Reklama

14 lat z sercem od Religi

Żnin, Jan Kabałyk, operacja, serce, przeszczep, Religa
     14 lat z sercem od Religi
     14 lat temu z urodzenia żninianin i zawsze w tym mieście mieszkający, wówczas 60-latek otrzymał nowe serce od profesora Religi. Serce o połowę wtedy młodsze od siebie. Dzisiaj 74-latek nadal mieszka w Żninie, a choć problemów ze zdrowiem nie brakuje, obecnie dopiero 40-letnie serce nie szwankuje.

Gertruda i Jan Kabałykowie będą w Boże Narodzenie obchodzili 50. rocznicę ślubu. Jednak tego jubileuszu na pewno by nie było, gdyby wiosną 14 lat temu zespół prof. Zbigniewa Religi, nie znalazł dawcy
i nie zdołał przeszczepić żninianinowi nowego serca. fot. Karol Gapiński

     STRESUJĄCA ROBOTA
     - To prawda. Dużo paliłem. Paczkę dziennie najmniej. Ale też robota była stresująca i niezdrowa. Jestem stolarzem. Pracowałem w spółdzielni stolarskiej. Taka kiedyś u nas w Żninie była na ul. Rychlewskiego. Przez pewien czas, będąc zatrudniony w tej spółdzielni, pracowałem również w Janowcu, jako dostawca. I ta robota też mi nerwy zjadła. Były lata osiemdziesiąte. W Polsce powtarzały się w różnych miejscach strajki. Zwłaszcza na Wybrzeżu, czy na Śląsku. Jeździłem z meblami albo po zaopatrzenie do jakichś zakładów, często po kilkaset kilometrów w jedną stronę. Cały dzień się człowiek tłukł za kółkiem, a na koniec, przed samą bramą zakładu okazywało się, że na próżno, bo tam akurat strajk, czy inne pogotowie strajkowe. Trzeba było wracać, nic nie załatwiwszy. Cały dzień stracony, a jeszcze więcej nerwów. Nie dziwne, że serce mi nie wytrzymało - opowiada 75-letni dzisiaj Jan Kabałyk, mieszkaniec jednego z bloków przy ul. Kopernika w Żninie.
     JEDYNY TAKI NA PAŁUKACH
     Dr Wojciech Hillemann z Pałuckiego Centrum Zdrowia zapewnia, że w Żninie, jak i w całym naszym powiecie jest tylko jeden pacjent, który miał w przeszłości przeszczepione serce, a tym bardziej jedyny taki, który z nowym, najważniejszym mięśniem nadal żyje. - Jednak jeśli chodzi o statystyki w skali całego kraju, ile jest żyjących osób z przeszczepionym sercem, tego nikt miarodajnie nie ustali, gdyż operacje, które były wykonywane przed laty, nie znajdują się w ewidencjach szpitalnych w systemie informatycznym. Komputery nie były wtedy powszechne w naszych szpitalach. Najczęściej pacjenci po przeszczepie serca dożywają około 8-9 lat, ale to oczywiście nie jest reguła. Bywa, że żyją znacznie dłużej - dzieli się z nami informacjami Wojciech Hillemann.
     Do pacjentów, którzy z przeszczepionym sercem zdołali przeżyć dłużej należy Jan Kabałyk. To zresztą najprawdopodobniej jedyny mieszkaniec Pałuk, który żyje z przeszczepionym sercem i jedyny, który takiej operacji został w ogóle poddany. 22 kwietnia br. minęło już 14 lat od tamtego zabiegu.
     Operację wykonał w Warszawie w Klinice Kardiochirurgii i Transplantologii zespół lekarzy pod kierunkiem pioniera polskiej transplantologii serca, prof. Zbigniewa Religi. Było to jeszcze przed rozpoczęciem kariery politycznej słynnego transplantologa, która doprowadziła go do fotela ministra zdrowia.
     KŁOPOTY Z SERCEM
     - Mąż tych dat tak dokładnie nie pamięta. Zawał miał w 1988 r. To się stało tutaj, w naszym domu. Jednak już wcześniej chodził do kardiologa. Wyszedł z tego i po roku urlopu rehabilitacyjnego wrócił do pracy. Ale jego serce było już słabe. Był zaopatrzeniowcem. Z jego sercem było co raz gorzej, a tak po udarze, ze dwa lata przed przeszczepem mieliśmy horror. Szpital, dom, szpital, dom. Cztery razy serce mu stawało. Raz, gdy jechał rowerem na działkę, którą mieliśmy na ul. Szkolnej, przewrócił się. Jakiś pan, który to widział, zaraz wezwał pogotowie. Długo go reanimowali, ale serce wznowiło pracę. W kolejnych miesiącach to samo się zdarzyło dwa razy w domu, raz w szpitalu. Za każdym razem pogotowie i reanimacja. To był problem z prawą komorą serca. Było jasne, że w każdej chwili może to serce znowu stanąć i już nie wznowić pracy. W nocy to on się nawet nie kładł do łóżka, bo był niewydolny oddechowo. Nie mógł spać na wznak, bo to skutkowałoby zgonem. Spał na fotelu, a ja go pilnowałam. żeby nie odchylił głowy, nie przesunął ciała w taki sposób, który mógłby spowodować śmierć. Nawet te nieprzespane noce, życie w nerwach dzisiaj i mnie się odbija na zdrowiu, bo sama leczę się na serce i mam stenty. Oczywiście nie takie, jak wtedy mój mąż - opowiada Gertruda Kabałyk, żona pana Jana.
     Żninianin urodził się w 1942 r. Mieszkał na starym mieście, przy ul. Szkolnej, później przy ul. Gnieźnieńskiej. Po ślubie z panią Gertrudą zamieszkali na żnińskim osiedlu bloków. Doczekali się dwóch synów, Piotra i Jacka. Jak wspomina pani Gertruda - zawsze mogli liczyć na ich pomoc i wsparcie
     - Zwłaszcza gdy z Jankiem było źle. No a pierwszą osobą, która namawiała mojego męża do przeszczepu, jeździła z nim do szpitali, wspierała, była nasza synowa, Danuta. W ogóle wielu dobrych ludzi udzielało nam wsparcia w tamtym czasie. Mąż początkowo nie chciał się zgodzić na ten przeszczep. Wiadomo, że to decyzja nieodwracalna, ostateczna i on miał prawo się bać. Ale przyszedł już moment krytyczny, gdy było jasne, że w każdej chwili może umrzeć tak, czy owak. Że serce po prostu stanie i już nie wznowi swego bicia. Mówił mu to jego doktor prowadzący, ordynator kardiologii w szpitalu miejskim w Bydgoszczy, pan Andrzej Hoffmann, który przyjmował wtedy na wizyty także w Żninie. On już niestety nie żyje. Także drugi lekarz, pan Paweł Jesionka, który wtedy pracował w naszym, żnińskim szpitalu, przekonywał Janka, że przeszczep jest w zasadzie jedyną szansą. Dzięki tym lekarzom zostaliśmy zakwalifikowani do programu przeszczepów. Jednak tak samo wtedy, jak i teraz dawców było mało. To znaczy potencjalni dawcy, przede wszystkim ofiary wypadków są, ale nie zawsze jest zgoda ich rodzin na pobranie narządów. Przede wszystkim zaś, główną rolę odgrywa czas. Serce do przeszczepu musi być po pobraniu od dawcy jak najszybciej dostarczone i przeszczepione biorcy, bo wtedy jest większa szansa na pomyślność tej operacji - opowiada Gertruda Kabałyk.
     Z HUMOREM PO SERCE
     2 stycznia 2002 r. Jan Kabałyk był w stosunkowo dobrej formie fizycznej i jak zwykle w żartobliwym nastroju. - Tak naprawdę, to żarty trzymają się go zawsze. Nawet, gdy jechał na przeszczep, to sobie w trakcie tej podróży do Warszawy żartował - mówi Gertruda Kabałyk. Jej mąż słuchając tych słów, tylko się tajemniczo uśmiecha, jakby coś sobie przypominając sprzed 14 lat.
     Pani Gertruda wraca jednak pamięcią jeszcze nie do 22 kwietnia przed 14 laty, a właśnie 2 stycznia tamtego roku - Po świętach był Janek zadowolony, spokojny jak na ten stan, w którym już wówczas było jego serce. Wtedy zadzwonił telefon z Warszawy. Odbieram i słyszę w słuchawce, że proszą z Janem Kabałykiem. Podaję mężowi słuchawkę, a oni mówią, że jest dla niego serce i czy się na nie decyduje. Odpowiedział, że teraz nieźle się czuje, że nie chce na razie nowego serca. Podziękowali i koniec rozmowy. Jednak w kolejnych miesiącach dobry nastrój minął, z sercem lepiej nie było, bo być nie mogło. 10 kwietnia tamtego roku mąż ukończył 60 lat i nie łudziliśmy się, że mogą być kolejne urodziny. On sam już był tym życiem na siedząco zmęczony - wspomina Gertruda Kabałyk.
     22 kwietnia ponownie zadzwonił telefon z Warszawy, Tym razem żninianin był już gotowy. Z synem i synową natychmiast pojechali do stolicy. I właśnie podczas tej podróży pan Jan sobie i swoim bliskim także dodawał otuchy, żartując. W szpitalu szybko został zabrany na blok operacyjny. Liczyła się każda sekunda. Serce dawcy, jak się później okazało, też musiało pokonać sporą odległość do Warszawy. Zostało przetransportowane z Kalisza. Później rodzina Jana Kabałyka dowiedziała się od lekarzy jedynie tyle, że dawcą był 26-letni wtedy mężczyzna, który poniósł śmierć w wypadku motocyklowym. Szczegółowych informacji o dawcy rodzina biorcy nie otrzymuje. Podobnie zresztą dzieje się w odwrotnym kierunku. Także rodzina dawcy nie wie, kto jest biorcą.
     - Później nigdy nie dociekaliśmy tożsamości naszego dawcy. Wiadomo tylko, że podarował mojemu mężowi, pośrednio też mnie i całej naszej rodzinie nowe życie. Za to temu człowiekowi po prostu dziękujemy, a podczas regularnych wizyt kontrolnych w klinice transplantologii, która teraz działa w Aninie pod Warszawą, za każdym razem widzimy ogłoszenia, apele, aby Polacy deklarowali się jako dawcy narządów - mówi Gertruda Kabałyk.
     ŻYCIE Z NOWYM SERCEM
     - Następnego dnia obudziłem się. Nie pamiętam, żebym myślał o tym wszystkim, że się stało coś takiego, że mam nowe serce. Byłem osłabiony, ale czułem się dobrze - opowiada Jan Kabałyk.
     - Nawet byliśmy zaskoczeni, bo wyobrażaliśmy sobie, że człowiek po takiej operacji będzie nie wiadomo do jakiej aparatury i nie wiadomo iloma kablami podłączony. Okazało się, że wcale tak nie jest. Klatka piersiowa była normalnie zabezpieczona. Tylko poniżej był taki zbiornik do odprowadzania ewentualnie zaropiałej krwi. Zresztą po kilku dniach dopiero mąż miał kryzys z tym związany, Lekarze musieli poniżej klatki piersiowej, na brzuchu już przecinać ciało, aby odessać zbierającą się tam ropę - mówi Gertruda Kabałyk.
     - Ja tam szczegółów medycznych nie powiem, bo się na tym nie znam. Jednak śmiesznie to nawet wyglądało, bo miałem znieczulenie tylko miejscowe i pamiętam, jak patrzyłem na to, gdy jakiś lekarz mi to robił. To znaczy, otworzył mi ranę poniżej pierwszego szwu i ściągał ten płyn do miski. Zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście. Raz, że znalazł się dawca, drugi - że operacja się udała, a trzeci, że to serce się przyjęło - wspomina Jan Kabałyk.
     - Profesor Religa był dla nas bardzo miły. Wprawdzie większość zadań wykonywali jego asystenci, ale pamiętam, że i on do nas podchodził, podtrzymywał ramieniem, zapewniał, że wszystko będzie dobrze - mówi z kolei Gertruda Kabałyk.
     Do dzisiaj jej mąż musi zażywać regularnie lekarstwa zapobiegające ewentualnemu odrzutowi przeszczepionego mięśnia sercowego. Te i zażywane na inne dolegliwości medykamenty miesięcznie kosztują 300 zł lub powyżej. Samo serce działa sprawnie i Jan Kabałyk na nie, nie narzeka. Nie ma też takich chwil, w których zdarza mu się myśleć o tym sercu, jako nie o swoim. Choć o tym, że jest podarowane przez kogoś, kto w młodym wieku tragicznie stracił własne życie, żninianin też nie zapomina. Czasami myśli, że mógłby urodziny obchodzić dwa razy w tym samym miesiącu - 10 i 22 kwietnia, ale tak nie czyni. Można powiedzieć raczej, że dnia urodzin w ogóle specjalnie nie obchodzi.
     - Charakter z nowym sercem na pewno mu się nie zmienił. Nadal lubi żartować, choć zdarzają mu się również chwile zdenerwowania. Na rowerze może i mógłby pojechać, ale miałby problem z równowagą. Te wszystkie oznaki, także czasami zapominanie zdarzeń, to jest rezultat udaru, który przeszedł jeszcze przed przeszczepem. Serce dostał nowe, ale to przecież nie oznacza, że cały organizm też jest nowy. Oczywiście, że tak nie jest. Ciało ma już niemal 75 lat, mimo że serce znacznie mniej, to upływ tego czasu też odczuwa. Na większy wysiłek fizyczny mąż sobie nie pozwala. Żyjemy spokojnie - kończy Gertruda Kabałyk.
     - Mam psa. Nazywa się „Jogi“. Kupiony rok po moim przeszczepie. Specjalnie więc o rok ode mnie młodszy, bym mógł mu rozkazywać, gdy idziemy na spacer wokół naszego bloku - tak swoją obecną aktywność podsumował Jan Kabałyk.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1275 (29/2016)

Reklama

 

Przejdź do forum.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości