Reklama

Znaleźć swoje miejsce na ziemi

Problemy i przeżycia Polaków z Kazachstanu
    Znaleźć swoje miejsce na ziemi
    Rada Miejska w Żninie 13 września podjęła decyzję o przyjęciu przez gminę Żnin jednej rodziny Polaków z Kazachstanu. Dziś przedstawiamy opowiadania siostry Klaudii Wawrzyniak, która wróciła niedawno z Kazachstanu. Od powrotu pracuje i mieszka w żnińskim Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek Maryi.

    Pierwszą wizytę w Kazachstanie złożyła wraz z dwiema siostrami z Poznania w roku 1990. Od tego też roku datuje się początek pracy zgromadzenia w tym kraju.
    Wyjazd zainicjował ks. Tadeusz Krzemiński z archidiecezji gnieźnieńskiej, z której również do pracy wyjechał ks. Tomasz Peta.
    Dwutygodniowy pobyt w Kazachstanie zaowocował w spostrzeżenia, które pomogły w opracowaniu planu pomocy dla tych ludzi. Więc kiedy siostra Klaudia w roku 1993 ponownie wsiadła do pociągu zmierzającego ku Azji Środkowej wiedziała, że ludziom tym potrzebna jest nie tyle pomoc materialna, co duchowa.
    Kim są
    Kazachstan, podobnie jak Syberia, był miejscem zsyłki Polaków. Pierwszy powszechny spis ludności Imperium Carskiego z roku 1905 mówi o niecałych 12.000 Polaków zamieszkujących Azję Środkową - oprócz zesłańców byli także emigranci zarobkowi z Królestwa z przełomu XIX i XX wieku. Część z nich wróciła do kraju na podstawie polsko-sowieckiego układu o repatriacji z roku 1921. Przed rokiem 1936 Kazachstan zamieszkiwało zapewne nie więcej niż 5000 Polaków.
    Dzisiejsi Polacy zamieszkujący Kazachstan, to wysiedleńcy z roku 1936. Polacy wywiezieni na tę ziemię w czasie II wojny światowej albo poginęli, albo wyszli na Bliski Wschód z Armią Andersa, ewentualnie powrócili do Polski już po zakończeniu wojny, najczęściej w 1946 roku.
    Tymczasem około 60.000 Polaków z obwodów: kamienieckiego, chmielnickiego, żytomierskiego i winnickiego, które na mocy traktatu ryskiego przypadły Związkowi Radzieckiemu traktowanych już było jako obywatele sowieccy.
    Wywózka
    Nowe władze radzieckie po zorientowaniu się, że nie uda im się zbudować na Ukrainie idealnych kołchozów dopóki będą tam mieszkać Polacy, wydały dekrety, na mocy których przesiedlono w okolice Karagandy ok. 60.000 Polaków.
    Wywózka zesłańców odbywała się w straszliwych warunkach. Trzy tygodnie jechali w towarowych wagonach na miejsce przeznaczenia. Wielu w drodze zmarło z głodu. Kiedy znaleźli się na miejscu umierali nadal, szczególnie dzieci - po 20 dziennie. Wysadzono ich na polach porosłych trawą. Zbudowali ziemianki i tak przetrwali zimę.  
    Zostały same kobiety
    Jedyną nadzieją była dla nich wiara w Boga, jednak modlić się też im zabroniono. Wszechobecni szpiedzy pilnowali, aby ludzie nie zbierali się na modlitwę. Nie posłuchały tego zakazu polskie rodziny. Zbierały się na modlitwy na przemian, raz w jednym domu, raz w drugim.  
    Pewnego dnia - był to rok 1937 - ojcowie nie wrócili do domu. Ktoś widział, że z pola zabrali ich żołnierze. Jednak rodzin nikt nie zawiadomił o losie zabranych. Dopiero w roku 1990 przyszły do zawiadomienia, że mężczyźni ci zostali rozstrzelani w miesiąc po zabraniu ich z pola. Jedynym zarzutem przeciwko nim był fakt, że się modlili.  
    Ludziom zaszczepiono strach. Bali się do tego stopnia, że nie przekazywali dzieciom historii swoich rodzin. Siostra Klaudia powiedziała mi, że dopiero, kiedy staruszka opowiadała jej losy swojej rodziny, wnuczka dowiedziała się o swoich korzeniach.
    Jezioro i ryby
    Zesłani do Kazachstanu głodowali i cierpieli na brak wody. Ich los pogorszył się wraz z wybuchem wojny. Znowu zaczęli umierać z głodu, jedli liście z drzew, bowiem to, co urosło w ich ogródkach, musieli oddać dla Armii Czerwonej. Obowiązek ten był rygorystycznie egzekwowany. Kiedy wydawało się, że już z nikąd nie ma ratunku, topniejące śniegi spływające ze stepów utworzyły ogromne jezioro. Dziwnym zbiegiem okoliczności w wodach jeziora pojawiły się ryby. Władze nie zorientowały się, że mieszkańcy mają pokarm z jeziora i nie nękały ich z tego powodu. Wieś, w której miało to miejsce nazwano Oziernoje.  
    Wiara
    Przez lata szalejącego komunizmu zabroniono ludziom nawet myśleć o Bogu. Nie było mowy o zbieraniu się na wspólną modlitwę. Potrzeba wiary była jednak w ich sercach ogromna.  
Siostra Klaudia powiedziała, że rozmawiała z ponad tysiącem ludzi i spośród tej rzeszy tylko dwóch powiedziało, że Boga nie ma. Z tej dwójki jednakże jeden przyznał się, że jak mu było ciężko na sercu, to modlił się "Allach pomóż". Wzdychał do Allacha, gdyż jest Kazachem, a każdy Kazach to muzułmanin. Na tej samej zasadzie ludzie tamtejszy orientują się, że jak ktoś jest Rosjaninem, to przynależy do wyznania prawosławnego. Niemiec to protestant, a Polak - katolik. Cała ta rzesza w różny sposób chwaląc Boga żyje w wielkiej przyjaźni. Zawierają małżeństwa między sobą i wspólnie budują kościoły.
    Pragnienie posiadania własnych świątyń było w tych ludziach tak wielkie, że nie czekali na architektów, którzy powiedzieliby im jak budować. Na oko odmierzali krokami przestrzeń taką, jak im się wydawało, będzie potrzebna na postawienie kościoła. Podobne były początki budowy kościoła w Oziernoje. Kiedy przyjechał do tej miejscowości ksiądz Tomasz Peta, przejął nadzór nad budową. Do Polski wysłał miejscowego architekta Iwanickiego, aby przypatrzył się, jak wygląda sztuka sakralna.  
    W budowie pomagały władze wojewódzkie, powiatowe, a przede wszystkim - miejscowy kołchoz. Efektem tych prac jest kościół pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Pokoju.
    25 czerwca tego roku w kościółku odbyła się uroczystość oddania Matce Bożej Królowej Pokoju całego Kazachstanu i Azji Środkowej. W uroczystości udział wziął m.in. ambasador Polski w Ałma Acie i władze Kazachstanu.
    Kościół napawa dumą wszystkie narodowości. Władze zapraszając gości argumentują, aby ich zachęcić, że u nas jest kościół.
    Masowa potrzeba budowy kościołów i domów zakonnych świadczy o tym, że ludzie bez względu na pochodzenie - polskie, niemieckie czy rosyjskie chcą żyć na tej ziemi, na którą przywieziono ich ojców na pewną zagładę.  
    Na dowód przynależności ludzi do kazachskiej ziemi siostra Klaudia opowiada mi historię pewnej Niemki. Sprzedała cały swój dobytek i wyjechała do Niemiec. Po roku pobytu w swej ojczyźnie wróciła, nie zważając na trudy podróży i brak domu. Za pieniądze zarobione w Niemczech jakoś się urządziła od nowa. Zwierzyła się, że nie mogła przystosować się do nowych warunków, obojętności ludzi i bezduszności cywilizowanego świata.
    Współczesność
    Wiele rodzin polskich z Kazachstanu stara się o wyjazd do Polski. Tę repatriację - choć na inną ziemię, niż ta, na której mieszkali, ale do tej samej ojczyzny, trzeba im umożliwić, choćby to miało się skończyć tak, jak w przypadku tej Niemki - gdyby nie pojechała nad Ren, nie wiedziałaby, że jej miejscem na ziemi jest Kazachstan.
    Nie jest jednak prawdą, że wszyscy chcą wyjechać. Urodzeni w Kazachstanie nie czują takiego związku z Polską, aby wyjeżdżać do niej na stałe.  
    Owszem, dziadkowie, którzy zostali zesłani z Ukrainy, chcieliby odwiedzić kraj przodków. Sami najczęściej nigdy w Polsce nie mieszkali - ich ziemią była Ukraina. Później, już na zsyłce, do codzienności należały małżeństwa mieszane, dlatego z tymi wyjazdami jest różnie. Starsi mówią: "Tu jest nasza ziemia, tu się urodziliśmy. Czego pojedziemy tam szukać?" Młodzi owszem, chcą wyjechać, jednak dla nich jest to przygoda. Traktują Polskę jak bogaty Zachód i bycie Polakiem jest dla nich z tego powodu atrakcyjne.
    Tej młodzieży - zdaniem siostry Klaudii należy pomóc, kształcąc ją w Polsce. Ważne jest także, aby przyjeżdżali tam Polacy.  
    Gdy spojrzy się na mapę narodowości Kazachstanu, widać czerwone, niebieskie i zielone plami na żółtym tle: Polacy, Ukraińcy i Niemcy wśród Kazachów. Piotr Kamiński, warszawski geograf pokazuje tę mapę i mówi: "to wzór na produkcję Rosjan". Bo kim można było być w takim otoczeniu? Jaka narodowość pozwala najlepiej przeżyć? Syn Polaka i Ukrainki? Rosjanin. Córka Niemki i Polaka? Rosjanka. Nie zawsze tak - oczywiście - bywało, ale był to szatański plan.
    "Boże - jeśli my zapomnimy o nich - Ty zapomnij o nas" - pisał o stosunku do zesłańców Mickiewicz. Radni rady Miejskiej w Żninie - jak widać - dobrze znają Mickiewicza..

Maria Warda
Pałuki nr 189 (40/1995)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości