Żniński szpital nadal na wirażu
"- Zazdroszczę mojemu koledze dyrektorowi ZOZ-u w Szubinie Markowi Domżale, który może powiedzieć, że szpital w Szubinie wychodzi na prostą" - mówi dyrektor szpitala w Żninie - Aleksander Kmiećkowiak. Żniński szpital ma nadal kłopoty finansowe, duże długi, a prostej nie widać i daleka do niej droga.
Szpital w Żninie miał zawsze szczęście do ludzi w nim pracujących. Dr Jerzy Tupikow budował w latach powojennych jego podwaliny; okres rozbudowy i unowocześniania, powstawania nowych oddziałów i laboratoriów to czasy dra Andrzeja Hoffmanna. Przychodzili młodzi, ambitni ludzie, zaczęli robić pierwsze doktoraty, ostatnio nawet habilitacje. Szpital nowocześniał, bogacił się w sprzęt i wykwalifikowanych ludzi. Wysoki profesjonalizm lekarzy to nie tylko zaspokajanie osobistych ambicji, to przede wszystkim odpowiedni poziom leczenia chorych. Priorytetem w tym szpitalu była jakość usług, a to ogromnie zwiększa koszty leczenia.
I oto w ostatnich latach okazało się, że państwu grozi bankructwo, finanse szpitala zaczęły się z roku na rok gwałtownie kurczyć. Do świadomości chyba już całego społeczeństwa dotarło, że dochód narodowy nie zwiększy się z roku na rok, nie zmieni się też diametralnie sytuacja finansowa szpitala.
Dla ekipy kierowniczej szpitala żnińskiego jest oczywista konieczność maksymalnego minimalizowania kosztów utrzymania szpitala, ale ostatnią sprawą, którą można zrobić, ratując istnienie placówki, jest obniżenie poziomu leczenia, zejście poniżej pewnego standardu, który wypracowano przez ostatnie lata. - To byłby dopiero upadek szpitala - mówi dyr. Kmiećkowiak.
Koszty osobowe w służbie zdrowia (wraz z wszystkimi pochodnymi - podatkiem, składką na ZUS) to 70-80% ogólnych kosztów. W ostatnich latach, likwidując ukryte bezrobocie i reorganizując pracę zmniejszono w tym szpitalu liczbę etatów o 17%.
Zespół Opieki Zdrowotnej w Żninie jako drugi w województwie przejął w celu obniżenia kosztów z Wojewódzkiej Kolumny Transportu Sanitarnego Rejonową Kolumnę w Żninie. To duży wysiłek, ale opłacalny - w skali rocznej oszczędność około 400 mln. Jako jedyny w województwie i jeden z nielicznych w Polsce posiada aptekę Pod Wierzbą otwartą dla ludności. Przeznacza ona cały zysk na bieżącą działalność szpitala. Wiele razy w stanie wielkiej zapaści szpitala pieniądze z tej apteki ratowały go z opresji.
Pozbył się całego kosztownego balastu niezwiązanego z lecznictwem: bloków zakładowych, działek, placów i niepotrzebnego sprzętu niemedycznego.
Jako jeden z pierwszych szpitali w województwie bydgoskim zaprowadził dokładne rozliczenie kosztów - wiadomo, co ile kosztuje i gdzie można oszczędzać.
- Są jednak w służbie zdrowia pewne granice oszczędzania, których nie można przekroczyć - mówi dyr. Kmiećkowiak. Można na przykład znacznie ograniczyć personel i drogi sprzęt działu intensywnej opieki. Dużo jest przecież takich szpitali, gdzie pracuje jeden anestezjolog i dwie pielęgniarki anestezjologiczne, są szpitale do których anestezjolodzy przyjeżdżają z innych miejscowości.
Amerykanie na podstawie olbrzymich danych statystycznych udowodnili już dawno, że liczba zgonów po urazach komunikacyjnych maleje o 35%, jeżeli pacjent w ciągu 30 minut trafi do ośrodka dysponującego personelem i sprzętem do intensywnej terapii. To 4 - 5 uratowanych ludzi w skali roku, ale i 1,5 do 2 miliardów kosztów.
W 1993 roku wykonano w Żninie 1.332 duże operacje, 650 badań endoskopowych, leczono w szpitalu 7.584 pacjentów przez 30 lekarzy, 124 pielęgniarki i położne. Tu są duże możliwości oszczędzania. Jedna godzina operacji średnio w roku 93 to 1.442 tys., a koszt roczny utrzymania bloku operacyjnego to 1 mld 907 mln. A przy tym zarobki całej służby zdrowia nie mają nic wspólnego z ilością i jakością pracy.
- Ale nikt się nie spyta: "- Więc po co tyle operować, skoro tak to dużo kosztuje? Funkcjonują szpitale bez drogiej aparatury endoskopowej, bez zakładów mikrobiologii, bez rehabilitacji i drogiej aparatury analitycznej". Natomiast pytania z jakimi najczęściej się spotykamy brzmią: " - CZY ZROBILIŚCIE WSZYSTKO, ABY URATOWAĆ TEGO CZŁOWIEKA?" - mówi Aleksander Kmiećkowiak. - Jakie są szanse zagrożonego noworodka, jeżeli choć przez jakiś czas przed transportem do oddziału intensywnej terapii neonatologicznej nie zapewni się mu pomocy lekarza wyposażonego w bardzo drogi respirator dla noworodków? Te retoryczne pytania wyznaczają dla mnie granice oszczędzania.
Władze miejskie, sponsorzy? I jedni i drudzy pomagają szpitalowi. Dzięki nim jeszcze szpital żniński nie odczuwa tak boleśnie uciekających przed nim nowoczesnych technologii medycznych, ratują go węglem, pieniędzmi na żywność, pomocą w remontach.
Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że stajemy przed wielką groźbą degradacji tego szpitala. Nie stajemy wobec niej zupełnie bezradni. Są plany zmian, częściowo już je na łamach Pałuk szkicowaliśmy. Cała mądrość, jaką muszą wykazać się ludzie odpowiedzialni za ten szpital w tej sytuacji, polega na optymalnym wyborze między potrzebami a możliwościami. Aleksander Kmiećkowiak wierzy, że znajdzie się taki złoty środek.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze