, a gdy zrobi się już cieplej, myślę, że będzie ją można przewieźć i odrestaurować. Raczej skłaniam się ku temu, żeby ta renowacja miała subtelny charakter - mówi Tomasz Chudek.  
     Wygląda na to, że Święty Antoni niebawem ma szansę powrócić do dawnej świetności i z wyżyn pagórka leżącego u zbiegu ulic Aliantów i 1 Stycznia znów będzie patronować okolicy.  
     - Dobrze nam było z tym Antonim - uważają członkowie rodziny Łanieckich. Jednak oddadzą go bez żalu, o to przecież im chodziło, żeby ktoś się figurą zajął i ją odrestaurował.

Reklama

 

     Święty Antoni Padewski  
     Urodził się w 1195 roku w Lizbonie. Naprawdę nazywał się Ferdynand Bullone. Kiedy był jeszcze dzieckiem, rodzice oddali go na wychowanie kanonikom katedry w Lizbonie, natomiast gdy ukończył 15 lat wstąpił do zakonu kanoników regularnych św. Augustyna w pobliżu Lizbony. Po dwóch latach wysłano go do klasztoru Krzyża Świętego w Coimbra, gdzie studiował przez osiem lat. Zafascynowany bohaterstwem franciszkanów, którzy ponieśli śmierć w obronie wiary, a których relikwie mógł oglądać, zapragnął głosić Chrystusa poganom. Choć początkowo jego współbracia przeciwstawiali się tym zamiarom, w końcu za zgodą przełożonego przeszedł do zakonu franciszkanów. Po jakimś czasie przyszły święty wyjechał do Afryki w celu głoszenia Ewangelii Maurom. Z powodu ciężkiej choroby musiał jednak niebawem wracać do Hiszpanii. W czasie tej podróży wiatry zepchnęły statek na wybrzeże Sycylii, w związku z czym Antoni udał się do Asyżu kierowany chęcią zobaczenia Świętego Franciszka. Żyjąc wśród braci franciszkanów początkowo trzymał się na uboczu, w końcu powołany został na profesora teologii, której uczył kolejno w Bolonii, Tuluzie, Montpelier i Padwie. Później porzucił naukę, by poświęcić się kaznodziejstwu. Był doskonałym mówcą oraz żarliwym duszpasterzem. Wiele podróżował odwiedzając Francję, Hiszpanię, Włochy. Piastował też kilka ważnych godności w swoim zakonie.
     Święty Antoni zmarł 13 czerwca 1231 roku. Już za życia był uważany za legendarnego bohatera. Opowiadano o jego niezwykłych czynach i związanych z jego osobą zadziwiających wydarzeniach: o kazaniu wygłoszonym w Rimini do ryby, o mule, który zachęcony przez niego klęknął przed Najświętszym Sakramentem, i o psałterzu, który został skradziony, a Święty Antoni sprawił, że wrócił do właściciela. W związku z tą ostatnią sprawą ogłoszono go patronem tych, którzy coś zgubili. Święty uważany jest także za patrona ubogich i orędownika w trudnych sprawach.   
     W tradycji utrwalił się wizerunek Świętego trzymającego w ramionach Dzieciątko Jezus, tak jak objawił się kiedyś w oknie pewnemu człowiekowi.

Reklama

Na podstawie Żywotów świętych   
Marta Złotnicka
Pałuki nr 573 (6/2003)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/02/2025 13:26
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości